Fortuna kałem sie tuczy


sobota, 8 kwietnia 2017

Jubileusz 45-lecia pracy artystycznej Tadeusza Kozłowskiego

Koncert stulecia




Wczoraj, dzięki uprzejmości Tomasza Bębna, dyrektora Filharmonii Łódzkiej, zasiadłem wygodnie w fotelu na widowni i podekscytowany czekałem na rozpoczęcie koncertu inaugurującego obchody 45-lecia pracy artystycznej najwybitniejszego polskiego dyrygenta operowego i baletowego – Tadeusza Kozłowskiego. Okoliczności terminu podsunęły Requiem Verdiego. Kompozycję oratoryjną w zamyśle, ale operową w istocie. Kozłowski powiedział, że jego zdaniem, Requiem to najlepsza opera Verdiego. Osobiście do wczoraj „obstawiałem” „Falstaffa”, ale… Po usłyszeniu utworu w interpretacji, jaką zaproponował Kozłowski zacząłem się zastanawiać…
Bezpośrednio po koncercie, dosłownie kilka minut po, już w kuluarach, pocałowałem Kozłowskiego w rękę. I zrobiłbym to jeszcze po wielokroć, dziękując za wybitny talent, wrażliwość, umiejętności, pokorę i szaleństwo. Od 45 lat Kozłowski, każdą swoją realizacją, uświadamia muzykom i słuchaczom, jak wspaniałym jest artystą. Szczerze mówiąc, nie posiadam się z dumy, że Go znam, i że jestem z Nim na „Ty”. Tadeusz, dziękuję.
Wracając do muzyki. Genezy Requiem przedstawiał nie będę, choćby dlatego, że i tak każdy czytający ją pominie. Przypomnę tylko, że prawykonanie miało miejsce w 1874 roku. Verdi „kombinował” wówczas z polifonią i homofonią (co słychać w jego operach), a owe kombinacje, niczym walka karnawału z postem, najczęściej okazywały się zachwycające. I mamy to w Requiem: od początku do końca, częściej w formie doskonałej, rzadziej w mniej wspaniałej. I Kozłowski, jak to Kozłowski: to, co najwspanialsze wydobył na pierwszy plan i pozłocił, to co mniej zachwycające – ukrył, odnajdując zabawę w świecie kontrapunktu. Tak może wobec wybitnego artysty postąpić tylko artysta równy jemu wybitnością.
Mamy więc początek Requiem – piano zaczynające się z niczego. (Tak kiedyś usłyszałem Krzysztofa Bednarka na scenie TWON, kiedy po raz pierwszy w życiu śpiewał Stefana w „Strasznym dworze”: arię z kurantem zaczął na takich ledwie słyszalnych pianach, że nazwaliśmy to razem z nim „śpiewaniem z niczego”). Pierwsze wejście wiolonczel dostajemy na granicy słyszalności: to już nie jest piano pianissimo: to są cztery piana. Muzyka poczyna się z niemego zdumienia. Tu muszę wyjaśnić, że Kozłowski – w moim odczuciu -  przeanalizował partyturę przez emocje, jakie towarzyszą śmierci.
Najpierw mamy zaskoczenie, niedowierzanie. Później bywa, że gniew, sprzeciw, totalną niezgodę i bunt. Ale czasem też ulgę, poczucie spokoju, pogodzenia się. To znów rozpamiętywanie, ból, ukojenie. I te wszystkie emocje znalazł Kozłowski w partyturze i wszystkie je uzewnętrznił. Bez grama afektacji, za to z filozoficznym zamyśleniem. Nigdy nie słyszałem tak głęboko przemyślanej interpretacji tego dzieła. A to przemyślenie, przełożone na interpretację, dało słuchaczom przeżycie bólu i zachwytu. Pogodzić wodę z ogniem? Owszem. Kozłowski godzi.
Godzi różnicowaniem dynamiki rozpiętej pomiędzy „czterema pianami” a „pięcioma forte”, godzi niemal zupełnym pominięciem pauz generalnych (wstrząsające kontrasty tempa i dynamiki), godzi zamianą rytmu ¾ na marsz żałobny, wreszcie godzi łagodnymi zmianami tonacji. Requiem Verdiego w interpretacji Kozłowskiego jest pojednaniem życia ze śmiercią, jest syntezą rozpaczy i nadziei. Jest filozofią sensu życia i wpisanej weń śmierci.
Mam nadzieję, że Verdiowskie Requiem nie jest opus magnum Kozłowskiego. Bo Kozłowski jest jak wino. Mam też nadzieję, że ten wieczór może być zapowiedzią nowego rozdziału w życiu dyrygenta: życia filharmonicznego (choć przecież wczorajszy koncert nie był filharmonicznym debiutem Jubilata). Chciałbym.
Jest też jedno „ale”, o którym nie można zapomnieć. Owo „ale” to wykonawcy. Nie zrealizowałby Kozłowski swojego zamysłu, gdyby nie łódzcy Filharmonicy. Mówiąc wprost, zapewne mało elegancko, (ale to blog, a nie wielce oficjalne wynurzenia) Orkiestra i Chór Filharmonii Łódzkiej wspięli się na wyżyny ponad Himalaje. W tym miejscu kłaniam się Dawidowi Berowi, który jest szefem chóru. Dawno nie słyszałem takiego skupienia, takiego poświęcenia się muzyce, jak w przypadku Requiem. Truizmem będzie stwierdzenie, że oba zespoły są znakomite. Bo są. Radością było słuchać (i patrzeć), jak oddają się intencjom dyrygenta, jak podążają za jego czułą batutą i myślą interpretacyjną. Podobne słowa uznania i szacunku kieruję do solistów: Lilli Lee, Agnieszki Rehlis, Tomasza Kuka, Aleksandra Teligi.
To wykonanie było majstersztykiem. Technicznym i emocjonalnym. Dzięki temu w FŁ doszło do niezwykłej syntezy wrażliwości, że tak brzydko się wyrażę, aparatu wykonawczego z odbiorcami. Nic dziwnego, że po zakończeniu dzieła usłyszeliśmy w sali długą pauzę generalną (także u melomanów), a po niej oklaski (na stojąco) trwające kilkanaście minut.
Bardzo bym chciał, żeby ta fenomenalna interpretacja została zarejestrowana i wydana na płycie. Skoro Requiem nagrano (i wydano) na świecie kilkadziesiąt razy, to dlaczego nie nagrać i nie wydać najlepszego wykonania XXI wieku? Urzędzie Marszałkowski, Wydziale Kultury, Wydziale Promocji, Dyrektorze Filharmonii, czy Państwo mieli w ostatnich kilkudziesięciu latach lepszą okazję do promowania miasta, regionu, województwa? Tomasz Bęben, Tadeusz Kozłowski, kłaniam się do samej ziemi.

   

poniedziałek, 20 marca 2017

Opera Śląska, Bytom, Jest Moc (przeznaczenia)

Jest moc



Podróż z Łodzi do Bytomia urozmaicili mi pasażerowie: Portugalczyk i Rumunka. Poza konwencjonalną rozmową Eleana wspomniała o operowych zainteresowaniach i pochwaliła się znajomością ze światową divą przełomu XX i XXI wieku (rumuńskiego pochodzenia) Angelą Gheorghiu. Podróż upłynęła w przemiłej konwersacji, moi pasażerowie obiecali odwiedzić siedzibę NOSPR-u i Operę Śląską, do której podążałem na premierę „Mocy przeznaczenia” Verdiego, w reżyserii Tomasza Koniny. 

Jakby mało było spotkania z rodaczką Gheorghiu, w bytomskim hotelu (dość obleganym, acz zapuszczonym) spotkałem dawno niewidzianego Piotra Nędzyńskiego - kolegę po piórze, albo może właściwiej byłoby powiedzieć, „po operze”. Piotr, jak zwykle nienagannie elegancki i uprzejmy, przypomniał pewien fakt sprzed ponad 30 lat, kiedy w Kudowie Zdroju miał okazję prowadzić koncert operowy, w którym wystąpiła 20-kilkuletnia, nikomu nieznana (drżąca z tremy niczym osika) Angela Gheroghiu. Piotr przypomniał, że uściskał ją po próbie (śpiewała dwie arie, a jedną z nich była „Gdyby rannym słonkiem” z „Halki” – uwaga – po włosku) i zapewnił o wielkiej karierze. I, jak to bywa z Piotrem (który słyszał chyba wszystko na świecie), czas pokazał, że ma rację… A był to pierwszy w życiu występ Angeli poza Rumunią! Ale to takie śniadaniowe dygresje...
Dzień wcześniej obaj spędziliśmy wieczór w gmachu Opery Śląskiej, oglądając najnowszą w Polsce inscenizację „Mocy przeznaczenia”.
Nie piszę zatem recenzji jakiejś „pretensjonalnej”, ale – troszkę jak w plotkarskich portalach – wspomnę naszą rozmowę. Obu nas zainteresowała inscenizacja Tomka Koniny, łącząca (scenografią) czasy Starożytnego Rzymu (pilastry z porządkiem korynckim) ze współczesnością (projekcja szybu windy kopalnianej w finale). I o ile konsekwentna destrukcja tłumaczyła się sama przez się (niczym u Kresnika) to, że tak powiem, szola, już nie bardzo. Rozmawiałem z realizatorami i wykonawcami, rozmyślając o co chodzi z tym kopalnianym szybem, i każdy mówił mi, iż to ma oznaczać, że cała historia może zdarzyć się także tu, gdzie jesteśmy. Przyznam, że i bez tego wiedziałem gdzie jestem, i gdzie oglądam przedstawienie.
Niemniej „Mocą…” ucieszyłem się bardzo, bo muzycznie spektakl był zachwycający. Nienagannie poprowadził orkiestrę Jakub Kontz. Ta zaś zrewanżowała się dyrygentowi precyzją i natchnieniem. Wielkie brawa dla Państwa. Tu muszę także skomplementować Chór Opery Śląskiej (pod kierunkiem
Krystyny Krzyżanowskiej-Łobody). Szacunek i gratulacje.
Ale „Moc przeznaczenia” to nie tylko piękna partytura dla orkiestry i chóru. To przede wszystkim wielkie wyzwanie dla solistów. Zgadzam się z Piotrem Nędzyńskim, który stwierdził, że „Moc…” wymaga najlepszych solistów na świecie. Czy Opera Śląska takich ma? Może ma, a może nie... Chce mieć, ma ambicje, i to jest ważne. I za to wypada podziękować Łukaszowi Goikowi – dyrektorowi Opery.
Bez wątpienia światowym solistą jest Mariusz Godlewski - znakomity wokalnie i aktorsko Don Carlos. To chyba najwspanialszy dziś polski baryton, śpiewający z ogromną szlachetnością, a zarazem wyczuciem temperamentu kreowanej postaci. Kłaniam się do samej ziemi.
Ogromnie dużo przyjemności sprawiła także Ewa Biegas, która w istocie skradła przedstawienie: artystka dominowała osobowością, wyczuciem sceny, temperamentem i wrodzoną elegancją. Wokalnie zbliżyła się do ideału swoich poprzedniczek (m.in. Renaty Tebaldi). Ale to w kwestii interpretacyjnej, bo w warstwie dźwięków zabrakło mi nienagannego prowadzenia pian. Tak, jestem w tej chwili bezwzględnie krytyczny, ale Biegas tak bardzo mnie uwiodła, że pragnąłbym z jej strony absolutnej doskonałości.
Swoich licznych wielbicieli nie zawiódł Aleksander Teliga (tu w podwójnej roli – świetny i ciekawy zabieg Koniny - Markiza Calatravy i Ojca Gwardiana), podobali się także: Anna Borucka, w roli dynamicznej Preziosilli oraz Kamil Zdebel (Melitone) i Juliusz Ursyn Niemcewicz (Trabuco). Brawa dla Państwa.
Występ Macieja Komandery (Don Alvaro) nie przysporzył spektaklowi blasku.


Z braku zdjęć ze spektaklu, fotografia, jaką zrobiłem w drodze do Opery 

poniedziałek, 13 marca 2017

Edward II - Deutsche Oper Berlin


DOB w czołówce

„Edward II” to chyba najnowsza opera na świecie, zamówiona przez Deutsche Oper Berlin u Andrei Lorenzo Scartazziniego. Jej prapremiera światowa odbyła się w DOB 17 lutego 2017 roku, w inscenizacji Christofa Loy’ego. Wypada od razu dodać – w znakomitej inscenizacji.
Spektakl obejrzałem 9 marca, znajomi obecni na premierze, ciekawi byli moich wrażeń. Powiedziałem, że byłem jednocześnie zachwycony, obojętny i rozczarowany. Jak to możliwe?
Zachwyciła mnie inscenizacja i reżyseria, muzyka była mi obojętna, zaś rozczarowało libretto. Spróbuję wytłumaczyć się ze wszystkiego.
Libretto Thomasa Jonigka, oparte na dramacie Marlowe’a i literackich opracowaniach historii władcy Anglii, jest bardzo płaskim, plakatowym przekazem, a zarazem publicystyczno-gazetowym manifestem proweniencji „Bilda” (u nas ta gazeta „Fakt” się nazywa). I nie mam tu na myśli eksponowania rozmaitego poziomu sensacji i okrucieństwa (co ze zrozumiałych względów w operze zajmuje istotne miejsce), a dość trywialny przekaz, w finale wręcz wyeksplikowany tak bardzo wprost, że z teatrem, a nade wszystko z metaforą, nie mający wiele wspólnego: artyści, realizując wolę librecisty, wprost zwracają się do widowni, komentując „losy” paragrafu 175. Zrozumieją ów „manewr” jedynie wtajemniczeni: do początku lat 90. w Niemczech obowiązywało prawo (w paragrafie 175 zapisane) dyskryminujące kontakty homoseksualne.
Pod tkanką historyczną – jest ona treścią opery - librecista „Edwarda II” przekazuje emocje towarzyszące przemianom przełomu… tysiącleci. I to jest nawet bardzo zgrabne: proporcje między XIV i XX wiekiem wydają się zachowane i szokujące. To najmocniejsza strona literacka opery. Niestety, wspomniany publicystyczny finał jest dla współczesnych, liberalnych odbiorców, czymś w rodzaju walenia młotkiem po głowie. Zupełnie, jakby Jonigk nie zauważył, że jesteśmy w XXI wieku. Na dodatek w Berlinie – mieście będącym symbolem swobody poglądów, myślenia, a także obyczaju (co zresztą udowadniają swoimi inscenizacjami m.in. Barrie Kosky, czy Sascha Waltz).
Tym większy mam szacunek do Christofa Loy’ego, który opierając się na niedoskonałym libretcie i dość obojętnej muzyce Scartazziniego (nowoczesność kompozycji, nie wiedzieć czemu, niemal całkowicie „wyprowadza” z opery sceny ansamblowe – pomijając relacje chór - soliści), zrealizował spektakl nie tylko wielce zajmujący, ale i zachwycający: ubogacający wyobraźnią dość skromnymi środkami operującego kompozytora, zarazem wspierając cokolwiek kulawą literę libretta.
Ogromną zasługę w powodzeniu tego trudnego przedsięwzięcia mają wykonawcy, wszyscy przekonujący aktorsko i imponujący wokalnie: Michael Nagy (Edward II), Isabella (Agneta Eichenholz), Gaveston (Ladislav Elgr), Mortimer (Andrew Harris), Angel (Jarret Ott).
Berlin przyjął najnowszą produkcję DOB znakomicie. Publiczność długo bije brawa, po spektaklu chętnie dyskutuje, przedstawienie komentowane jest żywiołowo. Choć dzieło nie wydaje się doskonałe, to jednak można przypuszczać, że historia muzyki będzie dlań łaskawa. Gdyby udoskonalić libretto i cokolwiek skomplikować warstwę muzyczną, można byłoby liczyć na sukces międzynarodowy. Kto wie? Autorzy mogą to uczynić w każdej chwili.  



niedziela, 12 marca 2017

Komische Oper Berlin: "Ball im Savoy" by Barrie Kosky

Kosky jest dobry na wszystko


Barrie Kosky, szef Komische Oper Berlin, od kilku sezonów proponuje zupełnie nową wizję teatru muzycznego. KOB, z instytucji popularnej, pod jego dyrekcją staje się elitarną (zaskakująco przy tym zachowując profil całkiem lekki). Na jednej szali wagi Kosky kładzie np. „Rusałkę” Dworzaka, na przeciwnej „Ball im Savoy” Abrahama. „Rusałka” to intelektualna gra ascetycznej inscenizacji z XIX-wieczną baśnią, „Ball…” – rozgrywka z czasem początków faszystowskich Niemiec (Abraham napisał swoje dzieło tuż przed przejęciem władzy przez Adolfa Hitlera).

O ile w „Rusałce” mamy świat przedstawiony jako zamknięte „akwarium”, do którego dostęp mają jedynie wtajemniczeni, to w „Balu…” świat jawi się jako otwarte pudełko z cukierkami. Ale… nie wszystkie mają słodkie nadzienie.
W pozornie beztroskiej zabawie (gagów sytuacyjnych jest tu mnóstwo) sfer wyższych i średnich kryją się strachy i myśli jak najgorsze. Błacha anegdota o małżeńskiej zdradzie u Kosky’ego zamienia się w opowieść o pogubieniu wartości, zagubieniu w samozachwycie, w grze znaczeń i pozorów.
W rozbuchanej inscenizacji - nie stroniąc od dosłowności graniczącej z wulgarnością - Kosky prowadzi bohaterów Abrahama przez mielizny kłamstw niewinnych (?) po ich konsekwencje. „Bal…” Kosky’ego ogląda się przynajmniej na dwóch poziomach: politycznej gry i społecznych umizgów. Niestety, w obu sytuacjach nie ma wygranych.
W operetce Abrahama owszem, jest jakiś happy end. Ale nie u Kosky’ego.
Kosky pokazuje rzeczywistość, w której świat się wali, a my się śmiejemy. I to jest strasznie dojmujące.
Symbolem upadku jest para głównych bohaterów: Madeleine (wspaniała Dagmar Manzel) i Aristide (Christoph Späth). Oboje chcą i boją się. Oboje nie mają ochoty, a zarazem pragną. Sytuacja absurdalna.
Katalizatorem na być osoba Tangolity: u Abrahama ponętnej artystki, której pragną wszyscy, u Kosky’ego - kobiety-modliszki, tak samo pociągającej, jak odrażającej, jednak wciąż konwencjonalnej (znakomita w tej roli Agnieszka Zwierko). Ale „katalizator” zawodzi, bo…  tchórzy (świetna scena ucieczki Tangolity, która właściwie nie może zniknąć, bo tren jej płaszcza „ciągnie” się przez scenę długo po zniknięciu jego właścicielki).
Nie może też nic poradzić sztuka (symbol wyzwolenia) w uosobieniu najbardziej wyzwolonej artystki Daisy (wspaniała aktorsko i wokalnie
Katharine Mehrling).I mamy trochę takie zwycięstwo przez porażkę…
Kosky wyniósł KOB na wysokość poważnego, intelektualnego teatru. To już nie tylko rozrywka i miłe spędzanie czasu. To przemyślane mierzenie się z rzeczywistością za pomocą sztuki. I nie ma znaczenia, czy jest to „Jarmark Soroczyński” czy „Bal w Savoyu”. Kosky jest dobry na wszystko. 

piątek, 27 stycznia 2017

Halka, Teatr Wielki w Lodzi

Jontek

Minęło 50. lat od chwili otwarcia Teatru Wielkiego w Łodzi. 19 stycznia 2016 roku, jak przed 50-laty, na scenie "Halka" Moniuszki. Z takim poszanowaniem tradycji przez Jarosława Kiliana wystawiona, że z pewnością mogłaby podobać się i 50 lat temu. Może tylko kostiumy nieco zaskakujące: większość kontuszy zastąpiły dziś stroje na wzór francuski (preferowany przez Damazego ze "Strasznego dworu" - postać komiczną, symbolizującą zapatrzenie szlachty na Zachód, hołdującą makaronizmom i temu, co mało patriotyczne). A Moniuszko wszak intencje miał zgoła inne... Wszelako to emocje budują napięcie, relacje międzyludzkie tworzą teatr.
W łódzkiej inscenizacji mamy odniesienia do, nazwijmy to - kultu sceny - a więc zmiany dekoracji przy podniesionej kurtynie (okazuje się, że moja dziecięca fascynacja takim rodzajem inscenizowania do dziś nie minęła), budowanie równi pochyłych, po których efektownie biega oszalała Halka i z których zgrabnie zeskakują tancerze do sceny góralskich tańców (Emil Wesołowski mógł śmiało bardziej skomplikować choreografię, bowiem zespół baletowy prezentuje znakomitą dyspozycję). A skoro już o znakomitej dyspozycji mowa, to wielkie brawa dla chóru, który pod czujnym okiem młodziutkiego Dawida Jarząba, odzyskał blask i doskonałą formę: "Po nieszporach..." brzmiało zachwycająco.
Zachwycająco też śpiewał Jontka Dominik Sutowicz. Artysta z partii na partię (wokalnie) i z roli na rolę (aktorsko) udowadnia, że ma talent i pięknie potrafi go rozwijać.Pojawienie się na scenie Sutowicza z arią "I ty mu wierzysz..." podniosło temperaturę przedstawienia niemal do wrzenia: zagrały wielkie emocje, jakie artysta wydobył z nut, zagrały: piękne prowadzenie frazy, uroda i siła głosu, pewność intonacyjna. Nie inaczej było przy przebojowej wręcz arii "Szumią jodły...", po której czwartkowa publiczność zgotowała artyście owację. Mówiąc szczerze byłem zdziwiony, że Wojciech Rodek, szef muzyczny przedstawienia, nie zatrzymał orkiestry, by pozwolić widzom wyrazić entuzjazm i podziękowanie śpiewakowi. 
A skoro już o kierownictwie muzycznym: Rodek poprowadził orkiestrę sprawnie i efektownie. Mnie marzyłoby się może czasami żywsze tempo, ale to bardzo osobiste odczucie. Osobiście także odbierałem kreację Anny Wiśniewskiej-Schoppy w roli Halki. Artystka dysponuje pięknym spintowym sopranem, jest moją ulubioną interpretatorką Butterfly, zachwycam się jej Elżbietą w "Don Carlosie", Amelią w "Balu maskowym", wielce cenię jej Toskę. Jednak odnoszę wrażenie, że partia Halki to nie jest wymarzone śpiewanie Schoppy. I chociaż artystka bardzo się starała (miała wiele przepięknych momentów), to - moim zdaniem - Halka powinna na artystkę jeszcze trochę poczekać (tam za dużo "szarpanego" śpiewania, głosowi Wiśniewskiej to nie jest teraz potrzebne). Oczywiście więcej było dobrego, niż mniej dobrego, ale ja chciałbym, żeby Wiśniewska zawsze była wyłącznie doskonała. Czego Jej, Sutowiczowi, wszystkim solistom i zespołom teatru, dyrekcji oraz samemu Teatrowi Wielkiemu życzę najszczerzej.



sobota, 21 stycznia 2017

TWŁ skończył 50 lat

Szumią jodły, ino jodeł brak

Koncert z okazji 50. rocznicy Teatru Wielkiego w Łodzi (20 stycznia 2017) zapowiadał się imponująco. Tym bardziej, że dzień wcześniej pokazano nową realizację "Halki", której premiera odbyła się równo po 50. latach: 19 stycznia.
W nawiązaniu do zawartości Moniuszkowskiej opery koncertowi dano tytuł "Szumią jodły...". Tytuł zobowiązuje, więc w programie koncertu umieszczono 4 fragmenty z "Halki", za to nie umieszczono arii Jontka od tych słów właśnie się zaczynającej. Oryginalna koncepcja, trzeba przyznać.|Tymczasem współczesnemu wykonawcy partii Jontka - Dominikowi Sutowiczowi - powierzono wykonanie partii... Księcia, w kwartecie z "Rigoletta". No to Sutowicz z kwartetu "zrobił sobie" arię.
Ale to nie tylko Dominik Sutowicz podczas jubileuszowego koncertu miał zaśpiewać repertuar nie dla niego przeznaczony. W podobnej sytuacji znaleźli się: Anna Wiśniewska-Schoppa (Halka), Łukasz Motkowicz (Escamillo), Andrzej Kostrzewski (Janusz), Dorota Wójcik (Donna Anna), Barnadetta Grabias (Donna Elwira), chociaż akurat Grabias pięknie w tej partii wypadła.
Właściwie - mówiąc kolokwialnie - najlepiej obsadzeni zostali: Stanislav Kuflyuk oraz Monika Cichocka i Joanna Woś (szkoda, że obie damy w rolach znanych od zawsze - Tosca, Traviata, Zupełnie, jakby nie śpiewały innego repertuaru od kilkudziesięciu lat).
Było i pięknie, i rozczulająco, za to nie było oszałamiająco i światowo. To dziwne, bo wszyscy soliści, którzy w tym koncercie wystąpili, są i światowi, i oszałamiający. Każdy z nich, gdyby zaprezentował się w swoim repertuarze, błyszczałby jak najpiękniej oszlifowany brylant. Skąd zatem pomysł, by większość śpiewała to, w czym nie jest najdoskonalsza? Tego nikt nie zgadnie.
No dobrze: w "swoich" partiach wystąpili także Agnieszka Makówka i Przemysław Rezner (duet Papagany i Papagena), ale co to za popis dla tych obojga artystów, którzy mają na swoim koncie wielkie, indywidualne sukcesy? Co za propozycja dla Doroty Wójcik, Bernadetty Grabias, Zenona Kowalskiego, Patryka Rymanowskiego, Patrycji Krzeszowskiej, Olgi Maroszek by zaśpiewać w ansamblach? Byle tylko się pokazali?  A mój ulubiony bas - Grzegorz Szostak? Dlaczego śpiewał arię Gremina, skoro najdoskonalszy jest w szerokim repertuarze Verdiowskim? A nawet w Wagnerowskim śpiewaniu Dalanda, co czyni wspaniale?
O balecie właściwie trudno mówić, bo jedynie zaistniał (Mazur z "Halki" ułomny, aż żal było patrzeć), chór, szczęśliwie, pięknie zaśpiewał Tańce połowieckie. Kłaniam się nisko.
Reżyserii zabrakło, światła świeciły, żeby było widno, czasem z lewej kulisy wjeżdżał na scenę wózek z kwiaciarnią, w której Kasia Jasińska i Michał Stankiewicz pytali gwiazdy naszej sceny o wrażenia sprzed 50., m.in: Delfinę Ambroziak, Tadeusza Kopackiego, Eugeniusza Nizioła, Janinę Niesobską, Kazimierza Knola.
Całość od pulpitu dyrygenckiego poprowadził Wojciech Rodek, obecny szef artystyczny sceny. To miłe. Szkoda jednak, że przy takiej okazji nie znalazło się również miejsce dla Tadeusza Kozłowskiego, Wojciecha Michniewskiego, Łukasza Borowicza... Szkoda, że gwiazdor wieczoru - zaproszony na scenę przez Pawła Gabarę - dyrektor Sławomir Pietras miał okazję wypomnieć obecnej dyrekcji nieobecność Ewy Wycichowskiej - żywej legendy TWŁ - primabaleriny, niekwestionowanej gwiazdy polskiego baletu; szkoda, że wśród nazwisk współtwórców łódzkiej sceny operowej zabrakło nazwiska Teresy Wojtaszek-Kubiak.
Wiem, że okoliczności jubileuszu nie mogą dogodzić wszystkim. To właściwie nie jest możliwe. Szkoda. Najmilszym akcentem uroczystości była refleksja Pawła Gabary owocująca zaproszeniem na scenę wszystkich obecnych artystów Teatru. To był najbardziej ciepły i rodzinny moment. Nie wymienię wszystkich, bo to nie jest możliwe, ale miło było mi widzieć znów na łódzkiej scenie słynny w Polsce CKM, czyli Joannę Cortes, Sylwestra Kosteckiego i Zbigniewa Maciasa.
Sporo mam zastrzeżeń do tego koncertu, ale jednak cieszę się, że wczorajszy wieczór spędziłem w moim ukochanym Teatrze. Do pełni szczęścia zabrakło satysfakcji.