Po raju i Okęciu
Miało być tak pięknie, a wyszło, jak zwykle. Późnym niedzielnym popołudniem, kiedy to jeszcze pławiłem się w rozkoszach gościnności Karoliny i jej rodziców, dowiedziałem się, że moi koledzy, których miałem odebrać z Okęcia o dziewiątej wieczorem przylecą o godz. piątej rano.
Zatem zamiast z raju na lotnisko, pojechaliśmy do Karoliny, do Warszawy. Podróż makabryczna, bo w Błoniu utkwiliśmy w korku, który ciągnął się aż do Warszawy. Szczęśliwie, i ku mojemu wielkiemu zdumieniu, moja przyjaciółka wiedziała jak pojechać inną, nie zatłoczoną drogą. Pojechaliśmy. Czy odległość 50 km pokonana w półtorej godziny to sukces polskich dróg?
U Karoliny szybkie spanie. Ale nie jest łatwo zasnąć przed północą, gdy wstało się przed południem… Doprawdy, nie ma nic przyjemniejszego, jak pobudka o czwartej rano, kiedy zasnęło się około drugiej. Szczęśliwie samolot z Jackiem K i jego kumplem nie spóźnił się. Panowie zachwycali się dzisiejszą pochmurną i deszczową pogodą oraz temperaturą. Ja też.
A po powrocie do domu… W puszce na listy wezwanie na komisariat policji (no bo przecież ja poszukiwany jestem). Mam się stawić… 8 lipca. Tego roku. Ponieważ mi się to nie uda jednak, ciągu dalszego sagi policyjnej spodziewać się możemy.
I jeszcze jedno, ważne. Dziękuję Elżbiecie i Krzysztofowi – rodzicom Karoliny, i Karolinie oczywiście, za obłędne przyjęcie i bezmiar poświęcenia tudzież cierpliwości. Dziękuję też Jackowi K, za postawę, że tak powiem, lotniskową. I nie tylko.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
8 lipca, no proszę... panowie niebiescy przechodzą samych siebie!
OdpowiedzUsuńBędą musieli sobie marynarki na plecach wytrzepać :)
OdpowiedzUsuń