Fortuna kałem sie tuczy


wtorek, 26 lipca 2016

Zakupy

Upał. Duchota. Wracam do domu z zakupami, ledwie zipię. Na ławce pod drzewem siedzi starsza pani. Schludnie ubrana, uczesana, uśmiecha się jakby do siebie, o ławkę oparta kula.
- Proszę pana –zaczepia mnie - czy mógłby pan zanieść moje zakupy pod drugą klatkę tego bloku?
- Tak – odpowiadam nieoczekiwanie dla samego siebie, nieco zaskoczony. 
– Proszę mi dać te siatki.
Nie są ciężkie, może dwa, dwa i pół kilo.
- Bo ja jestem taka słaba, że nie mam siły. A może pan  zaniesie mi je pod drzwi? Mieszkam na pierwszym piętrze pod trzynastką, proszę wziąć klucze – staruszka usiłuje zdjąć klucze z szyi, ale nie idzie jej to sprawnie.
- Nie trzeba,  poradzę sobie.
Jak trzeba być zdesperowanym, żeby obcemu człowiekowi dawać klucze od własnego mieszkania – zastanawiam się i trochę czuję przerażenie: ja też tak za ileś lat? Dzwonię domofonem do jednego mieszkania, drugiego… za czwartym razem wreszcie słyszę: „kto tam?”.
- Proszę odtworzyć, przyniosłem zakupy dla pani spod „trzynastki”.
Wchodzę na piętro układam siatki z zakupami, wracam do mojej zleceniodawczyni, a tam dyskusja z dwiema sąsiadkami. Mówię, że zakupy już pod drzwiami.
- Widzi pan – mówi  obcesowo jedna z nich, wskazując na staruszkę – kobita 94 lata, dwoje dzieci  i obcych musi się prosić o pomoc. A dzieci w Grotnikach mieszkają i zamiast wziąć matkę do siebie, to czekają aż oczy zamknie, żeby sprzedać mieszkanie…
- Skoro pani taka słaba – mówię do staruszki, bo nie chcę komentować słów sąsiadki – to może wezwać lekarza?
- Nie trzeba proszę pana, ja już taka słaba jestem ze starości. Wie pan - dodaje nieoczekiwanie - ja kiedyś byłam kimś, a teraz jestem gównem.
- Proszę nawet tak nie myśleć.
- Ale taka jest prawda.
- Muszę już iść, do widzenia.
Od tego dnia sporo już minęło, a ja wciąż słyszę to „… kiedyś byłam kimś…”

sobota, 14 maja 2016

„Turandot” po raz pierwszy w historii opery łódzkiej

Co i komu ukradł Szostak?



Chyba wszyscy kolejni dyrektorzy łódzkiego Teatru Wielkiego mieli w planie wystawienie „Turandot”. Dlaczego przez blisko 50 lat TWŁ i ponad 60 lat opery w Łodzi zamiar ten nie został zrealizowany? Czy dyrektorzy rezygnowali bo zazwyczaj brakowało obsady, czy dlatego, że kasa okazywała się zbyt pusta, jak na przedsięwzięcie powołania na scenę chińskiego cesarstwa baśniowej epoki cesarza Altouma?
Trzeba było odwagi dyrektora Pawła Gabary, by plan własny, a przy okazji kilku poprzedników, zrealizować. Łódź nareszcie ma swoją inscenizację ostatniej, niedokończonej przez Pucciniego, opery. Inscenizację zaskakującą w swej oryginalności.
„Turandot” to jedność miejsca, czasu i akcji. Na cesarskim dworze, i wokół niego, rozgrywa się akt strzelistej miłości Kalafa, która w finale pokonuje zimne wyrachowanie, choć w istocie strach księżniczki Turandot. Prostym w sumie perypetiom, choć nie brak tu okrucieństwa, przygląda się dwór cesarski i lud chiński, chętnie oceniając bohaterów. Wyrafinowanie miesza się tu z prostactwem, przepych z biedą, duma ze strachem. A Pucciniemu świetnie komponowało się swą pierwszą (i ostatnią niestety) wielką operę z bogatym tłem społecznym, co słyszymy dziś w rozbudowanej i zachwycająco poprowadzonej partii chóru.
W łódzkiej inscenizacji jest nieco inaczej: nie ma pałacu, nie ma kontrastu między pysznym dworem cesarskim a ubogim ludem Pekinu. Przedstawienie Adolfa Weltschka (inscenizacja, reżyseria, dekoracje, światła) jest w istocie spektaklem złożonym w hołdzie powojennej biedzie teatralnej. I trochę stylowi podlizującemu się wówczas nowej, socjalistycznej władzy. Z szaro-burego tłumu wyróżniają się: złotą koroną Turandot i barwnymi szlafrokami trzej ministrowie. Nie ma wspaniałego pałacu, nie ma wielkiego miasta. Nawet cesarz nie zasiada tu centralnie na monumentalnym tronie, a całkiem z boczku, na taboreciku, jakby nie chciał narzucać się swoją burżuazyjnością…
Trochę może dziwić dziś decyzja przywoływania na scenę smutnych i biednych czasów powojennych, kiedy to teatry grały ambitny repertuar, ustawiając na scenie bardziej lub mniej zniszczone w zawierusze dekoracje, zakładając uratowane kostiumy nie kryjące, że czas świetności dawno już mają za sobą. Tym bardziej dziwi w kontekście tytułu, który obrósł taką tradycją inscenizacyjną, jak „Turandot”. I to tradycją przebogatej wystawy…  Reżyserowi zresztą nie sposób odmówić konsekwencji: sposób ustawienia scen jest żywcem przeniesiony z czasów, kiedy w operze nikt z występujących nie musiał grać ani pokazywać emocji (nawet ruszać się nie musiał), bo wystarczyło że stał i śpiewał. I tak jest w łódzkiej „Turandot”: wszyscy stoją i starają się śpiewać zgodnie ze wskazaniami batuty dyrygenta, na niej koncentrując całą swą uwagę.
Muzycznie przedstawienie przygotował Antoni Wit, który zrezygnował z emocjonalnego prowadzenia opery, na korzyść wyciszania orkiestry (wszyscy doskonale przygotowani, grali technicznie i intonacyjnie nienagannie) w najtrudniejszych dla solistów momentach. Skutkiem czego efekty dramatyczne nie były osiągane jednoczesnym wzmocnieniem dynamiki orkiestry i śpiewaków (In questa reggia wraz z całą sceną z zagadkami, Nessun dorma, cały finał), a ściszeniem w orkiestronie tak dużym, aż głosy Lilli Lee (Turandot) i Charlesa Kima (Kalaf) mogły sprawiać wrażenie odpowiednich do śpiewania tych partii. Oboje koreańscy soliści starali się, co było słychać, i co można docenić.
Ze szczególną sympatią słuchałem za to chóru. Zespół ma tu spore zadanie i przygotował się do niego bardzo starannie (najpewniej pod czułą opieką nowego szefa – Dawida Jarząba). Pięknie też wszystkie głosy zaśpiewały, co mnie cieszyło i zachwyciło, ale… Żeby nie wiem jak chór się starał, choćby nawet wyszedł ze skóry, to z 60 osobowego nie stanie się 100-120 osobowym. Nawet 500 plus tu nie pomoże. A do „Turandot” przydałaby się wzmocniona obsada. Bardzo by się przydała. Słychać to gołym uchem i widać gołym okiem, gdy spojrzeć w partyturę. Swoją drogą - gęstość orkiestracji jest imponująca.

Premierowe przedstawienie przyniosło mi wszelako duże wzruszenie i dreszcz emocji. To była scena, kiedy ślepy Timur (Grzegorz Szostak) rozpaczał nad zwłokami Liu (Dorota Wójcik). To był moment, który powinien rozciągnąć się (i trwać) nad całym spektaklem: moment pięknego intonacyjnie, emocjonalnego śpiewania, zespolony z przejmującą kreacją aktorską. Są artyści, którym do stworzenia takiej kreacji wystarczy moment właśnie. I jak widać Grzegorz Szostak do nich należy. Mogę śmiało powiedzieć, że w Łodzi Szostak ukradł „Turandot” wszystkim. Widocznie tak miało być. 

czwartek, 14 kwietnia 2016

Będzie dyrektor Teatru Nowego

Znacie imię i nazwisko? 


Urząd Miasta Łodzi ogłosił konkurs na stanowisko dyrektora Teatru Nowego. Zawarowano w nim m.in: posiadanie co najmniej 7-letniego stażu pracy zawodowej w sferze kultury, na rzecz:
podmiotu zajmującego się prowadzeniem działalności kulturalnej (...) lub organizatora instytucji kultury na stanowisku związanym z nadzorem nad instytucjami kultury w rozumieniu ustawy z dnia 25 października 1991 r. o organizowaniu i prowadzeniu działalności kulturalnej w przypadku świadczenia przez kandydata pracy na rzecz każdego z podmiotów określonych w lit. a i b, kryterium formalne zostanie uznane za spełnione po zsumowaniu okresów pracy w tych podmiotach; w przypadku jednoczesnego wykonywania pracy na rzecz podmiotów określonych w lit. a i b, okres ten nie będzie jednak zsumowany; posiadanie co najmniej 5-letniego stażu pracy zawodowej na stanowiskach kierowniczych; 
Kto te warunki spełnia - wszyscy wiemy… 
W treści ogłoszenia nie jest natomiast napisane, że kandydat powinien znać teatr...


poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Andrzej Jeziorek, Jacek Gawryszczak - coście zrobili?

Smutno 

Jak potraktować dzień, kiedy w południe dowiadujesz się, że rano umarł Twój serdeczny kumpel? A w 10 godzin później, że trzy dni wcześniej zmarł drugi? Parafrazując Marka Koterskiego – kwiecień, kurwa.
Dziś, 10 kwietnia, zmarł Andrzej Jeziorek. Operator, jakiś dyrektor w TVP, nie wiem jaki, bo zawsze był Jeziorem, a nie dyrektorem. Był kolegą. Piliśmy wódkę, graliśmy w karty, gadaliśmy o filmie i życiu prywatnym. I nikt nigdy nie będzie wiedział o czym. Tylko Monika Muszyńska wie. Bo to u niej zawsze. I już nigdy…
Napisałem na FB tak, jak zawsze z Andrzejem rozmawialiśmy: Jezior, coś Ty odpierdolił?!
Kilka godzin później, na czyimś wallu (FB) ktoś skomentował zasmucony, że jak to? Dopiero Jacek Gawryszczak, a teraz Jezior?
Przetarłem załzawione oczy. Jak to? Jednego dnia dowiaduję się o śmierci dwóch kolegów?
Jacek zmarł 3 dni wcześniej. Nie wiedziałem. Nie byliśmy tak blisko, jak z Andrzejem, ale Jacek na moich oczach rozpoczynał karierę i później pięknie ją rozwijał (był m.in. kierownikiem produkcji fabuł Piotrka Trzaskalskiego).
Nie wiem dziś kiedy będziemy ich żegnać. Nie umiem sobie poradzić z takimi faktami. Rozwalony jestem. Może później coś napiszę, przepraszam

piątek, 8 kwietnia 2016

Jazdy bez trzymanki ciąg dalszy drogą jakiśtam numer

Synkretyzm, pardonne moi



Na którym piętrze absurdu umieścił Jarry „Ubu króla”? Wydaje się, że na ostatnim. Spektakl przygotowany przez Waldemara Zawodzińskiego w Operze Śląskiej pokazuje, że na naszym piętrze. Straszne? Tak samo jak zabawne. I prawdziwe.
Najnowsza inscenizacja opery Krzysztofa Pendereckiego (napisanej 25 lat temu na zamówienie opery w Monachium i tam wówczas przyjętej dość chłodno) miała premierę w niedzielę 3 kwietnia. Szkoda, że nie pierwszego, może wówczas pomyślelibyśmy, że to żart? I byłoby łatwiej znieść, że sztubacka igraszka 15-letniego ucznia Alfreda Jarry’ego jest igraszką tylko…
W Bytomiu, podobnie jak w Sosnowcu, scena z maleńkiej stała się wielka. Za sprawą scenografa (też Zawodziński) i interpretacji. Nie umiem odpowiedzieć sobie na pytanie czy byłoby to możliwe, gdyby reżyserię i scenografię firmowali dwaj różni twórcy. Inscenizacja, reżyseria i scenografia w tym spektaklu są tak zjednoczone, jak „rozstrzelona” jest partytura Pendereckiego, który w „Ubu…” zabawił się w twórcze cytowanie. Bo co też tu mamy: rytmikę i instrumentację Kurta Weilla, wspartą energią Verdiowskiego Makbeta, spojrzenie w czeluść Wagnerowskiego Pierścienia, dalekie westchnienie Straussowskiego Rosenkavaliera … Na pewno jest parzyście, co znakomicie ujął prowadzący spektakl zza dyrygenckiego pulpitu Jurek Dybał (wróżę karierę). Dwóm orkiestrom (operowej i wojskowej, bytomskiej) nadał rytm i silny wyraz, nie zaniedbując jednocześnie pewnego rodzaju luzu, na jaki pozwala kompozytor.
Ten luz, w każdej postaci, wykorzystał Zawodziński i jego współpracownice: Janina Niesobska – pełna inwencji choreografia i Maria Balcerek, „ odjechanymi” kostiumami przydająca osobowości jednostkowym i zbiorowym bohaterom. Zawodziński scenograf doskonale wsłuchał się w intencje Zawodzińskiego reżysera, dając spójny, a zarazem szalony i „porozrzucany” obraz Polski. Miejsca, które jest wszędzie i nigdzie. Oraz Rosji, bo przecież „Die Russen kommen!” (vide „Siódemka”).  
Alfred Jarry napisał swój dramaturgiczny drobiazg ponad sto lat temu, a oglądając „Ubu…” na scenie trudno oprzeć się wrażeniu, że to dziełko współczesne, publicystyczno-plakatowe. Oczywiście przepuszczone przez wszelkie możliwe zapory absurdu (zostało to, co na sicie). I dziś, mając świadomość, że granice absurdu Jarry przekroczył, tym trudniej jest godzić się na to, że oto oglądamy na scenie ojczyznę naszą współczesną. 50 lat po Jarrym Gombrowicz w „Operetce” napisał: „I wtedy lokajstwo rzuciło się na państwa”. W swojej śmiałości nie miał jednak tego, co nastoletni Jarry: nie wymyślił, że reformując prawo zlikwiduje się sędziów, a dokonując zmian w finansach, ukatrupi ekonomistów. Ech… życie. Życie, coś przerosło kabaret.
Przedstawienie Zawodzińskiego ma w sobie coś, co pozwala mu się rymować z muzycznymi intencjami  Pendereckiego: jest zarazem migotliwe i konsekwentne, poważne i zabawne, uwodzicielskie i odrażające. Dawno na operowej scenie nie oglądałem tak doskonałego zjednoczenia muzyki z inscenizacją.
W sukurs muzyce (niełatwej przecież) i reżyserii przyszli, bez wyjątku, wszyscy wykonawcy: od baletu, poprzez chór, septet Ripli (tu Chamów) po postaci drugoplanowe (pyszna wokalnie i fizycznie Anna Wiśniewska-Schoppa) do tytułowego, potwornego bohatera i jego kuriozalnej małżonki. W roli tytułowej doskonale zaprezentował się Paweł Wunder (choć momentami widać było i słychać obciążenie, jakim była ta partia dla artysty, to ja tu grzechu nie widzę), zaś towarzysząca mu niemal w każdej scenie Królowa Ubu, w wykonaniu Anny Lubańskiej okazała się kreacją na miarę wszystkich dotychczasowych dokonań artystki.
Lubańską śledzę od początków jej kariery. Nigdy nie zdarzyło się, żeby cokolwiek odpuściła wokalnie (a głos ma piękny i technikę doskonałą), aktorsko zawsze starała się być correct. Ale tym razem, w roli Ubicy, przeszła samą siebie. Nienaganna wokalnie, dała obraz kuriozalnego zwyrodnienia, prezentując jednocześnie wdzięk skretyniałej, lecz cwanej maglarki, skrzyżowany z majestatem prymitywu. Nic dziwnego, że publiczność zawyła z zachwytu i uwielbienia, kiedy artystka skromnie kłaniała się, dziękując za przedstawienie. I nic dziwnego, że widzowie wstali, kiedy, już po przedstawieniu, na scenie pojawili się Zawodziński i Penderecki. Panowie chapeau bas. To była jazda bez trzymanki.  

PS. Bardzo podobał mi się program pod redakcją Alana Misiewicza
PS. Dobrze było tłuc się z Łodzi drogą numerjakiśtam do Sosnowca i Bytomia  


Fot. Tomasz Griessgraber/Opera Śląska 

środa, 6 kwietnia 2016

Pojechałem do Zagłębia i na Śląsk. Ależ był to pojechany weekend!

Szczerka szós polskich królowa

W sobotę Teatr Zagłębia. „Siódemka” Ziemowita Szczerka w reżyserii Remigiusza Brzyka w moim ukochanym Teatrze Zagłębia. Teatr Zagłębia jest mi specjalnie bliski z trzech powodów: moja macocha – Marta Kotowska - kilkanaście sezonów była tam aktorką. Drugi powód – mój ojciec – Jerzy Lenarciński – był zastępcą dyrektora – Jana Klemensa. Powód trzeci: Zbyszek Leraczyk (dziś dyrektor), Ewa Leśniak, Wojtek Leśniak, Ela Laskiewicz, Krysia Kępka, Basia i Jacek Medweccy, Elka Gorzycka, Ela Trojanowska, Grzesiek Górny, Adam Kopciuszewski, Andrzej Śleziak… Tyle nazwisk… I więcej…
No więc jadę krajową jakiśtamnumer z Łodzi do Sosnowca. Mam miejsce na widowni, bo Zbyszek Leraczyk mówi, że zawsze będę miał. I znów zasiadam na tej maleńkiej widowni i patrzę na tę maleńką scenę…
A ona tymczasem duża. Wielka. Powiększona o trzy rzędy i perspektywę Polski. I najpiękniejsza, i najbardziej chujowa (o czym w puencie).
Bohatera „Siódemki” Michał Kmiecik (dramaturgia) zamienił w kobietę. Bardzo słusznie. Kobieta dziś jest autorytetem w tatrze. I nie tylko. Autor napisał „Siódemkę” przed 25 października 2015. No, ale Alfred Jarry „Ubu Króla” też napisał wcześniej (a o tym będzie później). No więc pojechałem „Siódemką”. Od Krakowa do Warszawy.
No… nie jest fajnie. Nie jest komfortowo.
Jest kanciasto i chujowo.
Polska jest z „Wesela”, „Wyzwolenia”, trochę niby z „Dziadów”, a jakoby z „Między nami dobrze jest”, choć w istocie… jest chujowo. Tekst autora to powieść, albo raczej zbiór nowel. O bohaterach nie wiemy nic – są wyrwani z kontekstu. A zarazem tylko w kontekście osadzeni. Widzimy ich tylko w szczątkach sytuacji, świetnie przez Brzyka ustawionych, najbardziej nas od Polski oddalających. A może przybliżających? Jak chcecie to widzieć? Sosnowiecka widownia widziała jednoznacznie: śmiała się i klaskała. Bo gorzko było i nieśmiesznie.
W istocie ze sceny sypią się żarty, niczym plastikowe torebki (od skojarzeń z „American beauty” nigdy się już nie uwolnimy), które szaleją na wietrze. Pięknie jest, nostalgicznie, bałaganiarsko, uroczyście. Świętością jest wszystko i nic nią nie jest.
I tak prowadzi spektakl Brzyk osobą głównej bohaterki. Zahaczamy z nią o wszystko: tu w Polsce i gdziekolwiek indziej: o eliksiry (świetny zabieg dla uteatralnienia prozy i zbudowania metafory), a dzięki nim o wszystkie kompleksy i wojny nasze, o kpinę i puentę: „I chuj” – podsumowuje wszelkie wysiłki, ambicje i zamiary anonimowy bohater Polski. To wspaniały, zabawny spektakl, przepełniony zgorzknieniem i frustracją. Że się kłóci jedno z drugim? A co się dziś ze sobą nie kłóci?
Autor był zadowolony, reżyser na pewno też, widzowie zaś byli zachwyceni. A aktorzy? No cóż… kolejny raz sosnowiecki teatr udowodnił, że gra do jednej bramki to w jego przypadku gra zespołowa. I to dobra. A, że jedna Edyta Ostojak wysunięta jest na pierwszy plan? Nic nie szkodzi. To tylko wzmacnia. 
Remikowi Brzykowi i Michałowi Kmiecikowi dziękuję za zrobienie teatru. Aktorom, że pięknie to zagrali. Autorowi, za to, że wymyślił. A Zbyszkowi Leraczykowi za to, że zawsze mówi do mnie: w naszym teatrze masz zawsze miejsce. Zbyszku, dziękuję w dwójnasób. 

W niedzielę oglądałem „Króla Ubu” w Operze Śląskiej. Ale to osobny rozdział. Chociaż...