Fortuna kałem sie tuczy


niedziela, 25 września 2016

Do męża Rity

Trudno jest publicznie podawać informacje, o jakie prosisz. Robert jest w Łodzi, mogę przekazać mu namiary do Ciebie, jeśli podasz je np. w komentarzu (którego nie opublikuję rzecz jasna). Pozdrawiam

sobota, 24 września 2016

Festiwal Filmowy Gdynia, część 6

Postawiłem stopnie :) 

O godz. 19 rozpocznie się ceremonia wręczenia nagród tegorocznego festiwalu w Gdyni. Tymczasem postawiłem swoje noty filmom (w skali od 1 do 5). Mam nadzieję, że Grand Prix dostanie Smarzowski za „Wołyń”. Pewnie będzie też nagroda dla Kolak, Seweryna, Koniecznej, Ogrodnika, może i Majchrzaka, Mamony. Sądzę, że z nagrodą wyjedzie z Gdyni Kolski, może także Rosa… Zobaczymy.
 • "Czerwony pająk", reż. Marcin Koszałka – 3
• "Fale", reż. Grzegorz Zariczny – filmu nie widziałem
• "Jestem mordercą", reż. Maciej Pieprzyca – 3,5
• "Kamper", reż. Łukasz Grzegorzek – 3,5
• "Królewicz Olch", reż. Kuba Czekaj – 2
• "Las, 4 rano", reż. Jan Jakub Kolski – 4,5
• "Na granicy", reż. Wojciech Kasperski – 3
• "Ostatnia rodzina", reż. Jan P. Matuszyński – 4
• "Plac zabaw", reż. Bartosz M. Kowalski – 1
• "Planeta Singli", reż. Mitja Okorn – 4
• "Sługi boże", reż. Mariusz Gawryś – 3
• "Szczęście świata", reż. Michał Rosa – 4
• "Wołyń", reż. Wojciech Smarzowski – 5
• "Wszystkie nieprzespane noce", reż. Michał Marczak – 1
• "Zaćma", reż. Ryszard Bugajski – 2
• "Zjednoczone stany miłości", reż. Tomasz Wasilewski – 4

piątek, 23 września 2016

Festiwal Filmowy Gdynia część 5

Grand Prix dla "Wołynia"?

Trzynasty film w konkursie: „Na granicy” Wojciecha Kasperskiego. I kolejny na tym festiwalu film gatunkowy: thriller/sensacja/kryminał. Akcja toczy się na granicy, w Bieszczadach. Ale jakoś nie było okazji (poza czołówką), by góry pięknie sfotografować, bo akcja filmu toczy się głównie w strażnicy. Kiedyś przetrzymywano tu więźniów, bo „ i tak nie było dokąd uciekać”. Andrzej Chyra, ojciec samotnie wychowujący dwóch dorastających synów, kiedyś pracował w straży granicznej, ale dlaczegoś przestał i teraz chce wrócić. Idzie z bazy do strażnicy, a tam pojawia się przemarznięty i zakrwawiony Marcin Dorociński. Wiadomo jest od razu, że on jest zły. Później trochę zła przybywa, chłopcy się boją, bo tata poszedł śladami złego przybysza, a ten nie przestaje zagrażać nawet, kiedy jest trzymany na muszce. Pod koniec pada kilka strzałów, ciosów nożem i uderzeń pięściami. Bilans: trzy trupy, jeden postrzelony, jeden mocno pobity, jeden bez szwanku, z tym, że żywi poszarpani psychicznie. Szału nie ma, grozy nie ma, zaskoczeń też. No, może poza jednym: kiedy synek tłucze saperką Dorocińskiego po plecach, ten krzyczy „o kurwa”, a widzowie w kinie się śmieją. Fajny thriller, nie?

Bartosz M. Kowalski pokazał w Gdyni „Plac zabaw”.  Opiekę artystyczną nad debiutem sprawował Wojciech Smarzowski. Nie umiem wytłumaczyć tych faktów: z jednej strony znakomity reżyser w roli opiekuna, z drugiej – film na poziomie nieudanej etiudy studenta. I to studenta innego niż rezyseria kierunku. Nieporozumienie.

I wreszcie Smarzowski w roli głównej: „Wołyń”. Film potwornie trudny w realizacji, wstrząsający, pełen okrucieństwa i rozpaczy. Film – idea. Dawno nie widziałem tak dobrze zrobionego filmu, tak poruszającego, głęboko mądrego. Poruszająca jest w tym filmie każda scena, każdy dialog, nawet poszczególne ujęcia mają moc rażenia pocisku.
„Wołyń” to nie tylko krzyk rozpaczy bohaterów: Polaków i Ukraińców  zadławionych falą wzajemnej nienawiści, to nie tylko świadectwo zbrodni, ale także ogłupienia i zmanipulowania niewykształconych ludzi, którzy nasączeni jadem zachowują się jak zwierzęta. To film o tym, że codziennie powinniśmy powtarzać: przebaczamy i prosimy o wybaczenie. Bo jeśli tak nie zrobimy, wszystko może się powtórzyć. „Wołyń” wreszcie to ostrzeżenie przed ksenofobią, nacjonalizmem, to nawoływanie o opamiętanie, uczenie się historii z rozumem i wyciąganie z tej nauki wniosków. Codziennie wyciąganie wniosków.
Moim zdaniem „Wołyń” to najpoważniejszy kandydat do tegorocznego Grand Prix Festiwalu. 

czwartek, 22 września 2016

Festiwal Filmowy Gdynia, odcinek 4

Po czyjej jesteś stronie?

Czwarty dzień festiwalu zacząłem projekcją „Czerwonego Pająka” Marcina Koszałki. To kolejny film kryminalny (jak na 16 konkursowych tytułów, 4 kryminały to sporo), który charakteryzują dobre zdjęcia (Koszałka) i kolejna dobra rola  Adama Woronowicza (to aktor z gatunku niezawodnych). I już.

Drugim filmem dziś była „Ostatnia rodzina” w reżyserii Jana P. Matuszyńskiego. Film ogląda się bardzo dobrze, bo to bardzo dobrze zrealizowany film: staranna reżyseria, dobre dekoracje, wspaniałe role, wręcz transfiguracje: Andrzeja Seweryna (Zdzisław Beksiński), Dawida Ogrodnika (Tomasz Beksiński) i Aleksandry Koniecznej (Zofia Beksińska).  Scenariusz Roberta Bolesty też dobry. Lubię kiedy dramat nie jest wyłącznie dramatem, podoba mi się, kiedy jest w nim odrobina humoru, groteski, szczypta sarkazmu i szaleństwa. Dopóki nie obejrzałem „Powidoków” Andrzeja Wajdy, myślałem, że to ciekawe kino obyczajowe, w którym zabrakło kontekstu społecznego, politycznego, wreszcie… pokazania artysty poprzez jego twórczość (lub odwrotnie, bo przecież tak też można). Ale… zobaczyłem „Powidoki”.

40. film Andrzeja Wajdy to dzieło wybitne. Opowiadające o losie artysty, zdeterminowanym czasem, w jakim żył, ludźmi, jakich miał obok siebie, zdeterminowanym wrażliwością, osobowością, polityką, aspektem społecznym, materialnym. To dzieło wybitne także dlatego, że pokazujące los jednostki w sposób liryczny, a zarazem w epickim ujęciu. Wreszcie, jest  to dzieło wybrzmiewające - w niewypowiedziany sposób - współcześnie. Jednym słowem, jest to cały Wajda w swej najwyższej formie, znanej z „Kanału”, „Popiołu i diamentu”,  „Wszystkiego na sprzedaż”, „Ziemi obiecanej”, „Wesela”, „Człowieka z marmuru”. Wajda, opowiadając o jednym z najwybitniejszych artystów lat 20., 30. i 40. minionego wieku, opowiedział także o Polsce wczesnych lat 50. i o Polsce współczesnej.
Tytuł „Powidoki”, zestawiony z „Teorią widzenia” Strzemińskiego (i kontekstem historycznym), działa porażająco.
W jednej ze scen oficer S.B. pyta Strzemińskiego (doskonała! rola Bogusława Lindy), po czyjej jest stronie. Strzemiński odpowiada: - Po swojej.
Nie wszystkim będzie się ten film podobał… 

środa, 21 września 2016

Festiwal Filmowy Gdynia, odcinek 3

Czasem lepiej noc przespać

„Zjednoczone stany miłości” Tomasza Wasilewskiego zostały już zrecenzowane po premierze, więc rozpisywał się nie będę. Film utrzymany w stylistyce „Płynących wieżowców” z ciekawimy rolami Magdaleny Cieleckiej, Doroty Kolak, Marty Nieradkiewicz i Julii Kijowskiej. Interesujący scenariusz, dobra reżyseria. Mam tylko jedno ale: lubię, kiedy film jest opowiadaniem, tymczasem „Zjednoczone stany miłości” to splecione ze sobą trzy nowele. Chciałbym więcej.

Dziś obejrzałem też „Zaćmę” Ryszarda Bugajskiego opowiadającą o Julii Brystygerowej – postaci autentycznej, pani pułkownik SB, którą cechowało patologiczne okrucieństwo wobec przesłuchiwanych. W filmie Bugajskiego Krwawą Lunę (bo tak ją nazywano) gra brawurowo Maria Mamona. Jest damą w kostiumiku Chanel, perfumami Chanel 5 pachnącą. Jest niewierzącą Żydówką, która szuka własnej drogi do Boga (którego nie ma). Jej koleżanka z młodości, lwowska Żydówka – teraz zakonnica, zresztą niewierząca (w tej roli Małgorzata Zajączkowska) mówi najmocniejsze zdanie w filmie: Bóg jest metaforą.
 
To zdanie i kreacja Mamony to najlepsze, co jest w tym filmie, pogrążonym w mistycyzmie i koszmarach wspomnień głównej bohaterki. Zadziwiło mnie natomiast warsztatowe podejście Bugajskiego do tematu: doświadczony i znakomity przecież reżyser, dał nam obraz epigoński, nienowoczesny,  w duchu polskiej kinematografii lat 90. osadzony. Dziwne. I jeszcze jedno: niepokojąco „Zaćma” kojarzyła mi się z „Idą”…

Od chwili ogłoszenia konkursowej „szesnastki” byłem zdumiony, że w konkursie głównym znalazła się „Planeta Singli” Mitji Okorna. Bo niby co robi w tym gronie komedia romantyczna? Sam Okorn zauważył przed projekcją, że Gdynia nie potrzebowała „Planety…”, ale Gdynia potrzebowała „Planety…”. I coś w tym jest, bo okazało się, że komedia romantyczna może być dobrym filmem. Nie liczyłbym na deszcz nagród, ale przyznać muszę, że film broni się pewną dezynwolturą w podejściu do samego gatunku. Okorn nie boi się „docisnąć”, pójść w stronę absurdu (czym pokazuje, że ma dystans do tego, co robi), a nawet farsowości. Zaufali mu aktorzy, ale nie tylko jemu, bo i zgrabnemu scenariuszowi.  Ponad dwie godziny projekcji mija błyskawicznie. I chociaż od pierwszej do ostatniej sceny wiemy co będzie się działo, to niektóre sytuacje i dialogi zaskakują. Była też kwestia, która, jak modnie dziś się mówi, zrobiła mi dzień. Jeden z bohaterów do nawiedzonej fryzjerki zwraca się tymi oto słowy: „Słyszałem, że jest pani psychologiem włosów”. Tak, w tym cytacie zamyka się psychologia tego filmu, ale czasami i śmiech niekiedy może być nauką, kiedy się z przywar, nie osób natrząsa, że tak „odbije mi się” Krasickim .


Przed chwilą wróciłem z projekcji filmu „Wszystkie nieprzespane noce”, który zrealizował Michał Marczak.  Powiem tylko, że wyszedłem z kina po 20 minutach. Jeśli ktoś chce wiedzieć, o czym bełkoczą po pijanemu podczas rozmaitych imprez dwudziestolatkowie – zapraszam. Mnie te 20 minut pokazało, że bełkoczą o niczym.  Tymczasem cieszę się na jutrzejszy pokaz „Powidoków” Andrzeja Wajdy. 

wtorek, 20 września 2016

Festiwal Filmowy Gdynia, odcinek 2

Z kamieniem na szyi

Po wczorajszych „Sługach bożych”, dzisiaj gatunek sensacyjno-kryminalny reprezentował film Macieja Pieprzycy „Jestem mordercą” (http://www.festiwalgdynia.pl/program/filmy/-1--2280-_jestem-morderca-.html), sklasyfikowany jako triller psychologiczny . To drugie w twórczości reżysera zamierzenie się z tym samym tematem (18 lat temu Pieprzyca zrealizował film dokumentalny o Zdzisławie Marchwickim pod tym samym tytułem).  Film  AD 2016 nie jest jednak rodzajem dziennikarskiego śledztwa, do którego  po latach wraca scenarzysta (także Pieprzyca). Reżyser i autor scenariusza stara się raczej odwzorować wypadki, jakie miały miejsce na początku lat 70. ub. wieku. I tak, jak w filmie dokumentalnym, tak i teraz sugeruje, że skazanie mordercy 14 kobiet (w filmie jest ich 12) było swego rodzaju farsą.  Głowę sprawcy (albo i nie sprawcy) ofiarowano ówczesnemu I sekretarzowi komitetu  wojewódzkiego PZPR – Edwardowi Gierkowi (jedną z ofiar wampira była bratanica Gierka).  Wartością dodaną do śledztwa jest ukazanie degrengolady moralnej, w jakiej pogrążona była wtedy milicja. Może to dobra lekcja historii dla widzów nie mających wiedzy o tamtych czasach? 
Wcześniej, na lekki początek dnia, wybrałem kino obyczajowo-rozrywkowe. „Kamper” (http://www.festiwalgdynia.pl/program/filmy/-1--2281-_kamper.html) Łukasza Grzegorzka to film niezobowiązujący, dość lekko i dowcipnie opowiadający historię rozpadu młodego małżeństwa (Marta Nieradkiewicz, Piotr Żurawski). Anegdota prowadzona jest klarownie, film ma wdzięk i miło będzie się go oglądało. I właściwie to już wszystko…
Betonowe buty i kamień na głowę założył mi Jan Jakub Kolski. Później tylko wrzucił w mrok filmu „Las 4. rano” (http://www.festiwalgdynia.pl/program/filmy/-1--2285-_las-4-rano.html). To niewątpliwie bardzo osobista wypowiedź reżysera, związana z traumą po stracie córki Zuzanny, której film jest dedykowany. Pokazana na ekranie przypowieść jest jedną wielką metaforą, której trzeba doświadczyć wizytując kino. Opowiadać o niej, czy ją streszczać to tylko dawać świadectwo na prawdziwość myśli Antoine’a de Saint Exupery’ego: „Odrzuć próżny dźwięk słów i patrz”.
Film Kolskiego ma nie tylko potężną siłę emocjonalną, ale także, jak zwykle u tego reżysera, wielką urodę obrazu, szlachetność kadru, precyzję, inteligencję. I bardzo dobrą rolę Krzysztofa Majchrzaka.