Fortuna kałem sie tuczy


poniedziałek, 2 lipca 2018

Polka zwyciężczynią Europejskiego Konkursu Reżyserii Operowej

Karolina Sofulak najlepsza w Europie

Karolina Sofulak, polska reżyser operowa, zdobyła pierwszą nagrodę Europejskiego Konkursu Reżyserii Operowej w Zurichu. Pierwsze miejsce 10 edycji European Opernregie Preise ex aequo z Polką uzyskał brytyjski reżyser Gerard Jones. W tym roku uczestnicy konkursu przygotowywali koncepcję inscenizacyjną "Manon Lescaut" Giacoma Pucciniego.
Nagrodą dla Sofulak, poza honorarium, jest realizacja premiery "Manon...", podczas inauguracji przyszłorocznego Holland Park Festival w Londynie. Karolina Sofulak jest pierwszą w historii Polką - laureatką tego prestiżowego konkursu.
Sofulak jest absolwentką Studiów Filologiczno-Kulturoznawczych Europy Zachodniej Uniwersytetu Warszawskiego oraz międzyuczelnianego kierunku Reżyserii opery i innych form teatru muzycznego  PWST im. Ludwika Solskiego i Akademii Muzycznej w Krakowie. Dyplom reżyserski uzyskała w roku 2011, realizując "Traviatę" Giuseppe Verdiego na scenie Opery Bałtyckiej w Gdańsku.
W Polsce pracowała dotychczas przede wszystkim w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej jako asystent reżysera przy spektaklach Mariusza Trelińskiego, Davida Aldena oraz Keitha Warnera. Jako drugi reżyser oraz reżyser wznowień współpracowała z takimi teatrami jak: Opera North, Badisches Staatstheater Karlsruhe, Grange Park Opera, Chemnitz Opera, Teatro Regio di Torino, Opéra National de Bordeaux, Opéra de Dijon, Oper Wuppertal oraz English National Opera. Autorskie przedstawienia reżyserowała m.in. dla: Brighton Early Music Festival, Monteverdi Festival in Venice, London Festival of Baroque Music a także dla London Stroud Green Festival. Z dużym zainteresowaniem spotkała się również jej realizacja "Rycerskości wieśniaczej" Pietra Mascagniego, zrealizowana rok temu w Opera North.
Na przykładzie Karoliny Sofulak potwierdza się opinia mówiąca, że łatwiej jest być docenionym poza naszymi granicami. Trzymamy kciuki, również za - oby liczne - polskie realizacje.

niedziela, 27 maja 2018

Filharmonia Łódzka: Woś i Kwiecień. Maestria i elegancja

Donizetti zmartwychwstał

Filharmonia Łódzka przygotowała koncert na miarę Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Na estradzie wystąpił Mariusz Kwiecień - wybitny solista MET i Joanna Woś, która nigdy nie wystąpiła w MET, co tę najsłynniejszą scenę operową świata cokolwiek kompromituje.
Woś w Łodzi jest artystką kochaną, prawdziwą celebrytką, której pojawianie się w jakimkolwiek kontekście wywołuje trzęsienie ziemi. Nie inczaej było podczas niedzielnego koncertu.
Wybitna interpretacja "Regnava nel silenzio" nie tylko wzbudziła ogromny aplauz w sali filharmonii, ale też spowodowała, że w odległym Bergamo Donizetti z zachwytu wstał z grobu, obwieszczając, że Woś "Łucję z Lammermoor" powinna śpiewać do końca świata i jeden dzień dłużej.
A tak zupełnie serio: może to doświadczenie z niedawno przygotowaną przez Artystkę partią Blanche w "Tramwaju zwanym pożądaniem" sprawiło, że niedzielna interpretacja była poruszająca tragizmem i oszałamiająca techniką. A tą Woś posługuje się niczym prestidigitator: w jednej frazie mieści rozpacz, nadzieję, niepewność i zakochanie bohaterki oraz forte, piano, i całą tessyturę od najwyższych, przez średnicę, po najniższe dźwięki. To absolutna maestria.
Duet Enrica i Łucji był dopełnieniem emocji i artyzmu, jaki może nieść ze sobą belcanto.
A Mariusz Kwiecień... No cóż... Głos stworzony do muzyki Donizettiego, Belliniego czy Rossiniego... Uwodzicielski w barwie (tak jasnej, że błyszczącej blaskiem), pełen wdzięku i czaru w arii Figara z "Cyrulika sewilskiego" i pewności w każdym technicznym niuansie podczas całego wieczoru. Oboje Artyści umieją wszystko - mówiąc kolokwialnie - robią z głosem co tylko chcą. Zachwycali nie tylko swobodą techniczną, ale też wrażliwością interpretacyjną i doskonałą współpracą, która - czego nie ukrywali - sprawiała im radość.

Dawno nie uczestniczyłem w tak pięknym, radosnym koncercie, który jednak naznaczony był dużą wadą: zakończył się.
Orkiestrą FŁ dyrygowała Agnieszka Nagórka.

sobota, 12 maja 2018

Teatr Wielki w Łodzi, Tramwaj zwany pożądaniem

Kozłowski, czy Orkiestra? 
Fot.:TWŁ

Tadeusz Kozłowski, ilekroć ma choć odrobinę wpływu na repertuar Teatru Wielkiego w Łodzi, poszukuje i znajduje. Tak było z "Adrianą Lecouvrer", "Kandydem", "Echnatonem", "Dialogami karmelitanek". Nie inaczej jest z "Tramwajem, zwanym pożądaniem" Adre Previna. Polska prapremiera tej opery odbyła się 12 maja w Teatrze Wielkim w Łodzi, po 20 latach od światowej prapremiery w San Francisco Opera.
Trudno mi powiedzieć, czy bohaterem wieczoru był Kozłowski, czy Orkiestra TW. Bo choćby nie wiem jak dobra była orkiestra, to nie zagrałaby tak wspaniale muzyki, bez fantastycznej interpretacji zaproponowanej przez Kozłowskiego. Z drugiej strony, wielce wymagająca interpretacja Kozłowskiego nie miałaby szans bez dyscypliny i wrażliwości orkiestry. Byli Państwo wspaniali! A Mirosławowi Dudkowi - artyście grającemu w prapremierowym wieczorze na trąbce - kłaniam się najniżej, jak potrafię.
Najbardziej życzliwe słowa należą się też kwartetowi odtwórców głównych partii: Joannie Woś (Blanche), Szymonowi Komasie (Stanley), Aleksandrze Wiwale (Stella) i Tomaszowi Piluchowskiemu (Mitch). Aktorsko i wokalnie, w realistycznej wizji reżyserującego spektakl Mistrza Maciej Prusa, spisali się Państwo doskonale.
Reżyseria zaiste jest mistrzowska: otrzymaliśmy nowoczesny spektakl, operujący skrótami, oszczędny w ekspresji na korzyść emocji, jakie niesie muzyka. Momentami nawet, wydało mi się, aż zbyt oszczędny - choćby w scenie gwałtu (prawdziwego lub wyimaginowanego), w której muzyka osiąga dramatyczną (i dramaturgiczną) kulminację, a scena... pozostaje pusta.
Naoglądawszy się nowoczesnych inscenizacji (głównie na scenach oper berlińskich), w interpretacji Macieja Prusa zastanowiło mnie to konsekwentne podążanie za realizmem Williamsa (autora dramatu, na podstawie którego powstało libretto). Mimo pięknej, ramowej kompozycji inscenizacyjnej, zabrakło mi metafory. Ale i tak jestem przekonany, że "Tramwaj..." to pozycja obowiązkowa: sam z pewnością wybiorę się jeszcze raz. Gratulacje.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Don Giovanni/Deutsche Oper Berlin

Piekła nie ma 


Pisząc o "Lady Macbeth mceńskiego powiatu" zżymałem się na opinię, jakoby w niemieckiej operze dominowali reżyserzy. No to mam za swoje: w "Don Giovannim" Roland Szwab nic sobie nie robi z Mozarta. Ot, dał mu kompozytor pretekst do inscenizowania w cały świat (i to całkiem sprawnego inscenizowania) a, że umarły kompozytor, to i zważać na jego nutki nie ma powodu, bo i tak reklamacji nie wniesie.
No to ja w imieniu Mozarta. Gdyby pan Szwab reżyserował "Don Giovanniego" w teatrze dramatycznym, to wyjąwszy totalnie infantylny finał, mógłbym być bardzo zadowolony. Bo jest tu - trochę uproszczona - myśl przewodnia: tytułowy bohater to uwodziciel, cynik i łobuz bez skrupułów i refleksji, który nawet z piekła i po śmierci zażartuje. Jest też sporo wyobraźni i biegłość w ustawianiu sytuacji oraz prowadzeniu postaci.
Kłopot jednak w tym, że kierunek w operze wyznacza partytura, a ta zupełnie pana Szwaba nie interesuje. Do tego stopnia, że nie każdy musi wszystko zaśpiewać, co napisane. A jak już śpiewa, to nie muszą być to koniecznie nuty z partytury. Ba, ktoś może śpiewać nawet wtedy, gdy w partyturze, zamiast nut, ma pauzę. I to w kilku taktach. To, że kierownik muzyczny udzielił akceptacji, daje mi wiarę w to, że piekła nie ma.
Poza inscenizacyjno-reżyserskimi nieporozumieniami (o dziwo wyszły spod wprawnej warsztatowo ręki) były na szczęście odkrycia zjawiskowe. Należy do nich młoda, ledwie 29-letnia Federica Lombardi, po mistrzowsku śpiewająca Donnę Annę (choć już po pierwszych frazach usłyszałem w niej Donnę Elwirę). Wszystko, co wokalnie zrobiła na scenie było znakomite. No i jeszcze mam "kawałek" satysfakcji: przed chwilą dowiedziałem się, że Donnę Elwirę ma już przygotowaną i tą właśnie partią w styczniu przyszłego roku zadebiutuje w Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Fety i fajerwerki.
Po nowojorskim debiucie jest natomiast Davide Luciano (Don Giovanni), który w tej inscenizacji śpiewa także Leporella (oczywiście nie jednocześnie, choć odwaga Szwaba mogłaby iść nawet tak daleko). To wybitnie utalentowany śpiewak wokalnie i aktorsko, tym bardziej mi żal, że okazji do posłuchania go w "Don Giovannim" było niewiele. Najwięcej bowiem czasu zajmowało śpiewakowi fikanie kozłów, robienie pompek, "medytacja" na jednej nodze, bieganie i wstawianie dźwięków spoza partytury.
Podobnie było w przypadku migotliwego Leporella w wykonaniu Roberta Gleadowa. Brawa za umiejętności, które wzbudzają nadzieję na piękne kreacje w bardziej rozsądnych realizacjach. Z grona wykonawców przykuła też moją uwagę Siobhan Stagg - sprawna aktorsko i dobra wokalnie Zerlina. Pozostali byli, jak to w niemieckiej operze stołecznej - solidni i niezawodni.

Wybierających się na ten spektakl, a przyzwyczajownych do mozartowskiego stylu pragnę uprzedzić: w DOB nie grają "lekkiego" Mozarta. Pod masywną batutą Friedemanna Layera Mozart jest tu bardziej... beethovenowski.
A skoro piekła nie ma, to i Rolanda Szwaba tam nie poślę.

Lady Macbeth von Mzensk/Deutsche Oper Berlin

Leżąc plackiem przed orkiestrą



Ole Anders Tandberg tak bardzo chciał wyreżyserować "Nos" Szostakowicza (który obejrzał pewnie w Komische Oper Berlin w znakomitej reżyserii i inscenizacji Barrie Kosky'ego), że nawet nie zauważył, że powierzono mu realizację "Lady Mackbeth mceńskiego powiatu". Efektem jest spektakl pełen niestosowności i - co zdumiewające u Norwega - bawarskiego humoru (widzowie śmieją się podczas scen mordów i gwałtów) połączonego z burleskowym "baletem" milicjantów w majtkach, prasujących spodnie z wtyczkami od żelazkowych kabli umieszczonych w ineksprymablach właśnie. No beczka śmiechu, dodatkowo przepełniona... rybami. Bo sztuczne ryby są tu wszechobecne w każdej niemal scenie: a to jako narzędzie mordu, a to gwałtu i samogwałtu. O innych breweriach Tandberga nie wspomnę, bo klawiatura mi mówi, że to już przez nią nie przejdzie.
Ale... No właśnie: każde euro wydane na bilet jest warte sto razy więcej. A to za sprawą wykonawców, a przede wszystkim Orkiestry DOB, która grała pod batutą Donalda Runniclesa. A grała tak, że powiedzieć, że nigdy wcześniej nie słyszałem tak doskonale grającej orkiestry, to nie powiedzieć nic. Zasługą Runniclesa jest interpretacja dzieła Szostakowicza, ale choćby nie wiem co chciał orkiestrze przekazać, a ta nie byłaby tak wybitna, niewiele by z tego wyszło. Tak, dziś nie klęczę, a leżę plackiem przed Orkiestrą DOB.
Do muzycznej uczty przyczynił się także fantastycznie śpiewający chór i oczywiście soliści, na czele z porywającą wokalnie Evelyn Herlitzius w partii Katariny Izmaiłowej. Z charyzmą towarzyszyli jej Wolfgang Bankl jako teść i Sergey Polyakov (kochanek Sergiej), który z uwagi na barwę i moc głosu w przyszłości skończy jak Domingo: wspaniałymi partiami barytonowymi, choć z pewnością długo jeszcze pozwoli się publiczności cieszyć swoim bohaterskim tenorem w najbardziej wymagającym repertuarze.
Chociaż oglądało się z zawstydzeniem (na dodatek żadnej nauki, chyba tylko jak nie robić), to wieczór był wspaniały. Muzyka pokonała inscenizatora. I to w niemieckim teatrze, gdzie ponoć rządzą reżyserzy... Tischnerowska prawda. 

czwartek, 15 marca 2018

Piękny wieczór #Filharmonia Łódź #Tadeusz Kozłowski #Bernadetta Grabias


Moc muzyki poza nutami


Są momenty, kiedy idę do filharmonii i zastaję tam muzykę wyrzuconą w kosmos. W Filharmonii Łódzkiej często mam okazję posłuchać muzyki, która płynie wprost z partytury, pięknie poprowadzonej przez dyrygenta, znakomicie wykonanej przez orkiestrę.
No właśnie... wykonanej. Pod batutą. Jest świetnie, bo to dobra orkiestra jest.
Mam wrażenie, że w moim mieście już nikt nie pisze o muzyce, żadne medium nie zamieszcza recenzji, bo też nie bardzo chce. A może nie ma skąd brać. Sam też rzadko piszę o koncertach, bo też - trawestując Krystiana Lupę z "Procesu" - kto dziś pisze recenzje z koncertów? A kto je czyta?
Czasami jednak - znów cytując, tym razem piosenkę Jerzego Stuhra - czasami człowiek musi, inaczej się udusi.
Poszedłem na koncert do Filharmonii Łódzkiej w miniony piątek, bo chciałem poznać co o Brahmsie i Mahlerze myśli Tadeusz Kozłowski. Dyrygent wybitny, acz znany głównie z operowych i baletowych realizacji. Od razu powiem, że nie kierowała mną ciekawość jak zagra to Orkiestra FŁ, bo wiedziałem, że bezbłędnie. Chodziło mi o coś więcej: o to, co z nut zapisanych na pięciolinii wyczytają muzycy i dyrygent? Nie miałem wątpliwości, że nie będzie to "zagranie" partytury. Byłem pewien, że to będzie muzykowanie, że usłyszę coś, co jest nie tylko w nutach, ale i między nutami. Interesowało mnie co to będzie?
A był to świat. Świat natchnienia, a zarazem świat opisany, jakby programowy, w jakimś sensie literacki. Ale też bardzo emocjonalny, a przy tym nie naiwnie sentymentalny. Świat widziany przez Kozłowskiego jest światem mądrości starca i wrażliwości dziecka. Tak przeczytać partyturę V Symfonii Mahlera może tylko ktoś, kto czuje więcej, niż można sobie wyobrazić. A zarazem ktoś, kto potrafi swoje wnętrze rozczytać tak świadomie, że nie jest kłopotem przekazania go setce muzykom.
Mahler zagrany był w natchnieniu i z precyzją. Nie brakło niczego, co zostało zapisane w partyturze, a jednocześnie owa wrażliwość i talent dyrygenta tak oddziaływały na Orkiestrę, że muzycy nie grali tylko nut, ale intelektualną i emocjonalną ich zawartość.
Nie jestem admiratorem Mahlera. Jego twórczość zdaje się często symbolizować trudność z uzyskaniem zakończenia: kompozytor niezmiennie potrafi dopowiedzieć coś jeszcze. I to, bywa, że mnie irytuje. Kozłowski tymczasem z tej maniery potrafił uczynić walor: każde powtórzenie, czy powrót tematu w przetworzeniu, pokazywał jak nową wycieczkę w nieznane. W krainę wyobraźni, w której coś, co już znamy, jawi się jako kolejny znak zapytania. Dzięki temu nawet - mówiąc potocznie - zgrane Adagietto, miało więcej tajemnicy, niż w wyeksploatowanej "Śmierci w Wenecji" Viscontiego.
Jako, że życie mnie nie rozpieszcza ostatnio, w gust mój "wycelował" marsz z pierwszej części: 2/4 jest chyba moim rytmem, a żałoba odczuwaniem. I ta część zabrzmiała fenomenalnie: odczytałem ją jako sens przemijania, bezwzględny przecież, a zarazem - paradoksalnie - dający nadzieję. Umierałem i odradzałem się wraz z muzyką.
Właściwie cała V Symfonia była odczytana przez Kozłowskiego przez taki właśnie pryzmat. Powiem cynicznie może: nuty nutami, ale treści napisanej przez kompozytora jest więcej. I to pokazał Kozłowski.
Z satysfakcją przyznam, że nie udałoby się to dyrygentowi, gdyby nie zaufanie i techniczna biegłość orkiestry oraz wrażliwość każdego z tworzących ją muzyków. To, jak pięknie "poszli" za kapelmistrzem, jak wsłuchali się w jego intencje, było więcej niż imponujące. Grupa waltorni, kwartet smyczkowy, flety, harfa... Byliście Państwo wspaniali.
Dopełnieniem muzycznej uczty było Alto Raphsody Brahmsa. Precyzyjne muzycznie, uduchowione za sprawą Chóru Męskiego FŁ i wrażliwości oraz techniki wokalnej niezawodnej Bernardetty Grabias, której barwa głosu brzmi w moich uszach do teraz.
Pięknie i nisko się Państwu kłaniam. A Dyrekcji FŁ życzę, aby takie koncerty trwały nieprzerwanie. Pod Kozłowskim wszystko się udaje (vide Verdiowskie Requiem), a z towarzyszeniem Grabias mieliśmy perłę w koronie.