Fortuna kałem sie tuczy


wtorek, 28 grudnia 2010

Warszawa - Łódź - Warszawa

PKP w rozkładzie

Dworzec kolejowy Łódź Fabryczna. Na tablicy w hallu kasowym kartka: "Rozkład jazdy znajduje sie w gablotach". Gdzie gabloty? Trzeba poszukać.


- Z którego peronu odjeżdża pociąg do Warszawy?
- Nie mam pojęcia, powinien z drugiego – mówi kasjerka.

Na peronie 2 stoją dwa pociągi. Na żadnym z nich nie ma tabliczki z informacją dokąd są to pociągi. Na peronie też nie ma tabliczki z taką informacją. Spiker też nic nie mówi. W rozkładzie (tym w gablocie) napisane jest, że pociąg do Warszawy odjeżdża z peronu 2. Ale który to jest pociąg?
Idę wzdłuż peronu, aż dochodzę do pierwszego wagonu. Tam przedział z konduktorami.

- Dzień dobry. Czy to pociąg do Warszawy, odjeżdżający o godz. 9.31?
- Tak. Ale chyba odjeżdżamy 9.32 – mówi ładna pani konduktorka.
- Chyba jednak o 9.31
- No może i tak.

Stacja Warszawa Zachodnia, drzwi uchyla pan kolejarz:

- Nie jedziemy przez Centralną, tylko przez Śródmieście, bo szyna na Centralnym pękła.
- Dobrze, że w ogóle jedziemy – to już złośliwa współpasażerka.

I na koniec szok: pociąg przyjechał punktualnie. Inna sprawa, że w nowym rozkładzie jazdy z Łodzi do Warszawy (i vice versa) pociąg pospieszny jedzie 15 minut dłużej, niż to było w starym rozkładzie. No cóż... mamy rozkład PKP.
 
PS.
Zastanawiam się jak scharakteryzować to coś, co łodzianie nazywaja budynkiem dworca Łódź Fabryczna. Może ktoś ma pomysł?

piątek, 24 grudnia 2010

Boże Narodzenie

Smutek

Ostatnie tygodnie nie są najweselsze w moim życiu, ale nie przeszkadza mi to wszystkim Czytelnikom i Odwiedzającym tę stronę, życzyć miłych i wesołych świąt. Serdeczności.

środa, 22 grudnia 2010

Kolejny zły pomysł Marka Szyjko w Teatrze Wielkim w Łodzi

Konina rzucał perły przed wieprze

Kilka dni temu, 18 grudnia, uczestniczyłem w premierze, co ja mówię, w światowej prapremierze opery Marty Ptaszyńskiej pt. "Kochankowie z klasztoru Valldemosa". I było to doświadczenie dojmujące.


Pomijam już błąd w tytule (nie ma klasztoru Valldemosa, jest klasztor w Valldemosie), ale nie pominę treści libretta. Głównymi bohaterami autor - Janusz Krasiński - uczynił Fryderyka Chopina i jego kochankę George Sand. A więc dwoje nie tylko znakomitych, ale znanych, popularnych i cenionych artystów pierwszej połowy XIX stulecia. Dziś pewnie widzielibyśmy ich w szeregach celebrytów, ale współcześni im podziwiali ich na salonach.

Co innego podziwiać salonowe pustosłowie, a co innego poznać charakter i temperament wielkich osobowości. No, niestety, nie to zainteresowało autora. Krasiński rozwodzi się w swym tekście nad opadami deszczu, słońcem, które świeci, kwiatami, które pachną i... nierogacizną, która płynie statkiem, podczas gdy rogacizna (koza) statkiem nie płynie, ma za to zostać unicestwiona. Że robię sobie żarty i kpię? Nic bardziej błędnego: mówię najzupełniej serio. W tej pseudooperze pojawia się tylko raz rodzaj arii w wymiarze szczątkowym, która traktuje o kozie. O kozie, którą kazano zabić po wyjeździe protagonistów z Majorki. Tekst "Nie zabijaj kozy, kozy nie" doczekał się w muzyce powtórzeń, długich fraz, a nawet w słowie "koza", na samogłosce "o" koloratury. Nieoczekiwanie doszło do autoparodii.

Rozbawienie wywołuje i libretto, i muzyka Marty Ptaszyńskiej, skąpana w umarłej 40 lat temu awangardzie lat 60. Ale taka jest Ptaszyńska i jej nieśmiertelny styl. Trzeba być kompletnie niezorientowanym we współczesnej muzyce, żeby zamawiać u tej artystki operę.

Ale czego wymagać od wołu ponad sztukę mięsa? Marek Szyjko od dwóch i pół roku kieruje Teatrem Wielkim w Łodzi i, jak dotąd, niczego nie dowiedział się o operze. Śmiać mi się chciało, kiedy – jako dyrektor zamawiający (wcześniej szczycił się tym, że zamówił ten utwór) – oklaskiwał kompozytorkę na premierze: był chyba jedynym, spośród widzów niemal całego amfiteatru.

Spektakl wyreżyserował, we własnej scenografii, Tomasz Konina. I muszę przyznać, że podziwiam go za ten czyn heroiczny, bo sam uciekałbym przed tą muzyka i librettem gdzie pieprz rosnie. Nie zaryzykuję wiele pisząc, że Konina rzucał perły (swojego talentu) przed wieprze ("talentów" kompozytorki i librecisty).

Tym wielkim nieporozumieniem, jakim są "Kochankowie z klasztoru Valldemosa", Teatr Wielki w Łodzi niechlubnie wpisał się w obchody 200-lecia urodzin Fryderyka Chopina. Niestety, Marek Szyjko zdążył już wszystkich przyzwyczaić do, delikatnie mówiąc, swej niezgrabności i nieudacznictwa. Gołosłowny nie będę, przykłady w następnym wpisie.

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Kochankowie z klasztoru - Teatr Wielki w Łodzi, Kopciuszek - Opera Narodowa w Warszawie

Piękne muzeum

Byłem, zobaczyłem. O "Kopciuszku" w Operze Narodowej napisałem tu. O "Kochankach z klasztoru Valldemosa" napiszę niebawem. Wiało grozą...
PS. Juz napisałem. Tutaj.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

PKP, TLK, Inter Regio

PKP są urocze

Życie wymaga ode mnie podróżowania. Nie narzekam za bardzo, ale kilka refleksji, że tak powiem, posiadłem.

Wczoraj np. o godz. 21.01 wsiadłem do pociągu TLK relacji Łódź Fabryczna – Warszawa Wschodnia. Na miejsce odjazdu udało mi sie przybyć z kilkunastominutowym wyprzedzeniem, co nie tylko pozwiliło mi stać przez kwadrans w smrodzie, błocie i wodzie przed kasą (nawet udało mi się kupić bilet), ale nawet zająć jedno z nielicznych miejsc siedzących. Po kilku minutach miejsc już nie było, byli za to stłoczeni jak sardynki pasażerowie.
Ci, którzy siedzieli, solidarnie z tymi, którzy stali, moczyli buty w błocie i narzekali na zmino. Ale i tak byli w lepszej sytuacji, bo siedzieli. W Koluszkach zauważyłem tablicę informującą, że pociąg jadący w przeciwnym kierunku ma opóźnienie 50 minut. Pomyślałem, że nasz pociąg czeka to samo, ale spotkała mnie niespodzianka: opóźnienie wyniosło niewiele ponad 10 minut (nawiasem mówiac, nie zdarzyło mi się jeszcze aby pociąg, którym na tej trasie podróżowałem, nie miał choć kilku minut spóźnienia). Jak na złe warunki – było wspaniale. A ponieważ podróż jest stosunkowo krótka (niespełna 2 godziny), to i nikt specjalnie nie narzekał na nieczynną toaletę i brud.
Ten pociąg był i tak o niebo lepszy, od składów, jakie proponuje swoim klientom Inter Regio. Ta spółka ma wyłącznie wagony II klasy i są to nieco podremontowane (ale nie zawsze) tak zwane jednostki. W latach 60. jeździły pomalowane na żółto i niebiesko, teraz mają sznyt szaro-czerwony. Te pociągi to prawdzie galery, przewożące ludzi w wagonach bydlęcych, rzadko z miękkimi siedzeniami, częściej (przynajmniej ja tak trafiam) z siedzeniami twardymi jak kamień lub obitymi ceratą: odklejanie się od niej jest przeżyciem niezapomnianym. Naturalnie w tych Inter Regio, żeby nie wiem jaką trasę pokonywały, nie ma wagonu barowego (o restauracyjny już nie wypada upominać się).
Ale i TLK mają swój urok: do Łodzi np. zwykle jedzie ośmio- dziewięciowagonowy skład. I obligatoryjnie bez tzw. Warsu. Ale juz np. z Warszawy do Krakowa wagon barowy jest. I trzy wagony drugiej oraz jeden pierwszej klasy. Wsiadam zazwyczaj na dworcu Wschodnim, więc siedzę. Pasażerowie dosiadający na Centralnym toczą walkę o miejsce wedle praw dżungli. Udaje się mniej więcej połowie podróżnych. Odliczając tych, którzy okupują Wars. I tu bywa najmniej przyjemnie, kiedy zamawia się u bufetowego jakies danie i... nie ma się miejsca, by je skonsumować (oczywiście danie, nie miejsce). Ani stojąc, ani tym bardziej siedząc. Obowiązuje niepisana umowa, że gość z jedzeniem może poprosić podróżnego siedzącego przy stoliku bez jedzenia, żeby mu ustąpił miejsce na czas posiłu. Nie będę opisywać spojrzeń, jakie posyła ten odrywany na chwilę od krzesełka. Nie mówiąc już o tym, jak czuje się ten, który targany wyrzutami sumienia przycupnął, by zjeść. Wszyscy natychmiast mają wrzody na żołądku. Tylko PKP nie mają. I w tym ich urok, prawda?

poniedziałek, 29 listopada 2010

Neurolog Danuta Gołębiewska

Bez tytułu
Wśród moich znajomych Czytelników bloga poszukuję osób znających panią doktor neurolog Danutę Gołębiewską (z Łodzi). Z góry dziękuję za pomoc.

piątek, 26 listopada 2010

I Międzynarodowy Festiwal Teatralny Klasyki Światowej. Łódź, Teatr im. Jaracza

Puściłem wodze 

Kiedy rozmawiałem z Wojciechem Nowickim i Waldemarem Zawodziński, dyrektorami łódzkiego Teatru im. Jaracza o festiwalu, który prezentowałby nowe odczytania klasyki, mierzyliśmy wysoko. I z dystansem. Jednak miało być międzynarodowe jury, nagrody za reżyserię (reinterpretację), nagrody za kreacje aktorskie. Przy okazji festiwalu miała być także wręczana nagroda za polskie tłumaczenie. Waldemerowi Zawodzińskiemu, który wymyślił, by powołać taką nagrodę do życia, szczególnie na niej zależało. Ba! Któż lepiej od reżysera potrafi docenić siłę i poezję słowa.A XXI wiek (i koniec XX) wymaga nowych przekładów: język bardzo zmienił się w ostatnich 20-30 latach.
Tymczasem nie ma jury, nie ma nagród, nie ma dreszczyku emocji. Szkoda. Przegląd się zrobił.Szkoda też, że nie udało mi sie zostać przy festiwalu, ale to osobny temat. Teraz, niestety, zajęcia nie pozwalają mi nawet w nim  uczestniczyć. Oglądałem jedynie inauguracyjny spektakl: „Panny z Wilka” w reżyserii Alvisa Hermanisa z Teatru w Bolonii. Formalnie przedstawienie pełne uroku, niestety, troszkę zimne, zakochane w sobie. Postaci kobiet rozkochanych w Wiktorze nie tworzą barwnego kalejdoskopu charakterów; są jak jedna, przejęta sobą kobieta. A nie tak jest u Iwaszkiewicza i nie o to chodzi w „Pannach...” by były takie same. Jakas niedoskonałość interpretacyjna wkradła się Hermanisowi.
Po przedstawieniu zamieniłem kilka słów ze Zdzisławem Jaskułą, dyrektorem Teatru Nowego w Łodzi. Wrażenia miał podobne, ale do formy odniósł się z lekkim dystansem. - Tak się kiedys robiła dla dzieci – powiedział. Pewnie, że tak. I to właśnie u Hermanisa podobało mi się najbardziej: metafora pojemna i wysmakowana, a zarazem dziecięca wrażliwość. Uwielbiam w teatrze puszczać wodze wyobraźni.

sobota, 20 listopada 2010

Prosta historia o miłości i łódzka prowincja

Paranoja

Chciałem dziś pójść do kina na debiutancki film Arkadiusza Jakubika "Prosta historia o miłości". Wczoraj była premiera. Dużo dobrego mówi się o tym filmie. Mam coś o nim napisać.
Od wczoraj jestem w Łodzi, zatem do którego kina wybrać się? No do żadnego, bo w mieście, gdzie wszyscy kandydaci na radnych i prezydentów walczą o miasto, miasto nieoczekiwanie zamienia się w prowincję. Europejska Stolica Kultury 2016 - no śmiechu warte.
W kinie Cinema City film grają, ale nie w Łodzi. Tak samo w Multikinie (w Łodzi się nazywa Silver Screen) - grają w Polsce, w Łodzi nie.
Nie grają filmu w "Bałtyku", nie grają też w "Poloni" - kinie Stowarzyszenia Filmowców Polskich. To już paranoja. Jedyne kino w Łodzi, mające "Prostą historię..." w repertuarze to kino Charlie. Gra go całe dwa razy dziennie. W sali maleńkiej, dusznej, z maciupeńkim ekranikiem i bardzo niewygodnej. Lepsze warunki do oglądania filmów panują w mojej kuchni. I dlatego może ugotuję obiad do jedzenia, żeby czuć się w Łodzi bardziej światowo.

wtorek, 16 listopada 2010

Janyst, prokuratura, korupcja, kultura i biznes oraz maski. Oto Łódź

Gwoli prawdy i sprawiedliwości


Szanowny Panie Redaktorze,
Drogi Panie Wojtku

Tak się złożyło, że dopiero dziś dotarłem do wydania Pana periodyku „Kultura i biznes” nr 54. A w nim przeczytałem artykuł autorstwa Janusza Janysta pt. „Maski kapituły”. Jestem zdumiony, że tak skandalicznie nierzetelny dziennikarsko tekst mógł ukazać się w Pana wydawnictwie. Nie będę jednak gołosłowny, w odróżnieniu od autora artykułu, i wyłuszczę tego tekstu słabości.
Po pierwsze: szczytem nierzetelności są dywagacje na temat tego co słuszne, a co nie słuszne. W Kapitule Złotych Masek odbywa się głosowanie nad każdą zgłoszoną kandydaturą. Dyskutowanie z demokratycznym wyborem kojarzy mi się z kopaniem się z koniem. O tym kto dostanie nagrodę, decyduje gremium większością głosów. Nic nie poradzę na frustracje pana Janysta, że się do niego nie zalicza (może decydowało także to, że żaden z członków, w przeciwieństwie do pana Janysta, podczas okolicznościowych bankietów, nie upycha kanapek po kieszeniach).
Po drugie. Pan Janyst pisze: „tylko niektóre decyzje kapituły bywają przez nią samą (zapewne w poczuciu popełnionego błędu) – ach ten jedyny sprawiedliwy – naprawiane. Doskonale pamiętam jak znakomitą kreację aktora Teatru Jaracza, nagrodzono nie od razu, lecz dopiero po roku, po następnym sezonie, gdy ów aktor zdążył już za swą rolę otrzymać należne laury na konkursie w innym ośrodku”. W którym sezonie? Jakiego aktora to dotyczy? Może operujmy konkretami.
Pan Janyst ubolewa dalej, że nie zostały dostrzeżone debiuty dyplomantów Wydziału Wokalno-Aktorskiego łódzkiej Akademii Muzycznej, której jest pracownikiem. A może były inne, bardziej wartościowe debiuty? Ale skąd pan Janyst ma o tym wiedzieć, skoro w teatrach dramatycznych bywa dramatycznie rzadko?
Dalej autor pozwala sobie na twierdzenie, że „systematycznie ignorowana jest muzyka”. Otóż bzdura, jakich mało. W każdym roku Kapituła rozpatruje tę kategorię. Nagród faktycznie nie ma co rok, ale… to nie wina kapituły.
Jednak zakompleksiony Janusz Janyst brnie dalej i pisze: „we wspomnianej grupce „arbitrów” ukształtowanej, zdaje się w dużym stopniu na zasadach towarzyskich – nie ma nikogo z wykształceniem muzycznym”. Pominę kwestię względów towarzyskich – faktycznie, nie każdy może zaliczać się do towarzystwa. Ale pisać o ludziach, którzy – jako jedyni w Łodzi – podjęli się trudu i zaszczytu oceniania twórczości artystycznej w tym mieście per „arbitrzy” jest – będę elegancki – prostackie. To jednak kwestia klasy autora i nie będę się nad nią zatrzymywał. Kłamstwem natomiast jest twierdzenie, że nie ma w Kapitule nikogo z wykształceniem muzycznym. I to pierwsze zdanie, za które Wydawcę, bądź autora, Kapituła może pozwać do sądu.
Pan Janyst dryfuje dalej, wedle rozmiarów własnej wyobraźni i pisze sobie: „w corocznych ocenach punktuje się zresztą tylko niektóre elementy teatralnych realizacji”. A skąd pan to wie, skoro pana tam nie ma?
Dalej pan Janyst duma nad tym, że nie w każdym sezonie Kapituła wręcza Czarne Maski. „Przecież zawsze w teatrach zdarza się coś fatalnego” - upomina się o karanie zespołów jedyny przebrany w szaty sprawiedliwego. A skąd pan Janyst to wie? Czyżby poznał regulamin Kapituły?
Pisze sobie pan Janyst jeszcze, że na łamach „Kultury i biznesu” sugerował Czarną Maskę dla Kazimierza Kowalskiego. Panie Janyst! Pan może sugerować różne rzeczy, tymczasem decyduje gremium, w którym pana nie ma. A dlaczego tak jest, wie pan doskonale i lepiej będzie, jeśli tego nie wyjawię.
Pan Janyst brnie jednak wytrwale w pragnieniu obdarowania Czarną Maską Teatru Wielkiego. Dlaczego? Bo nie pasuje mu Kazimierz Kowalski (kiedyś dyr. TW), jako reżyser „Hrabiny” Moniuszki. I Janyst wyjaśnia sobie: „Sprawa miała się dość szybko wyjaśnić: w rachubę wchodziły względy korupcyjne, jeden z należących do łódzkiego „salonu” recenzentów brał z Teatru Wielkiego, zarządzanego wówczas przez p. Kowalskiego, pieniądze (za co musiał się pożegnać z posadką w redakcji, ale w kapitule jest nadal)”.
I ta karczma Rzym się nazywa. Skoro komuś (komu?) jest zarzucana korupcja, to rozumiem, że autor (a już na pewno wydawca) zgłosił sprawę do prokuratury. Bo korupcja to kryminał jest. I jeszcze jedno: gdzie odwaga autora? Kim jest ten skorumpowany dziennikarz, który pożegnał się z posadką? Jeśli pan Janyst nie poda nazwiska skorumpowanego członka Kapituły (lub nie odwoła tego, co napisał) – jako jej założyciel i członek – będę musiał pozwać do sądu Wydawcę „Kultury i biznesu”, a więc Pana, Panie Redaktorze, Panie Wojtku.
A tak na marginesie: przykre, że w swoim piśmie publikuje Pan tak elementarnie słabiutkie wypociny pana Janysta. Mam jednak nadzieję, że wyjaśnienie pomówień znajdzie się na łamach odpowiednio szybko, i że nie będziemy musieli spotykać się w Sądzie. Pomijam już przykrość, jaką swoimi „analizami” sprawił autor tym, za którymi, rzekomo, ujmuje się, atakując tych, którzy od blisko 20 lat starają się w Łodzi promować kulturę. Jaki w tym biznes?
Łączę pozdrowienia i życzę sukcesów.
Michał Lenarciński

PS. List adresuję do profesjonalisty, dlatego nie przytaczam stosownych paragrafów i artykułów prawa prasowego, mając pewność, że nie ma takiej potrzeby.

Ryszard Zembaczyński, prezydent Opola, potępia sceny gwałtu, pedofilii i homoseksualne w... teatrze

Sex w teatrze, skandal dla władzy

Prezydent Opola Ryszard Zembaczyński (dziś PO, debiutował w SD) zapowiedział inwestycje związane z rozbudową Teatru Lalki, „bo teraz tylko tam można prowadzić młodzież bez narażania na zgorszenia”.
- Mieliśmy w Opolu teatr dramatyczny ale zrobił się sadystyczny i sexi - ocenia prezydent.
Co go bulwersuje? Teatr im. Kochanowskiego i inscenizacja „Zmierzchu bogów” wyreżyserowana przez Maję Kleczewską. Przedstawienia nie widziałem, ale zaufani powiedzieli mi, że faktycznie, ostatnia premiera teatru wzbudziła wśród mieszczan wiele kontrowersji. W spektaklu mianowicie znalazły się sceny homoseksualne, pedofilskie czy gwałtu. No i co z tego?
Nie przepadam za realizacjami Kleczewskiej, ale nie mogę odmówić jej talentu. I chociaż przedstawienia nie widziałem (podkreślam po raz drugi), to – podkreślam po raz pierwszy – dlaczego miałoby tych scen w spektaklu nie być? Bo panu prezydentu się to nie podoba?
Panie prezydencie Opola: teatr i sztuka to wolność. I warto o tym pamiętać. Może faktycznie te sceny są okropnie wyreżyserowane. Jeśli tak jest, to można krytykować panią reżyser. Ale krytykować teatr za to, że pokazuje takie sceny? To kretynizm. Albo hucpiarska chęć zaistnienia w mediach z okazji wyborów.
Panu prezydentu gratuluję w tym wszystkim jednego, supertrafnego określenia, pod którym podpisuję się rękami i nogami: Tak, panie prezydencie: teatr jest sexi. Każdy teatr. Przy okazji gratuluję panu Tomaszowi Koninie (jest dyrektorem tego teatru), że udaje mu się prowadzić teatr w taki sposób, że stał się sexi.
PS. Na Teatr im. Kochanowskiego pan prezydent nie da pieniędzy, bo ich nie daje od 11 lat. Teatr im. Kochanowskiego podlega Urzędowi Marszałkowskiemu. I chwała Bogu.

poniedziałek, 8 listopada 2010

Joanna Kluzik-Rostkowska i Elżbieta Jakubiak wyrzucone z PiS

Koń, jaki jest - każdy widzi

Nic się nie dzieje ciekawego ostatnio, a jednak TVN 24 usiłuje wmówić mi, że zatrzęsła się ziemia, bo partia PiS wykluczyła dwie posłanki: Elżbietę Jakubiak i Joannę Kluzik-Rostkowską. Niemal na okrągło, w każdej autycji, omawia się aspekty owej ekstrakcji. Mówią o tym politycy ze wszystkich partii oraz bezpartyjni, komentują dziennikarze prasowi, radiowi, telewizyjni, satyrycy i artyści. Od dawna nikomu nie poświęcono tyle czasu antenowego, co tym paniom.
Najdziwniejsze, że z tych wszystkich omówień niewiele wynika. A to z dwóch powodów: koń, jaki jest – każdy widzi. To raz. Dwa – jakkolwiek się obrócisz, dupa zawsze z tyłu. Leją się z ekranu oczywiste oczywistości przewidywalne, jak zachowanie hedonisty w seraju.
I zastanawiam się co by było, gdybyśmy włączyli telewizor i usłyszeli tak:
W Białymstoku doszło do eksplozji cysterny z ropą, strażacy ugasili pożar, za kilka dni po naprawionych torach pojada pociągi we wszystkich kierunkach.
Z PiS wykluczono panie: Kluzik- Rostkowską i Jakubiak.
Jutro rano przelotne opady i zamglenia, będzie ciepło. Dobranoc państwu.
Wiedziałbym to, co wiem w dalszym ciągu. I w dalszym ciągu, jak komentatorzy i same posłanki, nie wiedziałbym co dalej.

Skrzydlate świnie Anny Kazejak

Skrzydlate świnie to wciąż nie Pegazy - nie poleciały

Już sam tytuł wzbudził we mnie pewne uprzedzenia; niezbyt wyrafinowany, by nie powiedzieć prostacki. Z drugiej strony jak magnes przyciągało mnie do "Skrzydlatych świń" nazwisko reżyser filmu - Anny Kazejak, znanej z doskonałego debiutu - "Ody do radości", filmu złożonego z trzech nowel, reżyserowanych przez Kazejak, Macieja Migasa i Jana Komasę.
Z przykrością muszę stwierdzić, że Kazejak nie dała tym razem możliwości docenienia jej reżyserskiego talentu, popisując się jedynie sprawnością warsztatową, wspartą dobrymi zdjęciami Michała Englerta i błyskotliwym montażem Jarosława Kamińskiego.


Więcej
http://www.se.pl/rozrywka/plotki/swinie-nie-poleciay_159139.html

czwartek, 4 listopada 2010

Magiczny zakątek na Allegro

Stolik

Jest taki sklep w Warszawie, który nazywa się „Magiczny zakątek” (ul. Godarda 16). Swoje artykuły sprzedaje też w serwisie Allegro. Wiem, bo chciałem kupić sobie stolik.
Obejrzałem zdjęcia, stolik mi się spodobał, ale – myślę sobie – po co mi kurier, kiedy do sklepu mam dwa kroki. Sam sobie odbiorę, zwłaszcza, że to właściwie nie stolik, a stoliczek. Telefon do sklepu jest na stronie. Wybieram numer.
- Dzień dobry. Chciałbym kupić stolik, zobaczyłem go na Allegro. W jakich godzinach mają państwo czynny sklep?
- Dzień dobry. Od godz. 10 do 18. Ale my nie mamy tu tego stolika, bo nie tmamy tu magazynu.
- Zatem jak robi się u państwa zakupy?
- A che pan sam odebrać?
- Dlatego pytam o godziny otwarcia sklepu.
- No to się możemy umówić na konkretny dzień, my ten stolik będziemy mieli w skepie i pan przyjdzie go sobie odebrać.
- Zatem umówmy termin już teraz, bo ja za chwilę przeleję pieniądze na państwa konto i za dwa, trzy dni – jak państwu wygodniej – przyjdę odebrać stolik.
- Dobrze, ale odbiór własny kosztuje 20 złotych.
- Słucham?
- No mnie się inaczej nie opłaca.
- Czy to jest uczuciwe?
- Tak jest i koniec. Inaczej by się nie opłacało. To kiedy pan przyjdzie po ten stolik?
- Nie przyjdę.

Zaiste magiczny to zakątek.

środa, 3 listopada 2010

Łódź nie będzie stolicą kultury

Dziś zaczynam od cytatu obszernego, ale po co sie powtarzać.

"Co złego to nie my" - powtarzają od trzech tygodni reprezentanci Łódź Art Center, komentując odpadnięcie Łodzi z konkursu o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Czyżby nie czytali przygotowanej przez siebie aplikacji - nieprzejrzystej, niespójnej, pełnej frazesów i wszelkiego rodzaju błędów? - pyta Jędrzej Słodkowski.

Ciąg dalszy: http://lodz.gazeta.pl/lodz/1,35136,8597871,Aplikacja_LESK_2016__chaos__niechlujnosc_i_wodolejstwo.html?as=1&startsz=x


I warto przeczytać to, co Jędrzej napisał. I warto o tym pomyśleć. Zdaje się, że pierwszy raz ktos napisał, że król jest nagi...
Czy jest rzeczywiście? Uważam, że kilka osób, którym zależy, i które wiedzą, co mówią i mają coś do powiedzenia, powinny spotkać się (może już po wyborach) z władzami miasta i województwa i poważnie porozmawiać. Bo jakoś ostatnio (przynajmniej dwa lata)Łódź wychodzi na durnia.
Mam propozycję, by ułożyć listę kilkunastu osób, które mogłyby coś zdecydować w sprawie kultury w Łodzi. Osób, których ostatnio nikt nie słucha, bo nie opowiadają o wizjach (vide tekst Jędrka), za to je mają.

Teatr na Woli, "Nasza klasa", Tadeusz Słobodzianek. Ondrej Spisak

Potworna klasa
"Nasza klasa" Tadeusza Słobodzianka przerabia niemal stuletnią historię stosunków polsko-żydowskich w kontekście zmieniających się ustrojów i okupacji. Reżyserujący przedstawienie Ondrej Spisák wprowadził na scenę świat teatru w formie najczystszej, najprostszej, a więc najszlachetniejszej, dzięki czemu pozostawił widzom przywilej posługiwania się wyobraźnią. W tym przedstawieniu szkolne ławki są elementami kosmosu, w którym ludzie żyją podle i godnie, zdradzają, wybaczają, błądzą, choć nie starają się specjalnie, to przeważnie są mali, za to niebanalni. Właściwie w każdym przypadku marnują życie sobie i innym.

Więcej
http://www.se.pl/rozrywka/plotki/potworna-klasa_158584.html

PS. Inaczej być nie może, więc dobrze, że jest tak, jak jest

wtorek, 26 października 2010

Rzeczywistość przedstawiona, czyli Zawodziński i Balcerek w laurach


Reza najlepsza

Nagroda dla Marii Balcerek i Waldemara Zawodzińskiego za scenografię do spektaklu "Nad" Mariusza Bielińskiego w Teatrze im. Jaracza w Łodzi.
I bingo. W minionym sezonie Waldemar Zawodziński dostał od nas, łódzkich recenzentów teatralnych, Złotą Maske za tę scenografię. Skromną, oszczędną, płynącą w krwiobiegu tekstu, wzmacniającą go. To znakomitra wiadomość. Maria Balcerek jest autorką kostiumów.
A skąd ta nagroda? A z Zabrza.. To werdykt jury X Ogólnopolskiego Festiwalu Dramaturgii Współczesnej "Rzeczywistość przedstawiona".Najważniejszą nagrodą tego festiwalu są laury dla dramaturga.
Jury w składzie: Bogdan Ciosek (przewodniczący), Krzysztof Domagalik, Krzysztof Karwat, Hanaa Abdel Fattah Metwaly, Jacek Sieradzki, po obejrzeniu ośmiu przedstawień konkursowych postanowiło przyznać Medal im. Stanisława Bieniasza dla najlepszego dramatopisarza Festiwalu Yasminie Rezie za sztukę "Bóg mordu", zrealizowaną w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie.
Gratuluję.

środa, 20 października 2010

Mówi Iwona Schymalla – dyrektor I Programu TVP

 Z owocowego stoiska

"W dziale marketingu i reklamy zamówiłam już badania, jaki i kiedy powinien być program publicystyczny."

‎"A jednocześnie biuro programowe analizuje wydania "Wiadomości", żeby wiedzieć, jak są robione”.

I kto to mówi? Dyrektor I Programu TVP, pani Iwona Schymalla. Dyrektor w telewizji publicznej, nie komercyjnej, a więc tej, która ma tzw. misję.

Bardzo jestem tym zaskoczony, ponieważ TVP wciąż stara się przekonywać, że wypełnia misję. Tymczasem dyrektor chyba najważniejszego kanału TVP bez skrępowania wyznaje, że „Jedynką” kieruje dział marketingu, a o najważniejszym programie informacyjnym wypowie się biuro programowe.
Zastanawiam się teraz czym zajmuje się pani dyrektor, skądinąd sympatyczna, bezpretensjonalna i zrównoważona prezenterka z miłym uśmiechem. Zastanawiam się też, jak to jest, gdy wchodzi się po raz drugi do tej samej rzeki. Sam jeszcze tego nigdy nie robiłem, aczkolwiek nie zarzekam się, wyznając zasadę: nigdy nie mów nigdy.
Dziwi mnie jednak, bo pani Iwona Schymalla nie raz pozwalała poznać po sobie z jaką sympatyzuje stroną polityczną, decyzja powierzenia jej tego stanowiska. Ja widziałbym raczej na tym miejscu osobę manifestującą brak poglądów politycznych, za to ufającą sobie w podejmowaniu decyzji. Wypowiedź pani dyrektor, pozwalającą ufać, że to dział marketingu i reklamy, a nie ona sama, objaśni jaki powinien być program publicystyczny i kiedy, uważam za, mówiąc oględnie, zaskakującą. Byłbym w stanie zrozumieć taki tok myślenia, gdyby pani Schymalla kierowała na przykład stoiskiem z owocami w supermarkecie.

- Czy to dział marketingu i reklamy?
- Tak.
- Mówi Iwonka z „owocowego”. - Panie Włodku, jakie i kiedy powinny znaleźć się na stoisku owoce?
- Pani Iwonko, na koniec wiosny truskawki, wczesnym latem papierówki, pod koniec lata rozmaite śliwki i gruszki. A zimą to zamówimy dla pani brzoskwinie. Pomarańczami może pani handlować cały rok.
- Biuro programowe?
- Tak pani Iwonko. Co słychać?
- Różne mam Wiadomości, ale, panie Staszku, czy może mi pan powiedzieć, jak robione są owoce?
- To pani nie wie?
- No nie.
- Przeważnie rosną na drzewach, niektóre na krzaczkach.
- Oj, to dziękuję bardzo, bo wie pan, ja teraz będę musiała zdecydować, u kogo w ogródku mają rosnąć. Przeanalizuje to pan i mi powie?
- Pod warunkiem, że ci z działu reklamy i marketingu powiedzą pani jakie i kiedy powinny być.
- Czy to dział marketingu i reklamy?
- Tak.
- Mówi Iwonka z „owocowego”. - Panie Włodku, jakie i kiedy powinny znaleźć się na stoisku owoce?
Itd….

środa, 13 października 2010

Zmarła Marta Kotowska

Dobranoc Martusiu

Wczoraj w wieku 69 lat zmarła Marta Kotowska - Lenarcińska. Aktorka znana przede wszystkim mieszkańcom Śląska i Zagłębia. Moja macocha.


Skończyła krakowską szkołę teatralną, później, na wiele lat, związała się ze sceną Teatru Zagłębia w Sosnowcu. Grała też w Teatrze Polskim w Bielsku Białej, teatrze w Kaliszu, Gliwicach, dyrektorowała teatrowi w Zabrzu.
Ostatnie kilkanaście lat spędziła w zespole Teatru Rozrywki w Chorzowie. Na tej scenie stworzyła wiele interesujących kreacji, z Gołdą w „Skrzypku na dachu” na czele. W „Zagłębiu” zagrała m.in. Anastazję Nibek w „W małym dworku”, Raniewską w „Wiśniowym sadzie”, w Bielsku tytułową Okapi, Dulską w „Moralności…” (Złota Maska), w Zabrzu Matkę w „Matce” Witkacego (Złota Maska), w Kaliszu Fiokłę w „Ożenku”, w Teatrze Śląskim w Katowicach Starą w „Krzesłach”.
Zagrała w sumie ponad sto ról, w tym ok. 80 głównych i tytułowych. Jedną z nich była ta życiowa rola – rola macochy… To była dobra rola. Nią zasłużyła na więcej, niż Złotą Maskę, choć nie było łatwo.
Jakoś dziwnie pisze się o aktorce, która w moim życiu prywatnym odegrała istotną rolę… Pełną zawirowań, sprzeczności. Rolę, jakkolwiek oceniać, ostatnią. Przyjaźniliśmy się ponad 30 lat. Żegnaj Marto. Dobranoc Martusiu. Już nie wypijemy wieczornej wódeczki, nie zagramy w brydża, nie powtórzymy scenicznych sytuacji w domowym zaciszu.
Smutno

wtorek, 12 października 2010

Marek Szyjko dołuje Teatr Wielki w Łodzi

Teatr Wielki, czy Zamek Sinobrodego?

Niknie Teatr Wielki w Łodzi. Niknie w oczach. Marek Szyjko, zarządca teatru, aby odwrócić uwagę od klęski, wymyśla przebudowę gmachu (czytaj totalne zniszczenie wnętrz, które jego następca będzie pewnie przywracał do stanu pierwotnego) albo operowe karaoke.

Na szczęście nie byłem w teatrze na remizowej imprezie. Za to obejrzałem jej fragmenty w telewizji. O tym, że Teatr Wielki pan Szyjko zdegradował, wiadomo już od ponad roku. Ale to, co zobaczyłem w migawkach tv, przeszło najśmielsze oczekiwania.

Ja rozumiem, że można mieć ciągoty do prostactwa i rozrywki na najniższym poziomie, rozumiem, że można podziwiać ekspedientkę z mięsnego za to, że wyśpiewuje arie Turandot ale każda szmira ma swoją ojczyznę. Widowiska w rodzaju „Mam talent”, „Szansa na sukces”, przeznaczone dla amatorów, mają od lat swoje miejsce w stacjach telewizyjnych. Teatr Wielki jednak do zgoła odmiennego powołania został w trudzie i znoju przez robotników wzniesiony, a przez kunszt artystów uświetniony. Ale Marek Szyjko mierzy miarą przywiezioną wprost z prowincji (nie umniejszając Radomiowi), i z jego obliczeń wychodzi, że o teatrze trzeba mówić nawet byle jak, ale w teatrze nie trzeba pracować.
Opowieści Szyjki o imponujących premierach (i ich liczbie) mogą imponować tym, którzy Teatr Wielki znają z widzenia. Fakty są natomiast porażające. I nie trzeba wcale ich interpretować.

We wrześniu teatr dał jedną premierę (przeniesioną z ubiegłego sezonu) - „Damę pikową”. I trzy spektakle „Damy...” to cały repertuar wrześniowy teatru. Nie zagrano nic więcej.
W październiku miały być cztery tytuły operowe, ale z powodu żałoby będą tylko dwa. Prócz tego teatr zagra 5 spektakli baletowych, 3 operetkowe i jeden koncert chóru. Razem – 11 wieczorów własnej produkcji.
Na listopad pan Szyjko zaplanował rozpieścić widzów 5 spektaklami baletowymi, 2 operetkowymi i 3 operowymi (1 raz „Straszny Dwór” i 2 razy „Nabucco”). Razem 10 własnych spektakli.
Grudzień to już cudowności: 4 operetkowe spektakle, 2 baletowe, premiera „Kochanków z klasztoru Valdemosa” (ten tytuł zagrany ma być trzy razy), wieczór kolęd i wieczór sylwestrowy. Daje to razem 11 wieczorów własnych.
A ile oper jest w repertuarze Teatru Wielkiego? Otóż 11 (sic!) spektakli operowych w cztery miesiące to... sześć tytułów! A kiedyś w stałym repertuarze było 35 tytułów operowych. Ale to było źle, bo teraz wystarczy sześć oper i karaoke. Jak pisał Wojciech Młynarski:: „Ludzie to lubią, ludzie to kupią, byle na chama, byle śmiesznie, byle głupio”.
Skóra cierpnie.

piątek, 8 października 2010

Saga policyjna – puenta

Sąd się odbył


I koniec sagi policyjnej. Na szczęście, dla niektórych – wiem – niestety. Po wielu peregrynacjach, przesłuchaniach, poszukiwaniach, jak wiecie, policja mnie znalazła, ukrywającego się we własnym domu, pod wiadomym policji adresem. Sąd w Mysłowicach się zebrał i na posiedzeniu uznał, że popełniłem wykroczenie przekraczając dozwoloną prędkość na autostradzie o 22 km. Jako, że to autostrada była z Katowic do Krakowa, ograniczenie było tam do 70 km na godzinę. Paradne, ale to Polska właśnie.

Zatem podsumujmy:
Przez ponad siedem miesięcy byłem poszukiwany.
Przez kilka dni dobijałem się na komisariat, celem przesłuchania
Zostałem przesłuchany
Kilku policjantów straciło na to kilka godzin
Kwitła korespondencja między sądem, a komisariatem w Łodzi
Kwitła korespondencja między komisariatem w Łodzi i w Mysłowicach
Dzwoniły telefony z komisariatu na Okęciu do Łodzi i do Mysłowic
Zebrał się dwuosobowy skład sędziowski w Mysłowicach i wydał postanowienie
Zakwitłą korespondencja między sądem, a mną

Ile kosztowało państwo polskie czasu, pracy ludzi i pieniędzy, aby ukarać mnie grzywną w wysokości… 100 PLN? Czy to nie kuriozum?

piątek, 1 października 2010

POlska Nowoczesna, czyli Janusz Palikot odchodzi z PO

Palikot w rządzie?

Janusz Palikto ogłosił dziś, że jutro podczas kongresu Stowarzyszenia Ruch Poparcia Palikota, ogłosi kiedy odejdzie z Platformy Obywatelskiej i złoży mandat poselski. Ma ochotę wystartować do Sejmu jako lider odrębnej organizacji. Czy umówił się na to z Donaldem Tuskiem?

Platforma nie może zawrzeć koalicji z PiS, ani z SLD. Czy PSL wejdzie do Sejmu po wyborach – to stoi pod znakiem zapytania. Aby nie narażać się na krytykę skupienia władzy w jednych rękach, Donald Tusk mógł umówić się z wyrazistym posłem (który, jak sądzę, ma szansę zebrać liczny elektorat), że to właśnie z jego partią zawiąże przyszłą koalicję. A Palikot, mający jednak dziś w środowisku PO wielu oponentów, bez kłopotu zrealizuje swoje marzenie o byciu wicepremierem.
Zdaniem Palikota, do stowarzyszenia (ma przekształcić się w partię Polska Nowoczesna) wstąpi około 10 tysięcy ludzi. I Palikot wprowadzi do Sejmu 50 posłów. Takie ma wyobrażenie.

Jak myślicie, Palikot ma szanse? Kontrowersyjny filozof od kilku lat dostarcza emocji śmiałymi wypowiedziami i happeningami, ubarwia szarą scenę polskiej polityki. Czy zachowa autentyczność? Kto za nim pójdzie? Czy czeka nas PO-PN?

Dyrektor Jaskuła

Nowy (poprzedni) w Nowym

Zdzisław Jaskuła nie jest już kandydatem, a absolutnym dyrektorem naczelnym Teatru Nowego w Łodzi (drugi raz zresztą). Skręca mnie z ciekawości co teraz będzie. Chyba zapytam Zdzinia, że tak powiem, prosto w oczy. Tymczasem - gratuluję.

środa, 29 września 2010

Zdzisław Jaskuła kandydatem na dyrektora Teatru Nowego w Łodzi

Co nowego w Nowym?

Zdzisław Jaskuła został kandydatem na dyrektora naczelnego Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi. Tak informuje  Małgosia Gaduła-Zawratyńska,  p.o. zastępcy dyrektora wydziału kultury Urzędu Miasta Łodzi.
Komisja konkursowa przeprowadziła rozmowy z dwoma kandydatami biorącymi udział w konkursie na dyrektora: oprócz Jaskuły o stanowisko naczelnego Teatru Nowego ubiegał się aktor Łukasz Pijewski.
O rekomendowaniu Jaskuły zadecydowała "jego wizja prowadzenia teatru oparta na ewolucji, a nie rewolucji, zapewnieniu, że cały ten proces oparty będzie na istniejącym zespole".
Zdzisław Jaskuła był już dyrektorem Teatru Nowego w latach 90. ub. wieku, tuż po otwarciu teatru po wieloletnim remoncie. Wcześniej kierował łódzkim Teatrem Studyjnym, który z kolei został zlikwidowany, a budynek teatru otrzymała łódzka szkoła filmowa.
O tym, czy ostatecznie Jaskuła obejmie teatr, zdecyduje Tomasz Sadzyński (PO) - zarządca komisaryczny Łodzi.

Czy Zdzisław zostanie dyrektorem i czy uda mu się połączyć własne wizje teatru z wizjami Mirki Marcheluk, która jest dyrektorem artystycznym i ma być nim przez kolejne 4 lata (na tyle podpisał z nią kontrakt były prezydent Łodzi Jerzy Kropiwnicki)? Ciekawe jest to...

poniedziałek, 27 września 2010

Profesor Bronisław Wrocławski. Aktor

Ja to mam szczęście

Wczoraj Bronek Wrocławski, przepraszam, Bronisław, doktor habilitowany i dziekan Wydziału Aktorskiego łódzkiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej, Filmowej i Telewizyjnej, został najprawdziwszym PROFESOREM. Tak zdecydowały władze Uczelni i ministerialno-prezydenckie komisje. Za kilka tygodni od prezydenta Bronisława Komorowskiego odbierze honory i tytuł. Jaka z tego moja satysfakcja?


Znam Bronka od dwudziestu lat, tle też lat o Nim pisałem. O przedstawieniach, w jakich występował, o Jego kreacjach. A teraz, akurat w Tm momencie, satysfakcję mam tym większą, że za sprawą jednego z wydawnictw, pisze o Bronku książkę. I od kilku tygodni spotykamy się, gadamy… Mam radość z coraz lepszego i bliższego poznawania Go, radość z tego z KIM jestem na „Ty”. Rewelacja. Pogratulujcie tu (w komentarzach na przykład) profesorowi Bronisławowi Wrocławskiemu tytułu i talentu. Ja cieszę się tymczasem.

poniedziałek, 13 września 2010

Nie dla Praktikera

Wolno, nie wolno


Wchodzę do Castoramy, oglądam, pytam. Nawet odpowiadają, niektórzy z subiektów sprawiają nawet wrażenie, że wiedzą, co mówią. Co ciekawsze artykuły fotografuję, bo taka jest potrzeba chwili.

Wchodzę do Praktikera. Nie mam kogo zapytać, bo personel chowa się po kątach. Wyjmuję aparat i fotografuję mały przedmiot na półce. Spod ziemi wyrasta dwóch rosłych dresiarzy w mundurach sklepu:

- Tu nie wolno fotografować! Proszę natychmiast schować aparat!
- A dlaczego nie wolno? - pytam grzecznie.
- Bo takie jest zarządzenie dyrektora.
- Ale dlaczego dyrektor wydał takie zarządzenie? Przed chwilą robiłem zdjęcia w Castoramie i tam nikt mi nie zakazywał.
- A tu nie wolno, nie widział pan zakazu na drzwiach wejściowych?
- Nie widziałem. A może tu przyjść ten dyrektor od tego zarządzenia?
- Nie.

Decyduję się wyjść ze sklepu, aż tu nagle pojawia się pani.

- Jestem kierownikiem zmiany, o co chodzi?
- Zastanawiam się dlaczego nie wolno tu fotografować.
- Bo jest takie zarządzenie dyrektora.
- A myśli pani że ono jest mądre?
- Ja nie myślę.
- To widać – myślę, ale nie mówię. To zarządzenie jest, proszę pani, bez sensu (to już mówię).
- A widział pan zakaz wchodząc do sklepu?
- Nie, za mało wyeksponowany jest.
- A ile zrobił pan tu zdjęć?
- Jedno.
- I na tym poprzestańmy – puentuje błyskotliwa kierowniczka. Proszę ją, bo napisała do dyrektora pismo, że klientom zarządzenie wydaje się niemądre, bo w XXI wieku panele podłogowe czy lampy stołowe obiektami strategicznymi nie są.


Jadę do Leroy Merlin. Na drzwiach wejściowych taki oto napis.

sobota, 4 września 2010

Domingo jako Rigoletto

Co piszczy w operze? (zobaczymy)

Marco Bellocchio podjął się wyreżyserowania „Rigoletta”. RAI transmituje to w cały świat, nie chce mi się sprawdzać do ilu krajów. To trzecia jego realizacja live po „Tosce” i „Traviacie”, druga z Placido Domingo, który tym razem śpiewa partię barytonową (w „Tosce” był Cavaradossim, Toską była Catharina Malfitano). I to nawet z powodzeniem, ale i tak wiele jeszcze przed nim, bo dziś tylko akt pierwszy.

Nie najlepiej prezentuje się Vittorio Grigolo jako książę Mantui. O aktorstwie trudno cokolwiek powiedzieć po dwóch scenach, ale już arietta „Questa quella” pokazała głosowe walory tenora. Owszem, czysto było, muzykalnie, ale… może są admiratorzy tak zwanego „grochu” w głosie – ja tego nie znoszę.
Domingo, jako tenor z ciemnym zabarwieniem głosu, w duecie z Gildą (ma wdzięk Julia Novikova) jakby odrobinę za jasną barwą operuje, jak na barytonową postać starego człowieka. Ale w pierwszym akcie jest to OK. Zobaczymy jutro, gdy przyjdzie zaśpiewać „Cortigiani…”
„Gualtier Malde…Caro nome” w wykonaniu Novikovej – perfekcyjne: leciuteńkie koloratury, chociaż na oddechu nie podparte dostatecznie, tym bardziej, że głos zmierzający w kierunku ciemniejszym. Szkoda, że Mehta nie pozwolił jej na finał z trzykreślnym „c”.

Z plotek – kiedyś Jacek Kaspszyk w Operze Narodowej w Warszawie nie pozwolił Joannie Woś śpiewać tego dźwięku podczas próby, ale Woś miała parcie na dźwięk i podczas przedstawienia go zaśpiewała. I… na dwa lata zamknęła się dla niej ON.

A i muzycznie całość „Rigoletta” brzmi pięknie. Orkiestra, pod niezawodną batutą Zubina Mehty gra kulturalnie i „po nutach”, bo i też chyba wszystkie vide pootwierane zostały. Nawet to ciekawe jest.
W pierwszej scenie dała znać o sobie technika (chór niedostatecznie nagłośniony) i jakieś takie zaskakująco zachowawcze zdjęcia Vittoria Storraro. Spodziewałem się też bardziej odważnej inscenizacji. A tu ani jednej aluzji do współczesności, nie mówiąc o najmniejszej choćby prowokacji. Reszta jutro, po kolejnych aktach.

wtorek, 31 sierpnia 2010

Krzywonos vs Kaczyński

Dziwny jest ten świat

„Solidarność’ na swą 30. rocznicę zaprosiła zasłużonych i ważnych gości. Później członkowie związku kierowanego przez Janusz Śniadka wygwizdali tych gości. Henryka Krzywonos nie wytrzymała przemówienia Jarosława Kaczyńskiego i spontanicznie dała odpór chamstwu oraz słownym peregrynacjom Jarosława. Wcześniej, zgodnie z najlepszym obyczajem, Jarosław nikomu nie podał ręki…


- Pan Kaczyński powinien puknąć się w głowę – mówiła Krzywonos, komentując rewelacje Jarosława i świeżo pisaną przez niego historię sprzed lat.

Po całym zajściu, jak poinformowała Henryka Krzywonos, Andrzej Jaworski (poseł PiS) powiedział do niej po wystąpieniu – ty głupia babo (i inne epitety, jak mówi Krzywonos). Jaworski się wypiera i mówi, że Krzywonos obraziła wszystkich na tej sali, jak również św. pamięci Lecha Kaczyńskiego. I poda ją do sądu.

- Już się ubierałem, żeby tam jechać, powiedziałbym więcej od Henryki – mówił dziś Lech Wałęsa i wzburzony dziękował jej za wystąpienie. A wielu innych działaczy tamtej „Solidarności”, w tym marszałek Senatu Bogdan Borusewicz, cieszy się, że Wałęsa nie przyszedł na uroczysty zjazd, bo też zostałby wygwizdany.

Coraz częściej nie wiem w jakim kraju żyję. A już zupełnie nie wiem co znaczy słowo solidarność, bo w słowniku napisane jest, że to wspólnota działania, podyktowana wspólnotą interesów. Hm…

czwartek, 26 sierpnia 2010

Sex, prochy i… dieta

Pożegnanie sezonu

Każda impreza zapowiada niezwykłości. Tym razem będzie faktycznie fascynująco. Mój przyjaciel Jacek M postanowił oczyścić organizm i nie będzie pił herbaty, nie poczuje też smaku kawy, nie mówiąc o rock and rollu, prochach itp. Chyba nie ślubował „od seksu”?) Oczywiście, jak mawia mój inny kolega – doskonale można bawić się bez alkoholu, tylko po co się tak męczyć.
Specjalnie dla Jacka przytargałem na wieś gar do gotowania na parze (gift Jacka K), zobaczymy, co z tego wyniknie.

Szczęśliwie Karolina nie ograniczy się, a i Pola (poza niejedzeniem mięsa) z pewnością nie będzie grzeszyła wstrzemięźliwością. Jacek K, jak sądzę, będzie jak zwykle duszą towarzystwa, ale zapowiada się i druga dusza, przyjaciel JK, zwany przez Karolinę Tonym Blairem. Weekend na wsi zapowiada się więc doskonale: pożegnamy lato. Niestety. Zastanawiam się, nad teleportacją w kierunku Wysp Kanaryjskich: tam lato twa cały rok. A mnie ostatnio permanentnie go brakuje (lata, nie roku). Chociaż ostatnio zaczynam tęsknić za sezonem. Nie jestem tylko pewien, czy za sezonem w Łodzi…  Na pocieszenie i otarcie łez będzie, że tak powiem, tradycyjny kawior z kartoflami. I coś czystego w naczyniach kształem łudząco przypominającym kieliszki.

wtorek, 24 sierpnia 2010

Wiśniewski, Swinarski i Teatr (nie) Wielki w Łodzi

Strzał w kolano


Zarządca Teatru Wielkiego w Łodzi, Marek Szyjko, od niemal dwóch lat obnosi się dumny jak paw, bo TW da prapremierę „Kochanków z klasztoru Valdemosa” – opery zamówionej u Marty Ptaszyńskiej z okazji 200-lecia urodzin Fryderyka Chopina.

Szyjko na wszystkich możliwych i niemożliwych nośnikach grzał się w blasku sławy Grzegorza Wiśniewskiego, którego udało mu się namówić na reżyserowanie tego dzieła.
Pierwotnie premierę zaplanowano na ubiegły sezon, ale nie udało się teatrowi jej zrealizować. Trzeba przyznać, że jednocześnie z czerwcowym, podany był termin wrześniowy (2010). Jednak i tego terminu teatrowi nie udało się dotrzymać. Premierę przełożono na październik, ostatnio – na grudzień.

Nieoczekiwanie kilka dni temu pan Szyjko podał nazwiska innych realizatorów, niż wcześniej zapowiadał. Reżyserować nie będzie już Wiśniewski, a Tomasz Konina (w TW w Łodzi widzieliśmy, jego interesujące realizacje m.in. „Adriany Lecouvreur”, „Makbeta”, „Kandyda” – niestety, ani jedna pozycja nie znajduje się w ubożuchnym repertuarze łódzkiej sceny), scenografia oczywiście także nie Wiśniewski, a Konina. No cóż…

Jest taka anegdota: znana aktorka Y spotyka na planie filmowym koleżankę X - inną wielką sławę. Wieczorem opowiada o zdarzeniu koleżankom w teatralnej garderobie: Ależ X się zestarzała! Aż miło popatrzeć!
Hm… Ależ się panu Szyjko nie udaje… Właśnie zrezygnował ze współpracy z tegorocznym (dziś ma być oficjalne ogłoszenie faktu) laureatem Nagrody Swinarskiego – najbardziej prestiżowej reżyserskiej nagrody w Polsce, przyznawanej przez krytyków miesięcznika „Teatr”.

niedziela, 22 sierpnia 2010

Teatr Wielki i Szyjko

Rewelacje pana Szyjki

Z trwogą czytam wywiad, jakiego GW udzielił Marek Szyjko, zarządca Teatru Wielkiego w Łodzi, nazywany jego dyrektorem.

Otóż okazuje się, że pan Szyjko, poza zrujnowaniem Teatru Wielkiego repertuarowym i osobowym, czego już dokonał, zamierza teraz zrujnować budynek. Wszystko jedno: piękny, czy brzydki, do rejestru zabytków wpisany, o czym stosowne tablice i akty prawne informują. Szyjko, trzymający teatr w swoich żelaznych rączkach chce pozostawić po sobie własny pomnik. Cóż ów pan ma do powiedzenia o budynku TW?

W planach jest też znacząca rekonstrukcja przestrzeni publicznych. Chcemy, by w obecnym miejscu głównej szatni powstała Scena Kameralna. Zupełnie inaczej też będziemy docierać do widowni Dużej Sceny. Po wejściu do teatru obecnymi schodami, dotrzemy na piętro do szatni, a stamtąd specjalnymi, zupełnie nowymi korytarzami do głównego foyer. Powstanie nowoczesny system zarządzania budynkiem, który znacząco usprawni jego funkcjonowanie, poprawi bezpieczeństwo i komfort przebywających w nim osób.
A może już czas, by w Urzędzie Marszałkowskim powstał nowoczesny system zarządzania panem Szyjko?

Teatr Wielki w Łodzi budowano kilkanaście lat, teraz może zostać  zniszczony w kilka miesięcy, bo jakiś nikomu bliżej nie znany pan ma potrzebę leczenia własnych kompleksów (?) Przerabianie teatru, o jakim bredzi Szyjko, jest niczym więcej, jak komunistyczną kpiną. Pamiętacie jak tzw. kwaterunek dzielił mieszkania na dwa lub trzy i wprowadzał właścicielom obcych lokatorów? Widać to Szyjki klimaty i w nich czuje się najlepiej. Nie ma to jak zreperować coś okręcając drutem i uszczelniając starym płaszczem. Jakoś te metody źle mi się kojarzą...

O innych rewelacjach pana Szyjki już wkrótce, bo jest ich - niestety - sporo.

wtorek, 17 sierpnia 2010

3-city i okolice

Riwiera z second handu

Pobyt w 3-city był ze wszech miar udany. Bałtyk, choć zimny, dawał przyjemność spacerowania. Korzystałem, jak nigdy wcześniej. A przy tym była okazja pomyśleć. I okazja do licznych towarzyskich spotkań.


Okolice 3-city zaskakują: w niektórych miejscach (zwłaszcza na wschód od Gdańska) czas zatrzymał się 20 lat temu. Podobnie jak mentalność właścicieli barów, smażalni, tzw. ośrodków wypoczynkowych. Zwłaszcza tym ostatnim wydaje się, że mogą kształtować ceny dowolnie, a ludzie, przyzwyczajeni do żałosnych standardów, i tak przyjadą. Tymczasem nie przyjeżdżają tak licznie, jak niegdyś. Jedna z właścicielek takiego ośrodka żaliła mi się, że to przez media, które straszą zanieczyszczeniem wody. Nie zauważyła, że jej ośrodek straszył, może nie tyle zanieczyszczeniem, co skrajną bidą: łóżka zniszczone, mebelki sklecone naprędce 30 lat temu, brak radia, telewizora, lodówki, wspólne toalety, dwa prysznice na krzyż… A ceny – głowa mała.
W sklepach – tradycyjnie drożej niż w Polsce centralnej. Obsługa – niekoniecznie kompetentna, ale to już charakterystyczne dla całego kraju.

Słynny Jarmark Dominikański w znacznej części przypomina targowisko ze Stadionu X-lecia: chińskie bluzeczki, obrazki, majtki, biustonosze w bajecznych rozmiarach, maskotki, gdzie niegdzie oscypki (?) i zdrowa żywność. Na firmowym stoisku jednej z firm kosmetycznych wyroby droższe o 10-20 proc. niż w „zwykłych” sklepach. Dziwaczne to wszystko i przygnębiające. A ludzi tłumy.

„Wielkim światem” próbuje powiać w Stegnie, ale to rozmiar świata na miarę prowincji. Niby wszystko ucywilizowane, aspiruje do trzech gwiazdek, w rzeczywistości usiłuje podskoczyć do jednej. Taka riwiera z second handu… Mówiąc szczerze przeszła mi ochota, by kiedykolwiek jeszcze nawiedzać tę okolicę w celach wypoczynkowych. Nawet sentymenty gdzieś się zapodziały.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Camerimage i Festiwal Dialogu Czterech Kultur

Rewelacje

Zgadnijcie, kto to powiedział?

"Wszystkie festiwale, które będą odgrywać ważną rolę w życiu miasta, mogą liczyć na wsparcie adekwatne do rozmachu i prestiżu. Camerimage nie potrzebuje wielkiej pomocy instytucjonalnej, bo dyrektor Marek Żydowicz jest instytucją samą w sobie, kreuje program i zabezpiecza finanse. Oczywiście nadal będziemy go wspierać. To, że instytucja może dobrze działać i zachowywać twórczą autonomię, potwierdza Fabryka Sztuki, która funkcjonuje na tej samej zasadzie co Miasto Dialogu. Jak widać, model się sprawdza. Natomiast powstanie kolejnych instytucji o takim charakterze musi być związane z superofertą. Wszyscy uznajemy, że Festiwal Dialogu Czterech Kultur był i powinien pozostać wyjątkową propozycją; razem z Camerimage góruje nad resztą. Te dwa sztandary pokazują dwa ważne oblicza Łodzi. Mam nadzieję, że pozostałe festiwale będą się ścigać o coraz lepszą jakość".

wtorek, 3 sierpnia 2010

Krzyż Kaczyńskiego przed pałacem Komorowskiego

Motłoch rulez


Zupełnie nie umiem odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego w niemal 40-milionowym kraju położonym w Europie Środkowej rządzi motłoch? Bo tak właśnie jest w Polsce, od dziś, od godz. 13, kiedy to dokonał się zamach. Jak napisałby Gombrowicz: lokajstwo rzuciło się na państwa.

Oglądam bezpośrednią transmisję tv ze środka Warszawy i mam wrażenie, że widzę pogrążoną w fanatycznym szale stolicę państwa religijnego, jakiego chyba nie ma na świecie.

Okrzyki, jakie wznosili obrońcy krzyża (de facto profani, ale motłoch tego nie rozumie), siłą egzorcyzmów zatrzymały księży, strażników miejskich i policjantów. Nie oddamy krzyża! miało siłę rażenia bomby: przedstawiciele kościoła (to oni instytucjonalnie reprezentują również ten motłoch) i stróże prawa  - ustąpili.

Prawo zatem dyktuje od dziś ulica. I nie to, że nie udało się krzyża zanieść do kościoła św. Anny jest dla mnie wstrząsające (bo tak naprawdę jest mi wszystko jedno gdzie ten krzyż stał będzie, byle nie w przestrzeni publicznej), ale to, że aparat państwa uległ presji rozhisteryzowanych oszołomów.

Myślę, że gdyby ta pani, która krzyczała najgłośniej, nie wołała przed Pałacem Namiestnikowskim Nie oddamy krzyża!, tylko na przykład robiła tam kupę, to natychmiast doszłoby do interwencji i panią wydalono by z tego miejsca. No, ale ta pani miała krzyż. I już jej wolno robić w tym kraju co chce, stawiać krzyże gdzie chce, krzyczeć gdzie i co chce. Jestem pewien, że wsparta na krzyżu może od dziś również robić kupę w każdym miejscu Warszawy, ba, tego kraju.

Może mi ktoś wytłumaczy, dlaczego w XXI wieku trzeba wstydzić się – właściwie w równym stopniu – poziomu współobywateli i bezradności państwa? I krzyża?


Skoro stoi, to wykorzystajmy: "Gwiazdy tańczą z krzyżem" - w finale Małgorzata Kożuchowska bezkonkurencyjnie wygrywa z Iwoną Schymallą po powalającej rumbie z drzewcem, który w trakcie tańca dokonuje samozapłonu i wniebowstąpienia. Kasia Skrzynecka wręcza zwyciężczyni Kryształową Koronę Cierniową i bilet na Życie Wieczne. Amen.

Konkurs na dyrektora Teatru Nowego im. Kazimierza Dejmka w Łodzi

Nareszcie


Jak wieść niesie, władze Łodzi po zapowiedziach, ogłoszonych kilka miesięcy temu, zdecydowały ogłosić konkurs na dyrektora naczelnego Teatru Nowego w Łodzi. Jak zapewnia Wiesława Zewald, wiceprezydent miasta odpowiedzialna za kulturę, konkurs będzie ogłoszony w ciągu najbliższych kilku dni, a jego rozstrzygnięcie zaplanowano na połowę września. To chyba dobra wiadomość. Bardzo jestem ciekaw, kto przystąpi do konkursu. Jeszcze bardziej – kto wygra. Trzymam kciuki za teatrem.

niedziela, 1 sierpnia 2010

PKP, Woś i Mozart

Życie jest piękne


Wczoraj wpadła na wieś Joasia Woś. Trochę poirytowana, bo prowadzi remont mieszkania, a sąsiad zajmujący strych nad jej lokum robi kupę w strop. Jakkolwiek jest to nieprawdopodobne, to tak samo szokujące. Sąsiadowi zlikwidowali zajęte przez niego nielegalnie pomieszczenie, w którym urządził toaletę. Hydraulika nie była tam idealna i przeciekało przez podłogę na sufit Woś. Sąsiad przytomnie zorganizował sobie więc toaletę bezpośrednio nad salonem Joanny. A ponieważ nie miał możliwości za pomocą rur podłączyć się do tak zwanego pionu, rurę wprowadził bezpośrednio w strop. No i kiedy, że tak powiem, defekował, to całość w ów strop spływała. A strop, jak strop, wodoszczelny nie jest, więc wszystko wpłynęło sufitem na podłogę koleżanki. Administracja jakoś nie pali się do poprawy sytuacji, a Woś dostaje apopleksji, czemu nie dziwię się właściwie.

Wieczorem odwiozłem Karolinę na dworzec kolejowy. Ostatni pociąg z Piotrkowa do Skierniewic o godz. 19.42. Punktualnie o tej godzinie głos z megafonu poinformował, że „pociąg przybędzie z opóźnieniem 60 minut. Opóźnienie może ulec zmianie”.
Przez myśl przebiegło kilka przekleństw. Co robić? Może kawa, coś zimnego? Na dworcu, prócz kasjerki, smrodu i brudu nic. W okolicy czynny jeden bar. Karolina chce colę. I jest.
-A ja poproszę małą kawę – uśmiecham się do zmęczonej pani.
- Ale ja już zamykam, więc kawy nie zrobię – odpowiada pani wyraźnie dbająca o klienta.
- Szkoda.
- Ale mogę panu zrobić kawę na wynos, w styropianowym kubku.
- To poproszę.

Usiąść nie ma gdzie, wracamy na peron. Kawa ohydna. Karolina wyjmuje laptop i… zaczynamy oglądać "I Don Giovanni"Saury. Fragmenty rewelacyjne. Opowiadam Karolinie o „Carmen”. Wchodzimy na youtube i oglądamy fragment z Antonio Gadesem i Cristiną Hoyos. Później filmik z tańczącą flamenco Hoyos na jakimś gigantycznym stadionie. I znów „I Don Giovanni”. Oglądamy też fragmenty kuriozalnej inscenizacji „Don Giovanniego” autorstwa Calixto Bieito. Ludzie jakoś dziwnie nam się przyglądają, zupełnie nie rozumiem dlaczego.

Jest 20.45. Głos z megafonu:
- Pociąg z Katowic do Warszawy przez Koluszki, Skierniewice zwiększył opóźnienie do 140 minut.
- I co teraz?

Karolina telefonuje do rodziców, którzy czekają już w Skierniewicach, by jechać do Sochaczewa. Wrócą do domu sami, my wracamy na wieś. Jeszcze tylko przebukujemy bilet na jutro. Idziemy do kasy.
- Proszę mi przebukować bilet na jutro.
- Nie mogę. Musi pani iść do dyżurnego ruchu, żeby zrobił adnotację na bilecie, że pociąg się spóźnił.
- A pani nie może? Przecież wie pani, że ten pociąg ma 140 minut opóźnienia.
- Wiem, ale nie mogę.
- Gdzie ten dyżurny?
- Wejście od drugiej strony budynku.

Idziemy kilka metrów, wchodzimy do obskurnego pomieszczenia. Dyżurna ruchu rozmawia przez telefon. Po dwóch minutach odkłada słuchawkę, zerka w naszą stronę i… wychodzi. Wodzimy za nią wzrokiem z lekka oszołomieni. Poszła do kasjerki, bo oba pomieszczenia są połączone. Wraca. Mówimy o co chodzi, pani bierze bilet i przystawia na nim kilka pieczątek, podpisuje się. Otwiera zeszyt i wypełnia jakieś rubryki. Podpisuje się.

- Teraz może pani iść do kasy odebrać pieniądze – mówi podając opieczętowany bilet.
- Ale ja chcę tylko zmienić datę na bilecie.
- Nie zmienia się daty. Pani odda ten bilet w kasie, a kasjerka odda pani pieniądze. I jak pani chce, to może sobie pani kupić bilet na jutro.

Wracamy do kasy. Kasjerka przystawia kolejne dwie pieczątki, podpisuje się, Karolina też musi się podpisać
- To chce pani bilet, czy zwrot pieniędzy?
- Bilet – mówi zdesperowana Karolina. Podziwiam jej odwagę ;)

Wracamy na wieś. Rano znów do Piotrkowa. Tym razem pociąg nie spóźnił się. Życie jest piękne.

piątek, 30 lipca 2010

Teresin - Nowy Jork – Berlin – Mediolan

Rozjazdy

Pada deszcz, trawa mokra, kosić nie można. A już za wysoka. Generalnie jednak ogród ma się dobrze. Wieczorem, wraz z przyjazdem przyjaciół, zacznie się weekend. Skład nieco mniejszy, bo poza Karoliną S, Marcinem i Markiem, pojawi się Joanna W. Niestety, nie będzie Poli S, Jacka M i Jacka K. K bawi w Bydgoszczy, A JM i PS nie zdążyli się spakować: w poniedziałek lecą (przez Reykjavik?) do NYC. Zazdroszczę im, bo zakochany jestem w klimacie Nowego Jorku, chociaż może nie całego NYC, a Manhattanu. No, ale oni właśnie tam będą rezydować przez dwa tygodnie. Kupili jakąś kosmiczną liczbę biletów na spektakle musicalowe i dramatyczne. I tu małe schadenfreude: nie pójdą do Metropolitan Opera House - przerwa wakacyjna.


A mówiąc serio, to szkoda, że jakoś tak się ostatnio składa, że w trakcie sezonu nie udaje się (z rozmaitych zresztą przyczyn) polecieć do NYC choćby na kilka dni, żeby z ostatniego balkonu popatrzeć na tamtejsze realizacje. Pociechą pozostaje Berlin. Daliśmy sobie zadanie, aby każdy ułożył własny repertuar kilkudniowego pobytu w B, uwzględniający wizyty w trzech operach, teatrach dramatycznych (chociaż w jednym), filharmonii i w galeriach. Ciekawe jaki ostatecznie zawrzemy kompromis i kiedy pojedziemy. Na pewno będzie to wrzesień/październik. Mediolan i Rzym trzeba zostawić na wiosnę. I dobrze.

czwartek, 29 lipca 2010

Festiwal Dialogu Czterech Kultur

Strzał w kolano

Niby wszyscy wszystko wiedzą, ale zdaje się, nie do końca. Kilka dni temu, chociaż wiele w życiu już widziałem i przeżyłem, zdębiałem. Wyszukując poprzez Google strony Festiwalu Dialogu Czterech Kultur, znalazłem ją na bardzo odległej pozycji, a spodziewałem się pierwszej pozycji na pierwszej stronie. Kiedy kliknąłem na adres http://www.4kultury.pl/ okazało się, że strona jest… zablokowana.

Niewiele „dalej” znalazłem stronę http://www.ukradli4kultury.pl// , na której m.in. umieszczono tekst następujący:

W związku z zagrabieniem przez Urząd Miasta Łodzi domeny www.4kultury.pl zarejestrowanej i utrzymywanej od 9 lat przez Fundację Festiwal Dialogu Czterech Kultur, zmuszeni zostaliśmy do umieszczenia wyjaśnień pod nowym adresem.
Bezprawne działania UMŁ zaskakują swoją bezczelnością. Publikujemy niewygodne dla urzędników informacje, które zostały usunięte z naszej strony internetowej:

Jakakolwiek jest prawda (mało elegancko brzmi mi tu: zagrabienie, bezprawne działania, bezczelność), to nie potrafię zrozumieć jakie działanie promocyjne ma blokowanie strony festiwalu, który przez kilka lat, poprzez własną markę, próbował budować popularność Łodzi w świecie. Mówiąc kolokwialnie, sytuacja kojarzy mi się z powiedzeniem: na złość mamie odmrożę sobie uszy.

FD4K działał kilka lat - ostatnio, faktycznie, w sposób co najmniej kontrowersyjny (co pokazały rozmaite kontrole, przede wszystkim finansowe) – a dziś nie ma po nim właściwie śladu. Bogate archiwum festiwalowych wydarzeń, skrupulatnie skatalogowanych na stronie internetowej, z racji niedostępności właściwie nie istnieje. Miliony wydanych złotówek, gigantyczne nakłady pracy organizatorów i prace artystów zostały czyjąś decyzją unicestwione. Ktoś, ko zdecydował się zamknąć stronę, upiłował gałąź na której przed ostatnich 9 lat siedziało nasze miasto. Piszę nasze, bo jestem łodzianinem od urodzenia i identyfikuję się z Łodzią ze wszystkimi konsekwencjami.
Taki ruch, w kontekście starań Łodzi o miano Europejskiej Stolicy Kultury, to strzelanie sobie w kolano. Nie jest to potrzebne, za to niskie, jak klasa osób, które na wspomnianej stronie atakują urzędników. Wiadomo, że w innej formie i pod inną nazwą, we wrześniu ma odbyć się festiwal (chyba) wzorowany na FD4K. Ale żeby wylewać dziecko z kąpielą, a na dodatek wyrzucać przez okno wanienkę? Kto mówił, nie mając racji, po mnie choćby potop?

środa, 28 lipca 2010

Saga Policyjna odcinek ostatni (chyba)

Absurd i groteska


Z przesłuchania wynika, że 4 grudnia 2009 o godz. 15.28 w Mysłowicach przekroczyłem prędkość o 22 km. Sprawa pójdzie do sądu, bo policja przez pół roku nie umiała ustalić miejsca mojego pobytu. Dostanę karę 100 PLN.
- Dlaczego poprzednio nikt mnie nie przesłuchał, gdy się zgłosiłem?
- Hm… No… Yyyy… Bo nie mieliśmy dokumentów.
- Słucham?
- Bo jak przyszły dokumenty z Mysłowic i kolega nie ustalił pana miejsca pobytu, to zostały one odesłane do Mysłowic. No i jak pana kontrolowali na Okęciu i dzwonili do Mysłowic i do nas, to u nas myśleli, że te pana dokumenty są (bo były), ale okazało się, że zostały odesłane. No i jak pan przyszedł, to tych dokumentów u nas nie było i nie mogliśmy pana przesłuchać.
- A to teraz się znalazły?
- Nie, no oni z Mysłowic odesłali je nam, bo też się dowiedzieli (od tych z Okęcia), że pan mieszka tam, gdzie jest zameldowany. No i to my musimy pana przesłuchać.
- A nie mogli ci na Okęciu? Przecież byłoby dawno po sprawie?
- No właśnie, ale nie mamy takiej wspólnej bazy…
- A XXI wiek?
- Niech pan da spokój – niebieski jakby się zawstydził. To miłe, myślę.
- Jak pan sądzi: szukanie mnie przez kilka miesięcy, kilku zaangażowanych w to policjantów w kilku komisariatach, wędrówki dokumentów…
- No, bo teraz ja odeślę dokumenty do Mysłowic do komisariatu, oni tam sporządzą wniosek do sądu, prześlą go, sąd się zbierze, wyda postanowienie i wyśle je do pana. To jeszcze kilka miesięcy.
- I kontynuując: po komisariatach krążą dokumenty, odbywa się kilkadziesiąt rozmów telefonicznych, przed „nami” wnioski z mysłowickiej policji do sądu, posiedzenie sądu, wreszcie postanowienie. Przecież żeby ukarać mnie 100 PLN, wydano kilka razy więcej, prawda?
- Tak mi się wydaje.

Żyjemy we wspaniałym kraju. A ja już nie jestem poszukiwany i jakoś dziwnie się z tym czuję. Absurdalnie?

P.S.
I dla wyjaśnienia dlaczego sąd. Otóż policja nie potrafiła wręczyć mi mandatu w ciągu miesiąca od daty popełnienia wykroczenia. I już po tym terminie mandatu wręczyć nie można. Pozostaje więc skierowanie do sądu grodzkiego, który na posiedzeniu (bez mojego udziału) ukarze mnie kwotą, o jaką wnioskuje policja. Jeśli sąd się zapędzi (a jest to możliwe, jak powiedział mi Igrek), to może mi „kropnąć” koszty sądowe. Wtedy ja mam ich nie zapłacić i napisać pismo do sądu, że to z winy policji.

Hm… Jak to z powodu jednego, grudniowego przekroczenia szybkości, wiele osób ma dobrze płatne zajęcia. A ile jest takich przypadków jak mój? Aż tu nagle, jak donosi portal internetowy, Magdalena Różdżka skończyła 32 lata.

wtorek, 27 lipca 2010

Saga Policyjna cd

Trójkąt w mundurach :)

Macierewicz opowiada o zbrodni nad Lasem Smoleńskim, Kaczyńskiego przesłuchuje prokurator, do Polski wybiera się Joshua Bell, Ania Dąbrowska urodziła syna (nie wiem kto to Ania Dąbrowska, ale portal internetowy wie), a mnie tymczasem poszukuje policja.
Kawa pachnie i czeka, telefon dzwoni.
- Pan Michał Lenarciński?
- Tak…
- Bo ja bym chciał, panie Michale, żeby pan do mnie przyszedł tutaj, no do nas przyszedł. Yyy dzień dobry.
Facet zaprasza mnie do trójkąta… Ale obcy? Nie, no przecież mówi mi „panie Michale”.
- Przepraszam, ale z kim rozmawiam? – hamuję wesołość w głosie i szybko domyślam się. Okazuje się, słusznie.
- Aspirant Igrek z komisariatu numer… Bo ja po koledze pana przejąłem.
- No, chyba mnie pan jeszcze nie przejął, a poza tym kolega chyba mnie nie miał.
- Cha, cha.
No lepiej, przynajmniej dowcipny.
- To chciałby pan pewnie, żebym przyszedł na komisariat?
- No właśnie.
- Teraz?
- Teraz nie, wiem pan, bo ja już zaraz mam fajrant.
- Wy tam często macie fajrant. Jak ostatnio byłem u was dwa razy, to nie było nikogo, kto by przesłuchał poszukiwanego.
- No wie pan, ja nie wiem, ja pana po koledze przejąłem, to znaczy sprawę przejąłem.
- A co to za sprawa?
- Przyjdzie pan, to wszystko panu powiem. To jak panie Michale, kiedy pan przyjdzie?
- To może jutro?
- Hm… jutro to ja mam dyżur i mogę być zajęty.
- A czy pan ma mnie przesłuchać prywatnie, czy służbowo?
- Cha, cha, panie Michale, no służbowo.
- A dyżur to służba, prawda?
- No tak, to kiedy jutro pan może?
- Między 9 a 12 w południe.
- No ja nie wiem, czy nie będę zajęty.
- To po co pan dzwoni?
- Żeby się z panem umówić.
- No to umawiajmy się. Mogę jutro między 9 a 12.
- A może być tak, że ja do pana jutro rano zadzwonię i pan przyjdzie zaraz po telefonie? Przecież ma pan blisko.
- To już ustaliliście miejsce mojego zamieszkania? Gratuluję.
- Nie, no wiem pan… Ja nie chcę tego wszystkiego komentować…
- To i dobrze. Zatem do jutra.
- Do widzenia panie Michale.

Nie lubię, gdy ktoś zwraca się do mnie w taki poufały sposób. A zwłaszcza policjant. Jednak jest to u niebieskich panów nagminne: widać takie szkolenie mają, że niby jak „panie Michale”, to już serdecznie i miło. Nie chce mi się wychowywać stróżów prawa.
Ze snu wyrywa mnie dzwonek telefonu.
- Dzień dobry pani Michale, tu aspirant Igrek. To co? Przyjdzie pan teraz?
- Już idę.
- To z dołu niech pan zadzwoni 12345 i ja po pana wyjdę.

Na dole grupka ludzi, za kratami dyżurny, telefon jak był zasyfiony, tak jest.
- Proszę zadzwonić 12345 i powiedzieć, że jestem.
- A tam na ścianie jest telefon, to niech pan dzwoni.
- Nie, bo się brzydzę. U pana na biurku też jest telefon.

Smerf z miną znudzoną dzwoni, za chwilę w drzwiach stawia się klasyczny „chłopiec z miasta” w mundurze. Wpuszcza mnie za kraty.
- Ależ wy tu macie brud.
- Prawda? Czasem aż się człowiek brzydzi iść korytarzem. Ale mamy nowe sprzątaczki, może będzie lepiej.
- To niech pan im powie, żeby kupiły sobie nowe ścierki….

Co wyniknęło z przesłuchania? O tym już w następnym, niestety, chyba ostatnim odcinku tak przez Was lubianej Policyjnej Sagi :)

poniedziałek, 26 lipca 2010

Przed odejściem w stan spoczynku

Bernhard od Wiśniewskiego

Świetnie jest pojawić się na chwię w mieście. Jednego dnia impreza, która miała być garden party, ale stała się beeforem, drugiego dnia teatr. Grzegorz Wiśniewski wyreżyserował w "Jaraczu" "Przed odejściem w stan spoczynku" Thomasa Bernharda. Premiera zaplanowana na koniec września, ale po cyklu prób postanowili pokazać otwartą próbę. Jak zwykle u Wiśniewskiego wszystko było tak, jakby to miała być premiera. Naturalnie pewne poprawki z pewnością jeszcze będę wprowadzone, ale całość zapowiada się wielce obiecująco. Ponieważ - jak wspomniałem - była to próba, nic więcej nie napiszę. Ani pół oceny. Powiem tylko, że grają: Milena Lisiecka, Matylda Paszczenko i Andrzej Wichrowski. Ach, jak grają...
Po spektaklu w zacnym gronie omówiliśmy przede wszystkim tekst. Ani Jagoda, moja córka, ani Jacek K, ani ja nie odnaleźliśmy w nim możliwości bezpośredniego dialogu ze współczesnością. A może byliśmy powierzchowni? Trzeba przeczytać i pomyśleć. Jutro na wieś.

piątek, 23 lipca 2010

Teatr im. Jaracza najlepszy

Złoty Wiek

Pobyt na wsi i panujące upały nie sprzyjają pracy koncepcyjnej. Raczej rozleniwieniu. Dlatego tyle dni przerwy w serialu teatralnym. Zastanawiałem się jak opisywać sezon w Teatrze im. Jaracza i pomyślałem, że skoro nie muszę, to nie będę pisał o wszystkim.


„Jaracz”, do czego zdążył już widzów przyzwyczaić, trzyma poziom. Nawet te mniej trafione realizacje górują ponad łódzką przeciętność, wyróżniają się oryginalnością czy to inscenizacyjną czy interpretacyjną.

Do takich solidnych przedstawień zaliczyłbym realizację Jacka Orłowskiego – „Przypadek Iwana Iljicza” wg „Śmierci Iwana Iljicza” Lwa Tołstoja, z główną rolą Bronisława Wrocławskiego. „Przypadek…” to właściwie kolejny monodram Wrocławskiego (towarzyszący mu aktorzy odgrywają role marginalne), potwierdzający znakomitą kondycję artystyczną tego aktora, co znalazło uznanie w oczach kapituły Złotych Masek.

Solidna, choć dla wielu dyskusyjna, była też produkcja Małgorzaty Bogajewskiej, która pokazała „Kotkę na rozpalonym blaszanym dachu”. Tu pierwsze skrzypce grali nie odtwórcy ról głównych, młodych bohaterów (Iwona Karlicka i Kamil Maćkowiak), ale Andrzej Wichrowski (Ojciec) i Ewa Wichrowska (Matka) – oboje zresztą kolejny raz znakomici w roli małżeństwa (Ojciec i Matka w „Ślubie” Gombrowicza w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego). I ta rola przyniosła w tym sezonie Andrzejowi Wichrowskiemu Złotą Maskę. To pierwszy raz, kiedy zdecydowaliśmy się przyznać w kategorii najlepsza rola męska dwie nagrody.

Złotą Maskę za rolę Agafii otrzymała bezkonkurencyjna w tym sezonie Milena Lisiecka, grająca w „Według Agafii” (wg „Ożenku” Gogola) w reżyserii Agaty Dudy-Gracz. To wzruszająca, a zarazem wstrząsająca kreacja tej, niedocenionej w Łodzi nagrodami, aktorki.

Sama Agata Duda-Gracz także otrzymała Złotą Maskę za reżyserię i scenografię swojego spektaklu. A przedstawienie to jest niezwykłe, intrygujące, niemal napisane na nowo, ale za to znakomicie. Gdybym miał worek ze Złotymi Maskami, obdarowałbym wszystkich aktorów występujących w „Według Agafii”. Niestety, worka z maskami nie mam, więc jedyne, co mogę zrobić, to złożyć przed aktorami pokłon. I zgodzić się z opinią mojego kolegi (krakowsko-warszawskiego krytyka) Łukasza Drewniaka, że „Jaracz” ma takich aktorów, że klękajcie narody. Drewniak pisał tak w kontekście obsady „Zagłady ludu” w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego.

Ważnym i nagrodzonym Złotą Maską dla najlepszego przedstawienia sezonu 2009/2010 był „Dybuk” An-skiego w reżyserii Mariusza Grzegorzka. Przyznam się, że osobiście mam pewien kłopot z tym przedstawieniem. Nie porwało mnie ono, nie wciągnęło, oglądałem kolejne nużące sceny jak przez szybę. Nadto wydało mi się „zaczarowane”, rozedrgane, hermetyczne, a zarazem… nieciekawe. Po, moim zdaniem najdoskonalszych – i moich ulubionych - realizacjach Grzegorzka („Blask życia” i „Lew na ulicy”) „Dybuk”, podobnie jak wcześniej „Makbet” zdały mi się, przepraszam, szamańskie. Siła oryginalności i charyzmy reżysera sprawiła jednak, że właśnie „Dybuk” uznany został za najlepszy spektakl łódzkiego sezonu.

W „Jaraczu” pojawiła się (i to w trzech tytułach) debiutantka Agnieszka Więdłocha, która za role w „Nad”, „Dybuku” i „Survivalu” dostała Złotą Maskę za debiut właśnie.

Nie po raz pierwszy zwrócił na siebie uwagę Mariusz Jakus, grający właściwie monodram „Produkt” Ravenhilla w reżyserii Wojciecha Czarnoty. Chciałbym, by w nadchodzącym sezonie Jakus miał okazję ponownie „skoczyć” ponad poprzeczkę. Obserwowanie niesamowitego rozwoju tego aktora jest prawdziwą przyjemnością.

Biorąc pod uwagę maskowy bilans (trzy maski aktorskie, maska za scenografię i reżyserię oraz za najlepszy spektakl i za debiut), Teatr im. Jaracza okazał się najlepszą sceną w Łodzi. Mówiąc szczerze, nie widzę ani jednego powodu, by z takim twierdzeniem dyskutować. To po prostu fakt. Niech Złoty Wiek trwa wieki.

wtorek, 20 lipca 2010

Copyright: Karolajna

Sprawiedliwości zadość

Od dawna miałem o tym napisać, ale wciąż wylatywało mi z głowy. Wstyd. Chodzi o fotografię, zamieszczoną jako „firmowa” tego bloga (blogu?). Zmobilizował mnie Przemek Klonowski, chociaż – bo nie wiedział – komplementował nie tę osobę, którą trzeba.


Otóż Przemo zauważył, że ten blog wyposażyłem w o wiele fajniejszą fotografię niż blog poprzedni oraz, że niby ja tutaj jakoś lepiej, w sensie, że wyglądam (wpisując się w poetykę Joli Jackowskiej).
Może to prawda, wszelako wątpię (fotografia, jak telewizja – kłamie), że na zdjęciu z tegorocznej zimy wyglądam młodziej, niż na zdjęciu z ubiegłorocznego lata. A właściwie jesieni 2007, a zatem to już trzy lata… Czas leci.

Zdjęcie zamieszczone na poprzednim blogu zrobił mi w redakcji „Dziennika Łódzkiego” Grześ Gałasiński swoim hiperprofesjonalnym fotoreporterskim aparatem wartości połowy dobrego auta. Zamieściłem je, ponieważ przez czas jakiś funkcjonowało w gazecie przy rozmaitych moich felietonach czy innych publicystycznych, że tak się wyrażę, utworach. Pomyślałem, że tak się będzie dobrze kojarzyć. I kojarzyło się. Grześ – dzięki.

Zdjęcie natomiast, którym okraszona jest strona tego bloga (blogu?) wykonała odręcznie moja przyjaciółka Karolina Sofulak, osobistym telefonem komórkowym, podczas prowadzonej przeze mnie próby w sali eksperymentalnej naszej krakowskiej PWSTeatralnej. Zwykle przy pianinie zasiadam inaczej, ale Karolajnie udało się „złapać” mnie w uwidocznionym momencie. I chociaż jakość nie jest doskonała, to wielką mam do tej foty sympatię. I wielu z Was ją podziela. Oczywiście są tacy, którzy uważają, że fota powinna być bardziej „wylaszczona”, ale ja myślę, że ta „lanserska” jest jak najbardziej OK. Jeśli ktoś z Was chciałby zabrać głos w sprawie – chętnie wysłucham. A Karolajnie za „wykon” bardzo dziękuję.

PS. Prowokuję Was do wpisywania komentarzy, bo uwielbiam je czytać :)

poniedziałek, 19 lipca 2010

Policyjnie poszukiwany nadal…

Po raju i Okęciu

Miało być tak pięknie, a wyszło, jak zwykle. Późnym niedzielnym popołudniem, kiedy to jeszcze pławiłem się w rozkoszach gościnności Karoliny i jej rodziców, dowiedziałem się, że moi koledzy, których miałem odebrać z Okęcia o dziewiątej wieczorem przylecą o godz. piątej rano.


Zatem zamiast z raju na lotnisko, pojechaliśmy do Karoliny, do Warszawy. Podróż makabryczna, bo w Błoniu utkwiliśmy w korku, który ciągnął się aż do Warszawy. Szczęśliwie, i ku mojemu wielkiemu zdumieniu, moja przyjaciółka wiedziała jak pojechać inną, nie zatłoczoną drogą. Pojechaliśmy. Czy odległość 50 km pokonana w półtorej godziny to sukces polskich dróg?

U Karoliny szybkie spanie. Ale nie jest łatwo zasnąć przed północą, gdy wstało się przed południem… Doprawdy, nie ma nic przyjemniejszego, jak pobudka o czwartej rano, kiedy zasnęło się około drugiej. Szczęśliwie samolot z Jackiem K i jego kumplem nie spóźnił się. Panowie zachwycali się dzisiejszą pochmurną i deszczową pogodą oraz temperaturą. Ja też.

A po powrocie do domu… W puszce na listy wezwanie na komisariat policji (no bo przecież ja poszukiwany jestem). Mam się stawić… 8 lipca. Tego roku. Ponieważ mi się to nie uda jednak, ciągu dalszego sagi policyjnej spodziewać się możemy.

I jeszcze jedno, ważne. Dziękuję Elżbiecie i Krzysztofowi – rodzicom Karoliny, i Karolinie oczywiście, za obłędne przyjęcie i bezmiar poświęcenia tudzież cierpliwości. Dziękuję też Jackowi K, za postawę, że tak powiem, lotniskową. I nie tylko.

sobota, 17 lipca 2010

Weekend w raju

Gdzie jest Pola?

To pytanie rozbrzmiewało w środku nocy po wielokroć.

- Pola! Pola! Darli się wszyscy: Elżbieta, Krzysztof – rodzice Karoliny, sama Karolina Jacek M, ja, a nawet zbudzona naszymi krzykami babcia.

Poli jednak nigdzie nie było. Siedzieliśmy w ogrodzie przy pieczonych mięsach, bakłażanach, łososiach, sałatkach. Nie będę zakłamany, piliśmy piwo, wino, a nawet wódkę. Bawiliśmy się doskonale, Karolina opowiadała jak było „u nas” w Anglii i swoje operowe przygody z Glyndebourne i Londynu, Jacek opowiadał o swoich wizytach teatralnych na West End i imaginował na temat sierpniowych podbojów Broadway’u (bo za chwilę lecą do NYC), ba, nawet komunikował się z nami Jacek K, donosząc w bezpośredniej transmisji wydarzenia z Tunezji. Ja nie opowiadałem o niczym, bo jakoś ostatnio niewiele mam do powiedzenia. Prowincjonalny jakiś się robię. Tymczasem Pola dokonała aktu teleportacji?

- Pola! Pola! Krzyczeliśmy chodząc po lesie, krzakach i zaułkach. Przeczesaliśmy teren, Karolina, Krzysztof i Jacek wyposażeni w latarkę, Elżbieta i ja przyświecaliśmy sobie telefonem komórkowych i prowadziliśmy ożywioną dyskusję. Aż tu nagle… Pola. W kąciku. W siadzie prostym o mur wsparta. I zupełnie zaspana.

- Jest Pola, znaleźliśmy ją – powiadomiliśmy resztę uradowani.
- A o co chodzi? Dlaczego tu jesteście – zapytała Pola zdziwiona jak najbardziej serio, acz z błąkającym się po licu uśmiechem.

Nie wiedzieć czemu Jacek się nie uśmiechał. Ale też Poli nie zabił, o co przez chwilę go podejrzewałem. Po pacyfikacji Poli kontynuowaliśmy panelowe dyskusje wielotorowe, a nawet wysyłaliśmy z Karoliną smsy do Tunezji. Rano było bardzo wesoło, kiedy próbowaliśmy je odczytać.
Po południu przyjeżdża Przemek. Ciekawe, co będziemy robili wieczorem?

czwartek, 15 lipca 2010

I Międzynarodowy Festiwal Teatralny Klasyki Światowej

Początek początków

Kilka miesięcy temu, może nawet rok, rozmawialiśmy (nawet dość długo, bo na jednym spotkaniu się nie skończyło) z Waldemarem Zawodzińskim i Wojciechem Nowickim (dyrektorami Teatru im. Jaracza) o potrzebie stworzenia w Łodzi międzynarodowego festiwalu teatralnego, który byłby jedyny w Europie. Waldemar Zawodziński i ja pomyśleliśmy o tym samym: o klasyce w nowych odczytaniach.


Kilka dni od ostatniego spotkania wysłałem do dyr. Nowickiego coś w rodzaju „rysu ideowego”. Pisałem tak:

Międzynarodowy Festiwal Teatralny organizowany przez Teatr im. Jaracza w Łodzi, poświęcony ma być współczesnym odczytaniom klasycznej literatury światowej. W teatrze współczesnym, obok dzieł powstających obecnie, niezwykle ważne miejsce zajmuje klasyka. Ale odczytywana poprzez pryzmat współczesnego świata.
Najwięksi i debiutujący w zawodzie reżyserzy i inscenizatorzy podejmują się reinterpretacji wielkich utworów literackich, dzieł kanonicznych, wyznaczając, lub próbując wyznaczyć, nowe przestrzenie interpretacyjne. Historia teatru XX wieku, i pisana wieku XXI, przynosi wiele prawdziwie odkrywczych dzieł, które mając za źródła klasyczny wzorzec, rozwinęły go we współczesny spektakl, autentycznie, mocno i odważnie dialogujący z publicznością, czy nawet rzeczywistością.
Współczesny widz, oglądając przedstawienia wielkich autorów – od antyku po realizm, symbolizm, modernizm, mierzy się z synkretyzmem, mieszaniną stylów i technik, aluzjami, persyflażami, ironią, groteską, kolokwializmami plastycznymi, cytatami z pop kultury, przestrzeniami multimedialnymi. Wielka literatura jest wyzwaniem dla interpretatorów, wciąż pozostaje ważna, wciąż wiele mówi o nas samych, o mechanizmach władzy, determinacji życia, nieprzewidywalności uczuć, śmierci. Co roku na całym świecie powstaje wiele wybitnych przedstawień, wykorzystujących klasykę jako źródło pogłębionej mądrości.

I oto słowo ciałem się stało. W listopadzie pierwsze edycja festiwalu. Konsultantem programowym został Roman Pawłowski.

środa, 14 lipca 2010

Saga Policyjna

To jeszcze nie cdn...

który, być może nastąpi.
Ale przyznam się Wam, że jestem trochę zaskoczony. Powodowany ambicjami (mniejsza jakimi) uległem namowom, by pisać blog. W założeniu miał być wyłącznie, że tak powiem, kulturalny. Tymczasem niektórzy z Was zaczęli podpuszczać mnie, inaczej tego nie da sie nazwać, żebym notował rozmaitości, ot, zwykłe bardziej lub mniej, zdarzenia z życia. I ja, głupi, posłuchałem.
I co teraz?
Teraz albo w komentarzach tu, albo na FB (częściej komentujecie tam, nie wiem dlaczego nie tu), albo w mailach, mobilizujecie mnie do rozwijania niektórych wątków. Tajemnicą jest Poliszynszyla, że najbardziej spodobały się moje przygody policyjne. Na FB kilkoro znajomych upomina się o ciąg dalszy, a dziś bW (podpisujący się ostatnio nbnW) - bW znaczy bywalec Wielkiego, nbnW - nieobecny bywalec nie Wielkiego - wręcz z wykrzyknikiem zażądał ciągu dalszego policyjnej sagi.
Na litość: czy Wy chcecie, bym zaczął zmyślać, czy może dla satysfakcji moich Czytelników powinienem raz w tygodniu popełniać wykroczenie (wyobrażam sobie eskalację Waszych oczekiwań, po wykroczeniu będziecie domagać sie przestępstwa, wreszcie zbrodni), by móc to Wam barwnie (na ile potrafię) opisać?
Poddaję tamat pod dyskusję. Proszę o wpisy nie na FB, a TUTAJ. Będę miał je w jednym miejscu, a i Wy będziecie mieli okazję przedyskutować rzecz między sobą. I ze mną, mam nadzieję. Zatem - czekam na Wasze bezcenne rady, podpowiedzi i pomysły: co robić?
Wasz M

Gorąco

Szkolny weekend

Jeśli podczas weekendu u Karoliny S stawią się: Jacek M, Przemo K, ja ( a stawię się), to będziemy mieli ponad połowę roku. Chyba trzeba będzie zrobić jakieś zajęcia... Co powie na to Pola S?
Jacek M utrzymuje, że wzrośnie konsumpcja. Nie wiem co utrzymuje Przemo K, mam nadzieję, że dobrą formę. Karolina S z pewnością utrzyma nas wszystkich, a już na pewno zawiedzie do najlepszej pizzerii w powiecie sochaczewskiem, w Teresinie.
Doczekać się nie mogę, a tu jeszcze czeka mnie teatralny ciąg dalszy. Może jeszcze dziś, ale może dopiero jutro. Gorąco jakoś...

wtorek, 13 lipca 2010

Teatr Powszechny w Łodzi

Świat się śmieje

Smutno w Teatrze Nowym, za to w Teatrze Powszechnym nie mogą przestać się śmiać. Czy trzeba, czy nie trzeba, z okazji i bez okazji. Jest tam tak potwornie wesoło, że powołano Centrum Komedii. Oczywiste jest, że Polskie. Nie wiem czy już wszyscy w Polsce wiedzą, że komediowy wzorzec metra znajduje się właśnie w Łodzi, ale jeśli wciąż nie wiedzą, to tylko tracą.


A bardziej serio: „Powszechny” postanowił pochylić się z troską nad polskim komediopisarstwem i od trzech lat usiłuje animować autorów i nęci ich nagrodami rozmaitymi. Jedną z nich jest, nie do pogardzenia, zapewnienie inscenizacji sztuki. No i teatr, co się chwali, jest konsekwentny, co z kolei nie zawsze wychodzi mu na dobre. Bo premiery, niestety, do udanych nie należą. I wcale nie z winy realizatorów. Zawodzą nawet tacy autorzy jak Paweł Aigner czy Juliusz Machulski.

Jak to już jest od lat, reprezentacyjnym sztandarem „Powszechnego” pozostaje Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych. Mam kolegów, którzy kręcą nosami, gdy przyjdzie im na festiwalu obejrzeć złe przedstawienie, uważają bowiem, że jak festiwal, to ma być wyłącznie śmietanka. A ja uważam przeciwnie. Festiwal, choć oczywiście filtrowany jest przez gust jej dyrektora artystycznego (Ewa Pilawska), daje okazję spotkania z: a – ważnymi spektaklami; b – ważnymi twórcami. A, że czasami modne nazwisko (dotąd tylko znane ze słyszenia) na scenie rozkłada się jak nieporadne dziecko – bywa. To jest teatr.

W tym sezonie festiwalowi pokrzyżowała szyki katastrofa komunikacyjna pod Smoleńskiem i ogłoszona jej skutkiem żałoba narodowa. Nie pokazano wszystkich spektakli, festiwal zamknięto pospiesznie jakoś. Ale nie tylko ta polska teatralna impreza nie uzyskała planowanego oblicza…

Łodzianie mieli okazję obejrzeć niemłody już spektakl Krystiana Lupy „Wymazywanie” (nie wiem dlaczego nie ostatnią produkcję artysty), Jana Klaty fantastyczną „Trylogię” (zły byłem, że nie mogłem jej w Łodzi obejrzeć po raz drugi), Mai Kleczewskiej „Fedrę” (delikatnie mówiąc kontrowersyjną), Waldemara Raźniaka „Wassę Żeleznową” (tu właściwie słów brak) i Krzysztofa Warlikowskiego „(A)polonię” (mającą tylu zwolenników, co przeciwników).

Poza tym w „Powszechnym” czas stanął w miejscu, estetyka nie zmienia się, teatr nieodmiennie sprawia wrażenie odklejonego od rzeczywistości (wyjątkiem jest oczywiście festiwal, którego będę bronił), co jest dziwne, bo przecież wszyscy żyjemy w tym samym miejscu. I dlaczego festiwal może być nowoczesny, reagujący na świat, a Teatr Powszechny nie? Ja tego nie rozumiem. Ale może ktoś mi wyjaśni i zrozumiem? W każdym razie chciałbym. Osobiście życzyłbym sobie w „Powszechnym” trochę więcej urozmaicenia. Bo z jednej strony teatr poszukuje i dużo o tym mówi, a z drugiej… tkwi w koleinie.

PS. Teatr Powszechny, jako jedyny repertuarowy w Łodzi, gra lipcu. Co prawda tylko w weekendy (też nie wszystkie), ale jak sam chwali się na swojej stronie, „przy widowni wypełnionej po brzegi”. I to jest świetne.

Upał, wszystko kwitnie

Żyjmy weselej

- Pijemy często i mało - powiedział pan redaktor w I Programie Polskiego Radia. Na tę okoliczność mam coś specjalnego - debiut zdjęciowy (pierwszy raz na tym blogu). I fotę (wykonaną własnoręcznie) dedykuję wszystkim, którzy, że tak powiem, często i mało :)
A wieczorem, pozostając w duchu wesołości - kilka refleksji o łódzkim Teatrze Powszechnym.


poniedziałek, 12 lipca 2010

Teresin – Londyn – Glyndebourne – Żelazowa Wola – Warszawa – Łódź

Trasa realna i mentalna

Zapowiada się dość oryginalny weekend. W piątek ze wsi na wieś, do Karoliny Sofulak (Żelazowa…), a tam Pola Sobaś, Jacek Mikołajczyk i opowieści przyjaciółki, która była łaskawa zabawić w Glyndebourne na kilku spektaklach operowych (oglądała m.in. Dobbera w „Makbecie”) i w Covent Garden (Netrebko w „Manon” i Gheorghiu w „Traviacie”), więc opowieści będą bardzo brytyjskie. Poczujemy się, jak mówi Karolina – u nas w Londynie.


Później ze wszystkimi do Warszawy, a stamtąd na Okęcie, odebrać Jacka Kubisa i jego kolegę po powrocie znad tunezyjskich drinków, z parasolkami oczywiście. I do Łodzi. Kiedy się wyśpię? Na pewno nie jutro, bo jutro muszę napisać ciąg dalszy opinii teatralnych. I napiszę. I zamieszczę. A dziś już tylko pozostaje odparować po upale. Myślę, że w Tunezji mieli chłodniej.

Teatr Nowy im. Dejmka

Kompozycja ramowa (niestety)

Sezon w łódzkich teatrach nie należał do najlepszych. To, jak przyznaliśmy Złote Maski (no i jedną Czarną), pokazało jak rozkładają się siły łódzkiego teatru. Wszystkie najważniejsze nagrody „powędrowały” do Teatru im. Jaracza. Jedna antynagroda – Czarna Maska – wzbogaciła zbiory Teatru Nowego, puentując niejako sezon tej sceny.


Rzeczywiście można mówić o kompozycji ramowej, bo „Nowy” rozpoczął sezon od „Na dnie” Gorkiego w reżyserii Ireneusza Janiszewskiego oraz jego scenografii (wespół z autorką kostiumów Katarzyną Paciorek). Nie mogłem wyjść ze zdumienia jakim cudem Irek Janiszewski mógł tak wyreżyserować ten spektakl i tak zinterpretować tekst. Najpotworniejsze maniery teatralne XIX wieku miały, zdaje się, więcej polotu, niż to, co z trudem w kamieniu wykuli realizatorzy wraz z wtórującymi im aktorami. Jak już wcześniej napisałem, było to doświadczenie poniżające. Dla obu stron rampy.

Później nie było wiele lepiej. Od dna odbiła się jedynie realizacja „Transferu” Maksyma Kuroczkina w reżyserii Norberta Rakowskiego. O „Biedermannie i podpalaczach” Maxa Frischa nie pisałem wcześniej, więc i teraz skorzystam z okazji, i też nie napiszę, bo wierzę w chwilową niedyspozycję Krzysztofa Babickiego.

Mirka Marcheluk z jednej strony jest w luksusowej sytuacji: kontrakt pięcioletni chyba gwarantuje jej kształtowanie oblicza artystycznego sceny, ale z drugiej strony niebawem pewnie pojawi się nowy dyrektor naczelny. Ciekawe co wtedy?

Jestem pełen dobrych uczuć wobec Teatru Nowego, bo uważam, że po wszystkich przejściach, jakich doświadczył zespół, ludziom należą się choć trzy sezony pracy w absolutnym komforcie. Bez walk podjazdowych, zwolnień, stresów. Niech każdy ma okazję pokazać co ma najwartościowszego, niech ma chęć zabłysnąć. Jest jednak jeden problem, i ma go Mirka Marcheluk: staranny, nie asekurancki (raczej, rzekłbym wyzwolony, prowokujący), dobór repertuaru. Dobrze byłoby jeszcze skupić wokół teatru grono realizatorów, mających nie tylko warsztat, ale własne, wyraziste zdanie.

Na koniec życzę Teatrowi Nowemu pozłocenia maski w najbliższym sezonie. Myślę, że jest to jak najbardziej możliwe.

I jeszcze odrobina prywaty: chciałbym oglądać na obu scenach „Nowego” tych, których mi mało, a którzy znaczą dla tego teatru dużo: Mirkę Olbińską, Barbarę Dembińską, Jolkę Jackowską (nie tylko w jednym monodramie), Marka Cichuckiego, Dymka Hołówkę, i są jego nadzieją: Monikę Buchowiec, Bartka Turzyńskiego. Szkoda, że – chyba na zawsze – pożegnali się z Łodzią: Julek Chrząstowski, Błażej Peszek, Oskar Hamerski, Katarzyna Krzanowska, Anita Sokołowska…

Sezon na wsi i w teatrze

Teatr Nowy na pierwszy ogień?

Obiecuję i słowa nie dotrzymuję. Miałem napisać o sezonie w łódzkich teatrach i już byłem w ogródku, już witałem się z gąską, aż znienacka dopadło mnie lenistwo. Cały weekend odpoczywałem w cieniu wielkich grusz, od czasu do czasu chłodząc się wodą. Trawa w ogrodzie schnie, sił starcza tylko na podlewanie kwiatów, pies przesypia upał po kątach. Bardziej zazdroszczę Agnieszce i Maćkowi Wojciechowskim (i rzecz jasna Kasi, której akturat mniej zazdroszczę, bo musi się uczyć) pobytu w Brighton, niż Jackowi K. Tunezji.
Dziś obiecuję sobie dzień roboczy. Po południu podzielę się spostrzeżeniami. Dotyczącymi teatrów. Teraz wiem jedno na pewno: z uwagi na spodziewaną objętość tekstu i cierpliwość Czytelników, podzielę tekst na tematyczne odcinki (myślę, że każdy poświęcę jednej scenie). Zdaje mi się, że zacznę od Teatru Nowego, który… Ale to już w następnej notce.

czwartek, 8 lipca 2010

Policyjny savoir vivre, czyli…

subtelność muła

W sklepie znów "dzwonię" na bramce. Nie wiadomo dlaczego. Ochrona „puszcza” mnie wolno. Dzwoni telefon. Jacek K. opowiada o tym, jak smakują drinki z parasolką pod tunezyjskim niebem. Dzwoni drugi telefon, szybko kończę jedną rozmowę i odbieram drugą, bo to policyjny numer: telefonują z mojego ulubionego, łódzkiego komisariatu.


- Pan Lenarciński?
- Tak – w głosie własnym słyszę jakby radosne podniecenie.
- Mówi Iks. Proszę jutro stawić się na komisariacie…
- Ale ja już się stawiłem wczoraj. I to dwa razy.
- Ale nie rozmawiał pan ze mną.
- Bo pana nie było.
- A kto panu powiedział? Trzeba było mnie szukać.
- Ale ja nie wiedziałem kogo mam szukać. Na Okęciu odebrałem wezwanie na wtorek, na godz. 16. I byłem punktualnie. Jakiś protokół z mojej obecności i gotowości do złożenia zeznań spisał dyżurny.
- I ja mam tu napisane, że pan stawi się na każde wezwanie.
- Nie wiem, co pan ma napisane, bo ani nie czytałem tego protokołu, ani go nie podpisywałem.
- No więc jutro o godzinie…
- Ale mnie nie ma w Łodzi, jestem na wakacjach.
- W takim razie nie stawi się pan?
- Jutro nie, mogę w następny poniedziałek.
- Co to znaczy w następny?
- Skoro dziś jest 7 lipca, to najbliższy poniedziałek jest 12. a następny po nim jest 19 lipca.
- W takim razie odmawia pan stawienia się na przesłuchanie?
- Przesłuchanie? Nie, nie odmawiam.
- Bo ja musze pana przesłuchać w charakterze podejrzanego.
- A ja na wezwaniu z Okęcia mam napisane, że w charakterze świadka…
- Nie interesuje mnie co ma pan napisane na wezwaniu. Skoro pan odmawia…
- Ależ nie odmawiam. Chcę się stawić w terminie, który jest możliwy…
- W związku z tym, że odmawia pan stawienia się…
- Nie odmawiam przecież...
- To ja wystawiam wezwanie, że ma się pan stawić na przesłuchanie w Mysłowicach…
- To nie możemy umówić się na przesłuchanie na 19 lipca? Przecież ja byłem wczoraj o wyznaczonej godzinie, nawet dwa razy byłem…
- I niech sobie pan tam jedzie, mnie to już nie interesuje…
- Ale mnie interesuje, proszę…
- Stawi się pan w komendzie w Mysłowicach…
- Ale dlaczego nie w Łodzi?
- Bo pan nie chce…
- Przecież usiłuję panu powiedzieć…
- A mnie to już nie interesuje, odsyłam sprawę do Mysłowic, będzie pan się tam tłumaczył, że się pan nie stawił w Łodzi i dlaczego.
- Ale przecież mówię, że stawiłem się w wyznaczonym terminie i to pana nie było…
- Już wypisuję wezwanie do Mysłowic, tam się pan teraz przejedzie…
- Czy pan mnie nie słucha?
- I tam sobie pan pojedzie…
- Czy mógłby pan podać mi swoje nazwisko?
- Ja już się przedstawiałem na początku rozmowy.
- Ale ja nie zapisałem sobie pana nazwiska, więc proszę, by pan się przedstawił.
- Ja się przedstawiłem na początku rozmowy.
- Ale ja chcę teraz zapisać pana nazwisko.
- Ja się już przedstawiałem na początku rozmowy.
- To niech pan przedstawi się raz jeszcze, mówię, że chcę zapisać…
- Ja się nie przedstawiam dwa razy.
- Ale ja proszę.
- Ja już się przedstawiłem na początku rozmowy i skoro odmawia pan stawienia się w Łodzi
- Przecież nie odmawiam…
- I w związku z tym wystawiam wezwanie do Mysłowic…

Odkładam słuchawkę, bo cynizm wyzwala we mnie skrzętnie skrywane pokłady agresji, a nie chcę powiedzieć jednego słowa za dużo. Zastanawiam się, co mówi savoir vivre o nietakcie, jaki popełniłem, prosząc funkcjonariusza na SŁUŻBIE o ponowne podanie nazwiska. I jaki obyczaj, czy też przepis prawny, zabrania temu funkcjonariuszowi przedstawić się ponownie. Nie zastanawiam się jednak zbyt długo, bo właśnie zasiadam do pisania skargi. A do Mysłowic nie pojadę, choćby skały srały, jak poetycko mawia Janka Niesobska.

Teatr Wielki w Łodzi

           to nie Opera Łódź


Goszczącemu na tym blogu Bywalcowi Wielkiego (bardzo mi miło) jestem winien ten post. I od razu przepraszam, że piszę go z opóźnieniem. Mam nadzieję, że mi wybaczy, sporo ostatnio dzieje się, oj dzieje.


BW zapytał mnie dlaczego w Teatrze Wielkim taśma „mówi”: „Witamy w Operze Łódź”, a nie wita w Teatrze Wielkim?
Sarkastycznie można powiedzieć, że nie wita w Teatrze Wielkim, bo rozmiar już w tej chwili nie ten. Ale prawda jest inna.

Otóż Marek Szyjko, dyrektor Teatru Wielkiego, na początku łódzkiej kariery miał ochotę promować TW jako Operę Łódź właśnie. Obok starego logo teatru pojawiło się nowe: takie O z wpisanym ł. Nawet niebrzydkie, można je oglądać na stronie stronie internetowej teatru. Zmieniono też adres strony www Teatru Wielkiego i kilka innych sygnatur. Ale, nieoczekiwanie pojawiły się protesty, także w Urzędzie Marszałkowskim, któremu teatr podlega. Podobno interweniował sam marszałek Włodzimierz Fisiak, który – i słusznie – woli nazwę, jaką teatr nosi od dnia otwarcia, czyli od 19 stycznia 1967 roku.

Dyrektor Szyjko odstąpił więc od promowania nowej nazwy instytucji; poza wszystkim trochę było to śmieszne również z przyczyn formalnych: wszak w żadnym rejestrze instytucji kultury w Polsce nie figurował twór Opera Łódź. I też słusznie, bo warto szanować siłę tradycji.
Z jakich powodów głosy z taśmy wciąż witają widzów Teatru Wielkiego w nieistniejącej Operze Łódź – nie mam pojęcia. Może to niedopatrzenie, a może wiara dyrektora, że takie „przemycenie” ulubionej nazwy pozwoli mu wyjść z twarzą z niezręcznej sytuacji?

Mam nadzieję, że choć w części, wyjaśnienie to usatysfakcjonuje BW.