Fortuna kałem sie tuczy


poniedziałek, 12 czerwca 2017

Koniec sezonu w Operze Śląskiej






Gwiazdy świecą w Bytomiu




Opera Śląska na zakończenie sezonu wznowiła "Aidę" w reżyserii Laco Adamika. Ale nie było to, że tak powiem, zwykłe wznowienie: do muzycznej reformy dzieła dyrektor Łukasz Goik zaprosił Tadeusza Kozłowskiego – najwybitniejszego polskiego, jednego z najwybitniejszych współczesnych dyrygentów operowych. Wybór ten sprawił, że dostaliśmy dzieło muzycznie nowoczesne, mówiąc kolokwialnie – odkurzone, pełne energii, blasku i tego, co Kozłowski bardzo lubi – zróżnicowanej dynamiki.
Ale, co bardzo istotne, nie ulegające jakimś modom przedziwnym, a dojrzałe, głęboko przemyślane, mądre i emocjonalne. Nie wiem który już raz Kozłowski potwierdził swoją klasę oraz to, że z każdego zespołu orkiestry potrafi wydobyć to, co w nim najlepsze, a wcześniej jakby uśpione. Tu słowa uznania dla muzyków, którzy zaufali autorytetowi i z oddaniem zrealizowali jego wizję.
Nie inaczej było z solistami, którzy zaproszeni do tej realizacji zostali z różnych stron świata. Chwilami słychać było (zwłaszcza w duetach czy tercetach), że każdy z solistów jest silną indywidualnością, chętnie forsującą swoją wizję postaci. Trzymając spektakl w ryzach własnej wizji, Kozłowski pozwolił jednak artystom na pokazanie własnego rysu. Pewnie nie było to łatwe, ale widzowie otrzymali efekt najwyższej próby.
Wokalnym kunsztem skradł przedstawienie Andrzej Dobber (Amonasro). Artysta wiele lat temu ugruntował swoją pozycję na najważniejszych scenach europejskich i amerykańskich. W Bytomiu pokazał jak imponująco nosi koronę wybitnego barytona, a zarazem artysty umiejącego grać w zespole. To wybitna osobowość i wspaniały głos.
Godnymi partnerkami Mistrza były: Małgorzata Walewska (Amneris) i Tamara Haskin (Aida). Meksykański tenor Luis Chapa, dysponujący ogromnym głosem, przypominał mi stylem śpiewania Władymira Szczerbakowa, którzy przed chyba 20 laty śpiewał Radamesa w łódzkim Teatrze Wielkim. I tak jak wówczas, gdy słuchałem Szczerbakowa, tak i podczas niedzielnego przedstawienia, miałem wrażenie, że momentami głos wymyka się artyście spod kontroli. Przypuszczam, że śpiewak uwolnił wolumen przeznaczony dla widowni na dwa tysiące miejsc, tymczasem widownia Opery Śląskiej jest naprawdę niewielka...
W pozostałych partiach wystąpili artyści związani z bytomską sceną, śmiało stając obok światowych gwiazd. Warto dodać, że istnieje w Operze Śląskiej obsada rodzima (niestety nie słyszałem i nie widziałem) – m.in. Anna Wiśniewska Schoppa i Sylwester Kostecki. To dobrze, bo lubię, kiedy teatr wystawia dzieła niekoniecznie posiłkując się gośćmi. Oczywiście nie mam nic przeciwko zapraszaniu artystów (wręcz przeciwnie), ale siłę teatru buduje własny zespół.
I w tym miejscu gratulacje dla chóru. Tym większe, że chór nie jest duży, za to pięknie, odważnie śpiewający. Tak trzymać!

W warstwie inscenizacyjnej Laco Adamik, na maleńkiej scenie Opery Bytomskiej, w czyniącej cuda scenografii Barbary Kędzierskiej, zrobił co mógł, by stworzyć widowisko.

Fot, materiały OŚl 

piątek, 5 maja 2017

Lwów 4

Ukłony były przepiękne

Przedostatni dzień we Lwowie. Jestem tu od tygodnia, a mam wrażenie, że od miesiąca. I świadomość, że nie wszystko zobaczyłem, nie wszystkiego zaznałem. A jednocześnie, że wszystkiego było za dużo.
Jeśli będziecie chcieli, opiszę knajpiane wrażenia, bo mam. Ale i te inne też: komunikacyjne, prozaiczne, architektoniczne, polityczne. Ale teraz odrobina o kulturze.
W operze czas troszkę zatrzymał się na estetyce Salomei Kruszelnickiej. Zupełnie niepotrzebnie.

Dlatego o "Jeziorze łabędzim" zdań naprawdę kilka.
Do choreografii Petipy dobrali się trzej inni choreografie, o czym zaświadcza afisz. Nazwisk nie wymienię, bo szkoda pamięci. I teraz nie wiem: czy lwowskie "Jezioro..." choreografię zawdzięcza bezmyślności dyrekcji, czy bezsilności zespołu baletowego.
Petipa ułożył dzieło klasycznie, ci pozostali wnieśli do spektaklu trud upraszczania: scen zbiorowych w białych aktach, kolorowe zamieniając na pantomimiczne niemal. Sądząc po dyspozycji zespołu – tancerze dali by radę zatańczyć oryginał. Soliści chyba jednak nie. Skutek jest taki, że muzyka nie przeszkadza choreografii. Jest łatwo, lekko i nieprzyjemnie. Fouettes za mało w drugim pas de deux, jete po kole przy ziemi, piruety nie dokręcone (trochę śmiesznie wyszło, bo Zygfryd za każdym razem lądował – prawie - w czwartej pozycji, ale za to twarzą do kulisy).
Tancerek też zbrakło, bo jednak w 18 tańczyć "Jezioro..." to o 6 za mało...
Z momentów miłych: dobrze zatańczone pas de quatre i początek pas de deux z III aktu. No i ukłony: wszyscy kłaniali się pięknie, za każdym razem, do ostatniego rzędu w trzecim balkonie.
Orkiestra zagrała nuty umieszczone na pulpicie (nie wszystkie, nie za każdym razem czysto), za to głośno. Dyrygent miał temperament, więc podgrywając tancerzom tempa, nie szczędził strażackiej zaciętości.

Publiczność zachowywała się dość swobodnie, jak ponad 100 lat temu podczas arii sorbetowych. Wieczór jednak nie stracony, bo doświadczenie zdobyte. Najdziwniejsze w tym wszystkim, że gdyby z zespołem solidnie popracować, to efekt byłby znakomity. Bo warunki są. I nie wierzę, żeby ci ludzie nie chcieli, nie mieli ambicji. Może wszystko rozbija się o finanse? Niestety, tego się nie dowiem.  

czwartek, 4 maja 2017

Lwów 3

Lwów coraz piękniejszy i smutny

Dzień zaczął się od kawy w Wiermience, czyli ormiańskiej kawiarence, przy ul. Wiermiejskiej oczywiście, nieopodal kościoła ormiańskiego. Kawa zaparzona w tygielkach (kawę zalewa się zimną wodą i podgrzewa w dziwnym urządzeniu, jakby z piaskiem, później przelewa do filiżanek) smakowała wyśmienicie, zwłaszcza, że ociepliło się (ponad 20 st.C) i można było usiąść przy stoliczkach na chodniku. Obok przysiadły dwie Ukrainki, mniej więcej pod siedemdziesiątkę. W pewnym momencie jedna z nich odeszła od stolika i, wracając, podała nam serwetki. No tak, zjedliśmy sernik (bardzo dobry) i ust nie mieliśmy czym otrzeć...



Okazało się, że był to pewien rodzaj nawiązania kontaktu, bo po chwili rozpoczęła się rozmowa: panie po ukraińsku, my po polsku. Damy (po ubraniach widać, że zdecydowanie nie są zamożne, mówiąc delikatnie) okazały się znawczyniami historii nie tylko Ukrainy, Polski, ZSRR i Rosji, ale też historii języków. Rozmawiało się całkiem przyjemnie, choć starałem się być czujnym, żeby nie urazić. Okazało się, że właściwie niepotrzebnie. Ale...
Wrażenie zrobił na nas stosunek pań do ZSRR i Rosji: niebywale negatywny. Zaś co do Polski...
-My powinniśmy sobie wszystko wybaczyć: wszystkie złe rzeczy, jakie między nami zaszły. Przecież żyliśmy obok siebie, ze sobą, było tak, że pomagaliśmy sobie wzajemnie: Paljaki i Ukraincy. Wszystko zło między nami Rosja stworzyła, to Moskale, Azjaci przecież to są, żadni słowianie. Im zależało, żeby nas skłócić – wyrzuciła z siebie jedna z pań.
-No tak, powinniśmy – wtrącam nieśmiało.
- Ja mam najlepszą przyjaciółkę Polkę – dodaje jako silny argument. I dalej, jedna przez drugą dowodzą, że Lwów jest tak samo polski, jak ukraiński, a Warszawa taka polska, jak ukraińska. W znaczeniu takim, że granice znaczenia nie mają, bo najważniejsi są ludzie.
W podtekście słychać pewną zazdrość, że my, Polska, jesteśmy w Unii Europejskiej, że dobrze nam się powodzi, że możemy (i stać nas), żeby podróżować po świecie.
- Ja była w 2000 roku w Częstochowie, na pielgrzymce, u nas wtedy straszna bieda była – nie zwalnia z obrotów Ukrainka, a ja zastanawiam się jaka to musiała być bieda, skoro ja teraz widzę tu biedę solidną. Ale natychmiast dostaję odpowiedź i jet ona dość mocno działąjąca.
- Z welikich termosow prodawali zupu pomidorowu pysznu, pamiętam ten smak. I ja głodna była, więc poprosyla, żeby nalaly mi polowu teho, co wszytkim, za połowu cenu. I jakaś Polka obok powiedziała, żeby lać tyle, ile wszystkim, że ona zapłaci.
Ech... brakuje słów. Żegnamy się.
- A gdzie idziecie?
- Do Lwowskiej Galerii Sztuki.
- A, to w pałacu Potockich, wspaniałe są wasze palace i domy we Lwowi. Ale ten w Łancucie jest jeszcze piękniejszy. Ja też mieszkam w kamenicy Paljaków.
Żal pałaców, ale bardziej żal ludzi...
Pałac Potockich piękny i elegancki, bardziej podobał mi się ten smak, niż Wersalu. Galeria ze zbiorami raczej edukacyjnymi, ale sporo Malczewskiego, jest Brandt, Ajwazowski. I przepiękne meble: głównie biedermeier i empire. Wszystko podniszczone mocno, a za wilgotność w chłodnych salach odpowiadają... nawilżacze powietrza.


Po odwiedzeniu galerii (są dwie i dwa wejścia: od strony ul. Kopernika i Stefanyka) przeszliśmy, że tak powiem, mimo restauracji Baczewscy. To najsłynniejsza restauracja we Lwowie, przu ul. Szewskiej 6. Rezerwacje przyjmowali dziś na 9 maja, ale można było zaryzykować, bo przecież część jest dla "zwykłych" odwiedzających. Zaryzykowaliśmy, w sensie dosłownym i w przenośni.
Knajpa niczego sobie, dość ładnie urządzona z naciskiem na dość. Ale kucharz... słabieńki, i obsługa trochę poniżej reputacji.



Zamówiliśmy przystawki, kieliszek wódki, zupy i dania główne. No więc najpierw podano zupy (rosół na cieniu od warzyw i kury i barszcz czerwony z kołdunami – jakoś Litwą mi zajechało, a nie Ukrainą – z zawartością butelki maggi wewnątrz). Rosół zjadliwy, barszcz okropny. Później "wjechały" przystawki: śledź z buraczkami i korniszonami podany w przekrojonej wzdłuż butelce po wódce, a więc dość atrakcyjnie. Śledź sam w sobie dobry (choć nie przyprawiony), ale reszta zupełnie bez smaku. Przystwką była też mizeria. Samo słowo wyczerpuje definicję potrawy. A znam się, bo jestem totalnym admiratorem mizerii w znaczeniu wybitnego ogórka w śmietanowym sosie.
Dania główne czyli waremiki z mięsem oraz z kapustą i grzybami mogły zadowolić mniej wybrednych, ale nie nas. W miarę dobrze przyprawione, ale ciasto grube, cebulka do okrasy bez smaku. Lepsze zjedliśmy w byle jakiej pizzerii w Drohobyczu. Naprawdę.Creme de la creme dnia miał być wieczór w Operze Lwowskiej. Bilety kupione w Polsce (po ok. 19 zł za osobę), apetyt duży (a nawet większy, bo jutro "Romeo i Julia"), a w repertuarze "Trubadur" Verdiego.


Wyszliśmy po pierwszej części. Reżyseria i scenografia jeszcze z XIX wieku, ale z prowincji, nie ze świata. Muzycy w orkiestrze wydali mi się zupełnie dobrzy, ale dyrygent poprowadził tego "Trubadura", jakby to był występ cyrkowy, nie operowy: perkusja i blacha hulały bez opamiętania, kwintetu właściwie ie było słychać. Chór nie wszedł na "raz" ani razu, zresztą rozmijanie się z orkiestrą dotyczyło wszystkich, w każdym z numerów. Niestety, z zapisem rozmijali się także wszyscy soliści. Najbardziej dotkliwe było to w scenach ansamblowych, gdzie dodatkowo każdy śpiewał w swoim tempie. Jeśli chodzi o dynamikę, to termin "piano", podobnie jak legato, nie jest znany nikomu. Inscenizacyjnie i wokalnie była to karykatura "Trubadura".
Zatem co? Wyśiać, wykpić? Chyba raczej pochylić się z rozpaczą.
Niech nie mają mi za złe moi koleżanki i koledzy Ukraińcy, ale pomyślałem, że wszyscy utalentowani z Ukrainy wyjechali. Zostali ci, którzy z różnych powodów nie mogli wyjechać i śpiewają tak, jak im płacą. To bardzo smutne. Bo tak naprawdę, to dziś wykonawcy wydobyli z siebie dźwięki napisane przez Verdiego (nie wszystkie zgodne co do wysokości), ale nie zaśpiewali. Naprawdę ze śpiewem to nie miało wiele wspólnego.
I na koniec taka refleksja: kultura bez mecenatu zginie (pod każdą szerokością geograficzną). Na Ukrainie, we Lwowie, ten proces trwa. W Polsce, choć nie w takim stopniu, doświadczamy podobnego stosunku mecenasa do kultury od lat. Obyśmy się w porę opamiętali.

Zdjęcia Jacka Kubisa oraz Opery Lwowskiej 

środa, 3 maja 2017

Lwów 2

Wszystkie figury spotykają się w jednym pudełku

Wycieczka na Cmentarz Łyczakowski rozpoczęła się od drobnego nieporozumienia. Po przeanalizowaniu trasy padło na tramwaj linii 7, która jedzie przez Teatralną (przystanek jest tylko w przeciwną stronę), za to zatrzymuje się przy Lisi Ukrainki (tam z kolei nie ma przystanku w przeciwnym kierunku) i dojeżdża pod cmentarną bramę. Po przejechaniu kilku przystanków zorientowaliśmy się, że jedziemy w zupełnie inną stronę. Nasze zaniepokojenie zauważył pewien pan.
- Wy na Łyczakowski?
- Tak.
- No to źle jedziecie, bo "siódemka" ma zmienioną trasę, z racji remontu, pół Łyczakowskiej remontują.
- O, dziękuję. Nie wiedziałem.
- Większość tramwajów jeździ teraz inaczej, z uwagi na remonty.


Fantastycznie. Po pół godzinie jesteśmy na jakichś peryferiach. Wysiadamy, czekamy na tramwaj w przeciwną stronę. Jest. Jedziemy. Wysiadamy przy Pidwalnej, bo krzyżuje się z Łyczakowską, więc jest prawdopodobieństwo duże, że tam zatrzyma się jakaś marszrutka. Bo marszrutką się dojedzie, a tramwajem – nie.
Oczywiście na Łyczakowskiej nie ma żadnego oznaczenia przystanku, ale marszrutki zatrzymują się na rogu (zresztą zawracając na środku całkiem dużego skrzyżowania, czym wstrzymują ruch we wszystkich kierunkach).
- Dojedziemy na Łyczakowski cmentar?
- Tak – odpowiada kierowca. Podaję 10 hrywien.
- Za dwóch – mówię.
- Proszę – odpowiada i wydaje resztę: 2 hrywny, czyli 32 grosze
- Dziękuję.
- Nie ma za co. Wersal trwa nadal. 
Ludzie w autku (marszrutka to takie pół autobusu, ale z firankami) 


siedzą, stoją. Jest tłoczno. Jakiś chłopak rozmawia (dość cicho) przez komórkę. Wsiada 70-latka, ubrana przebiednie, ale usta szminką pomalowane.
- Nie rozmawia się przez telefon w komunikacji – podnosi głos zdenerwowana.
- Bez przesady, nikomu nie przeszkadzam – rzuca młodzian.
- Mnie przeszkadzasz – już krzyczy. Sytuacja nabiera barw i dynamizmu. 
- Ja jestem nerwowa, może nedopeszczona. Ja 30 lat szyła palta na Majaku, zasłużona jestem. Nigdzie w Europie nie rozmawia się przez telefon.
- Rozmawia się – odszczekuje, ale spokojnie młodziak.
- Nie! Ja urodzona w Warszawie, tam mieszkała, to wiem.
- Dawno było, można wracać do Warszawy – replikuje chłopak.
- O, nie! Nie bedesz mne z mohego mesta wyrucal.
Trochę tłumaczę, trochę w oryginale piszę, tak dla zachowania atmosfery. Na szczęście już trzeba wysiadać. Kierowca mówi, że tu na Łyczakowski.
- Dziękuję – odpowiadam.
- Musicie iść w prawo, chłopcy – woła za nami bohaterka telefonicznej awantury, wyraźnie zadowolona, że może do nas zwrócić się po polsku. Dziwna sytuacja.
Idziemy w prawo. I jest cmentarz. 



Sporo wycieczek z Polski, ale i z Ukrainy. Za wstęp płaci się 25 hrywien od osoby plus 10 za fotografowanie i 15 za mapkę-przewodnik. Przewodnik po polsku, ale merytorycznie z ukraińskim zacięciem napisany.
Zwiedziliśmy niemal cały cmentarz. Mogiły Polaków i Ukraińców obok siebie, przemieszane, z różnych etapów historii. Osobne przestrzenie zajmują cmentarze poległych w walkach 1918/19. Dwa monumentalne pomniki pamięci. Jakby rywalizujące ze sobą o to, czyje ważniejsze, bardziej narodowe, bardziej patriotyczne. 



Trochę poza moją bajką, bo oto wszyscy martwi leżą w tej samej ziemi. Jak mówi włoskie powiedzenie: po grze (w szachy) pionek i król wędrują do tego samego pudełka...



Poza grobami polskich hrabiów i hrabianek, ukraińskich uczonych i artystów (na Łyczakowskim są umiejscowieni w rodzaju alei zasłużonych), zobaczyliśmy znakomity w zaprojektowaniu, zespół grobów Orląt Lwowskich, groby powstańców listopadowych i – na samym szczycie cmentarza (położony jest pięknie, na wzgórzu), groby powstańców styczniowych. Było to poruszające. Jak mówią na Wschodzie, zadumałem się w intencji spoczywających tu przodków wszystkich moich znajomych.
Droga powrotna do centrum miasta nie była już tak atrakcyjna, za to w upale. W ciągu dnia wyklarowała się we Lwowie piękna pogoda. A poobiednia kawa z koniakiem w obłędnej kawiarni "Kopalnia kawy" (w Rynku) dopełniła wrażeń. Zresztą kawiarniom i restauracjom spróbuję poświęcić osobną notatkę. 
Dziś już tylko trzygwiazdkowy "Potomkin": zakochuję się w ukraińskich koniakach...



wtorek, 2 maja 2017

Lwów, 1

Coś się kończy, coś się zaczyna

Pobudka o 6 rano, żeby wyjechać o 7? Absurd wcielony w życie.
Trzeba zdążyć z Łodzi na pociąg o 14.26 z Przemyśla do Lwowa. Łódź, Kielce, Przemyśl – Polska B coraz piękniejsza, dobre drogi, ładne domy. Gdzie ta bieda? Pochowana pewnie pod korcem pomników Lecha i Marii, co to stanąć powinny w każdym polskim mieście (dlaczego tylko w polskim?). Często słychać z różnych stron, że tej Unii Europejskiej to my nic nie zawdzięczamy. Oj, jak wiele. Więcej, niż myślimy.
Do Przemyśla przyjechali Polacy z całej Polski, żeby do Lwowa na długi weekend pojechać. No i sporo Ukraińców, co to na ten weekend polski do siebie na wypoczynek wracają. Pociąg pęka w szwach. Polska kontrola graniczna zagaduje po polsku i ukraińsku, ukraińska kontrola zapewnia, że polskiej mowy nie rozumie. Trochę skucha, bo nie sposób nie rozumieć tak podobnych do siebie języków. A więc jakieś uprzedzenia mają... Ja nie mam.
Na lwowskim dworcu tłok niebywały (pasażerowie z miesiąca ruchu na Fabrycznym się zebrali), wsiadają, wysiadają, pokrzykują. Po wyjściu widok ładny jest za plecami (to budynek dworca), przed oczami ukazuje się natomiast rodzaj placu, na którym dziesiątki autobusów i marszrutek z tablicami: Drohobycz, Warszawa, Szczecin, Szengen. I pętla tramwajowa (po łódzku krańcówka), która przypomina ruinę. Sam dworzec autobusowy (tuż obok) przypomina zaś rozjeżdżoną arenę cyrkową: więcej tu dziur niż normalnych kawałków jezdni.
Po czterech przystankach "szóstką" (biletów nie skasowaliśmy, bo motornicza nie miała wydać reszty, a w kiosku nie było) wysiadamy. Do wynajętego mieszkania (Booking.com) już tylko 50 metrów. Już 1 metr. Już na miejscu.
Dzwonię telefonem. Nikt nie odpowiada. Dzwonię po raz drugi – to samo. Za trzecim razem komunikat: połączenie nie może być zrealizowane. Za czwartym: abonent poza zasięgiem. Minęła godzina.
Bar pierwszy napotkany, blisko mieszkania (bo może się odezwie, przeprosi i wpuści). Dziesiąta próba połączenia – to samo.
No to szukam alternatywnego noclegu. Pośród setek informacji (wynajęte) pojawia się ta oczekiwana: zapraszamy. Trach! Rezerwuję. Kilometr do pokonania. Pokonuję.

- Dobry wieczór, mam u Państwa rezerwację, nazywam się...
- Nie ma żadnej rezerwacji.
- Niemożliwe, proszę sprawdzić.
- Nie ma.
- A może jest wolny pokój?
- Nie ma.
- Na pewno? Może jednak?
- Nie ma i już.
- Ma pani jakiś pomysł? Już godz. 22 się zbliża?-
- No we Vlaście może? Idźcie do Vlasty.
- A gdzie to jest?
- Niedaleko (pół kilometra).
- Może pani tam zadzwoni i zapyta, czy są wolne miejsca?
- Nie znam telefonu...

Bierzemy walizki w dłoń. Co z tego, że się toczą, skoro są coraz cięższe? Wreszcie Vlasta! 14 pięknych pięter z cudownym lobby dwufotelowym, w którym śpi jakiś człowiek na tle lastrico.
-Dobry wieczór. Chcielibyśmy wynająć jeden pokój, na jedną noc.
- Nie ma wolnych pokoi.
- Nie wierzę, taki duży hotel i nie ma?
- No nie ma – odpowiada konsjerżka i ucieka wzrokiem
Mam Cię, myślę sobie, kłamiesz, na pewno są.
- To pozostaje nam nocleg na wagzalie. Specjalnie mówię "na wagzalie", żeby nie powiedzieć na dworcu, bo pomyśli, że o pałac mi chodzi, a trochę hipstersko wyglądam: jakieś dziwne okulary itp.
- No jest jeden, którego nie wynajmujemy, bo nie ma ogrzewania, ciepłej wody...
- To my chętnie go wynajmiemy – cieszę się jak głupi i myślę sobie: no tak, 14 pięter, na każdym 20 pokojów a tylko w tym jednym taki frasunek. Kobita wyraźnie wstydzi się tego, co proponuje, ale fajnie, że litość u niej wzięła górę.
- 701, na siódmym piętrze, 350 hrywien.
Za pięć minut lądujemy w pokoju via winda. Czynna jedna z czterech (na te 280 pokoi). Za to czteroosobowa. Zdarty parkiet przykryty "dywanikami" z brudem wgryzionym do spodu. W oknach obowiązkowe firanki, to nic, że szaro-bure. Dwa tapczaniki z "pościelą" i łazienka: sedes, mała umywalka i prysznic przy podłodze. Marzenie.

No i zimna woda! Są też kaloryfery. Zimne. Temperatura około 14 stopni. 
Jest moc! Jest Lwów! 

sobota, 8 kwietnia 2017

Jubileusz 45-lecia pracy artystycznej Tadeusza Kozłowskiego

Koncert stulecia




Wczoraj, dzięki uprzejmości Tomasza Bębna, dyrektora Filharmonii Łódzkiej, zasiadłem wygodnie w fotelu na widowni i podekscytowany czekałem na rozpoczęcie koncertu inaugurującego obchody 45-lecia pracy artystycznej najwybitniejszego polskiego dyrygenta operowego i baletowego – Tadeusza Kozłowskiego. Okoliczności terminu podsunęły Requiem Verdiego. Kompozycję oratoryjną w zamyśle, ale operową w istocie. Kozłowski powiedział, że jego zdaniem, Requiem to najlepsza opera Verdiego. Osobiście do wczoraj „obstawiałem” „Falstaffa”, ale… Po usłyszeniu utworu w interpretacji, jaką zaproponował Kozłowski zacząłem się zastanawiać…
Bezpośrednio po koncercie, dosłownie kilka minut po, już w kuluarach, pocałowałem Kozłowskiego w rękę. I zrobiłbym to jeszcze po wielokroć, dziękując za wybitny talent, wrażliwość, umiejętności, pokorę i szaleństwo. Od 45 lat Kozłowski, każdą swoją realizacją, uświadamia muzykom i słuchaczom, jak wspaniałym jest artystą. Szczerze mówiąc, nie posiadam się z dumy, że Go znam, i że jestem z Nim na „Ty”. Tadeusz, dziękuję.
Wracając do muzyki. Genezy Requiem przedstawiał nie będę, choćby dlatego, że i tak każdy czytający ją pominie. Przypomnę tylko, że prawykonanie miało miejsce w 1874 roku. Verdi „kombinował” wówczas z polifonią i homofonią (co słychać w jego operach), a owe kombinacje, niczym walka karnawału z postem, najczęściej okazywały się zachwycające. I mamy to w Requiem: od początku do końca, częściej w formie doskonałej, rzadziej w mniej wspaniałej. I Kozłowski, jak to Kozłowski: to, co najwspanialsze wydobył na pierwszy plan i pozłocił, to co mniej zachwycające – ukrył, odnajdując zabawę w świecie kontrapunktu. Tak może wobec wybitnego artysty postąpić tylko artysta równy jemu wybitnością.
Mamy więc początek Requiem – piano zaczynające się z niczego. (Tak kiedyś usłyszałem Krzysztofa Bednarka na scenie TWON, kiedy po raz pierwszy w życiu śpiewał Stefana w „Strasznym dworze”: arię z kurantem zaczął na takich ledwie słyszalnych pianach, że nazwaliśmy to razem z nim „śpiewaniem z niczego”). Pierwsze wejście wiolonczel dostajemy na granicy słyszalności: to już nie jest piano pianissimo: to są cztery piana. Muzyka poczyna się z niemego zdumienia. Tu muszę wyjaśnić, że Kozłowski – w moim odczuciu -  przeanalizował partyturę przez emocje, jakie towarzyszą śmierci.
Najpierw mamy zaskoczenie, niedowierzanie. Później bywa, że gniew, sprzeciw, totalną niezgodę i bunt. Ale czasem też ulgę, poczucie spokoju, pogodzenia się. To znów rozpamiętywanie, ból, ukojenie. I te wszystkie emocje znalazł Kozłowski w partyturze i wszystkie je uzewnętrznił. Bez grama afektacji, za to z filozoficznym zamyśleniem. Nigdy nie słyszałem tak głęboko przemyślanej interpretacji tego dzieła. A to przemyślenie, przełożone na interpretację, dało słuchaczom przeżycie bólu i zachwytu. Pogodzić wodę z ogniem? Owszem. Kozłowski godzi.
Godzi różnicowaniem dynamiki rozpiętej pomiędzy „czterema pianami” a „pięcioma forte”, godzi niemal zupełnym pominięciem pauz generalnych (wstrząsające kontrasty tempa i dynamiki), godzi zamianą rytmu ¾ na marsz żałobny, wreszcie godzi łagodnymi zmianami tonacji. Requiem Verdiego w interpretacji Kozłowskiego jest pojednaniem życia ze śmiercią, jest syntezą rozpaczy i nadziei. Jest filozofią sensu życia i wpisanej weń śmierci.
Mam nadzieję, że Verdiowskie Requiem nie jest opus magnum Kozłowskiego. Bo Kozłowski jest jak wino. Mam też nadzieję, że ten wieczór może być zapowiedzią nowego rozdziału w życiu dyrygenta: życia filharmonicznego (choć przecież wczorajszy koncert nie był filharmonicznym debiutem Jubilata). Chciałbym.
Jest też jedno „ale”, o którym nie można zapomnieć. Owo „ale” to wykonawcy. Nie zrealizowałby Kozłowski swojego zamysłu, gdyby nie łódzcy Filharmonicy. Mówiąc wprost, zapewne mało elegancko, (ale to blog, a nie wielce oficjalne wynurzenia) Orkiestra i Chór Filharmonii Łódzkiej wspięli się na wyżyny ponad Himalaje. W tym miejscu kłaniam się Dawidowi Berowi, który jest szefem chóru. Dawno nie słyszałem takiego skupienia, takiego poświęcenia się muzyce, jak w przypadku Requiem. Truizmem będzie stwierdzenie, że oba zespoły są znakomite. Bo są. Radością było słuchać (i patrzeć), jak oddają się intencjom dyrygenta, jak podążają za jego czułą batutą i myślą interpretacyjną. Podobne słowa uznania i szacunku kieruję do solistów: Lilli Lee, Agnieszki Rehlis, Tomasza Kuka, Aleksandra Teligi.
To wykonanie było majstersztykiem. Technicznym i emocjonalnym. Dzięki temu w FŁ doszło do niezwykłej syntezy wrażliwości, że tak brzydko się wyrażę, aparatu wykonawczego z odbiorcami. Nic dziwnego, że po zakończeniu dzieła usłyszeliśmy w sali długą pauzę generalną (także u melomanów), a po niej oklaski (na stojąco) trwające kilkanaście minut.
Bardzo bym chciał, żeby ta fenomenalna interpretacja została zarejestrowana i wydana na płycie. Skoro Requiem nagrano (i wydano) na świecie kilkadziesiąt razy, to dlaczego nie nagrać i nie wydać najlepszego wykonania XXI wieku? Urzędzie Marszałkowski, Wydziale Kultury, Wydziale Promocji, Dyrektorze Filharmonii, czy Państwo mieli w ostatnich kilkudziesięciu latach lepszą okazję do promowania miasta, regionu, województwa? Tomasz Bęben, Tadeusz Kozłowski, kłaniam się do samej ziemi.