Fortuna kałem sie tuczy


piątek, 21 września 2018

43 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych

Nagrody przyznałem (hihihi) 



Jutro wieczorem jury ogłosi werdykt, a tu moje nagrody, i spekulacje na temat werdyktu. Mam sporo rozterek, jak nigdy wcześniej...

Pierwsza sprawa: pełnym dziełem filmowym jest dla mnie "Zimna wojna". Tak się z pewnością nie stanie, ale ja, poza Grand Prix przyznałbym temu filmowi również nagrody: za reżyserię, scenariusz, zdjęcia, scenografię, muzykę i za pierwszoplanowe role: kobiecą i męską.
Odrzucając jednak taką możliwość spróbuję kombinować...

Grand Prix - "Zimna wojna" uparcie jednak nie widzę konkurencji
Nagroda specjalna jury - "Kler" choć jury pewnie uzna, że "Twarz"
Reżyseria - Marek Koterski - "7 uczuć" albo Janusz Kondratiuk - "Jak pies z kotem"
Scenariusz - Marek Koterski - "7 uczuć"  albo Wojciech Smarzowski - "Kler"
Zdjęcia - Jacek Podgórski -  "Krew boga"
Debiut - Adrian Panek - "Wilkołak"
Scenografia - Zbigniew Dalecki, Paweł Jarzębski - "Kamerdyner"
Kostiumy - Małgorzata Braszka, Ewa Krauze, Małgorzata Gwiazdecka, Magdalena Bem, Izabela Stronias - "Kamerdyner"
Muzyka - uparcie nie widzę konkurencji - "Zimna wojna", bo muzyka jest tu jednym z bohaterów
A tu rozdaję hojnie, bo pięknych ról było wiele:
Pierwszoplanowa rola kobieca - jeśli uznać, że w "Zabawa zabawa" są 3 role pierwszoplanowe, to Dorota Kolak lub Gabriela Muskała w "Fudze" albo w "7 uczuciach", choć w tym filmie właściwie nie ma roli kobiecej pierwszoplanowej
Pierwszoplanowa rola męska - Olgierd Łukaszewicz - "Jak pies z kotem", (jeśli uznać, że w "Klerze" są 4 role pierwszoplanowe, to Janusz Gajos
Drugoplanowa rola kobieca - Gabriela Muskała w "7 uczuć" (jeśli uznać, że to rola drugoplanowa), Dorota Pomykała w "Autsajderze"
Drugoplanowa rola męska - Janusz Gajos w "Klerze" (jeśli uznać, że to rola drugoplanowa)/  Łukasz Simlat w "Fudze"
Gdyby była nagroda za nastrój, przyznałbym ją "Ułaskawieniu" Jana Jakuba Kolskiego

Na zdjęciu: Gabriela Muskała i Łukasz Simlat w filmie "Fuga"

czwartek, 20 września 2018

43 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych

"Eter", czyli dwa w jednym




Kinga Dębska, autorka filmu "Moje córki krowy", sięgnęła po temat alkoholizmu. Trzy bohaterki w różnym wieku to trzy osobne opowiadania połączone montażem w całość. Film jest raczej telewizyjny, tematu nie zgłębia, trochę moralizuje. Na uwagę zasługuje świetna rola Doroty Kolak. I już.
"Eter" to tytuł filmu Krzysztofa Zanussiego. Główny bohater jest lekarzem niebezpiecznie eksperymentującym z eterem. Niebezpiecznie dla siebie (ale ryzyko to jego napędowa siła) i innych. Trochę thriller w kostiumach sprzed I wojny światowej. Bohater, grany przez Jacka Poniedziałka, ma jeszcze jedno marzenie: nauka zmieni świat, potęga rozumu (w jego przypadku również umiejętność manipulacji) sprawi, że będzie umiał panować nad innymi. Film ma dwa finały, po których przychodzi... drugi film (z kolejnym finałem), w którym to suplemencie okazuje się, że pierwsza część była niby faustowska (pojawia się też i Małgorzata), a druga to dowód wprost na istnienie diabła. Artysta wie więcej...
Przedostatni dzień festiwalu przyniósł mi jeszcze "Wilkołaka" w reżyserii Adriana Panka. Jest to horror, ale dość specyficzny: jego bohaterami są dzieci oswobodzone po wyzwoleniu z obozu Gross-Rosen. Umieszczone w opuszczonym pałacu, dzieci bez dzieciństwa, próbują uczyć się życia w nowej rzeczywistości, co trudne również dlatego, że brakuje żywności i wody. Tymczasem jedną traumę zastępuje druga: pałac otaczają zdziczałe, wygłodniałe esesmańskie owczarki. Przyznam, że podczas projekcji miałem poczucie dyskomfortu: zastanawiałem się bowiem czy wykorzystanie tragedii dzieci jako tła do horroru, nie jest nadużyciem. Owszem, można zastanawiać się i znaleźć wartość dodaną (bo film płaski nie jest), jednak mimo wszystko mam wątpliwości. W ramach "rekompensaty" za trzy zakończenia "Eteru", "Wilkołak" zakończenia nie ma.

środa, 19 września 2018

43 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych

Półmetek


Tegoroczny festiwal przekroczył półmetek, a to znaczy, że większość filmów już za mną.Mogę zatem pokusić się o przypuszczenie, że to dobry festiwal. Już teraz widać, że więcej tu filmów dobrych (wśród nich są też bardzo dobre), niż słabych czy złych. Dziś zobejrzałem cztery tytuły. Kończąc wtorek "Klerem", środę zacząłem od "Krwi boga" w reżyserii Bartosza Konopki. Z XXI wieku przeniosłem się do wczesnego średniowiecza, na wyspę pogan podbijaną przez rycerza - biskupa, owszem chrześcijańskiego (może to nie jest doskonała terminologia, ale nie aspiruję do biegłości w tej dziedzinie). Film nie jest długi, ale trwa wieczność. W wymowie antychrześcijański, bo jednak nie antyreligijny. Prosty, a zarazem męczący w odbiorze. Rzecz dla koneserów kina, nie koniecznie tych najbardziej, że tak powiem, wytrawnych.
Później przyszedł czas na "Dziurę w głowie" i był to najtrudniejszy czas dzisiaj. Film podpisał Piotr Subbotko (reżyseria i scenariusz). Mamy tu mnogość tropów interpretacyjnych, dość jednak bałamutnie prowadzących do jednego punktu. Nie będę spojlerował, wytrwali (tacy, którzy lubią, kiedy kwadrans w kinie staje się wiecznością) przekonają się, że ten punkt to tylko fabuła... Pokładów głębi nie doszukałem się, choć czasu było dużo. Na osłodę: Bartłomiej Topa w zupełnie dobrej roli, którą precyzyjnie opracował.
Dzień osłodził mi Janusz Kondratiuk, który zrobił film o sobie, swoim bracie Andrzeju (a raczej o Andrzeju w rzeczywistości po udarze mózgu), swojej bratowej - Idze Cembrzyńskiej. Poruszający i mocny film o odchodzeniu, o umiejętności i nieumiejętności godzenia się z dramatyczną rzeczywistością. Film pełen humoru i głębokiej zadumy nad życiem, kreacją, rodzinnymi więzami. Trochę wiwisekcja. Przypuszczam (może będę nieprofesjonalny, ale to mój blog, a nie gazeta), że w sposób szczególny odbiorą go osoby, które bezpośrednio zetknęły się z odchodzeniem najbliższej osoby, dotkniętej udarem. Ja tak właśnie go odebrałem. Film mądry, zrobiony ręką mistrza. A do tego mamy w "Jak pies z kotem" piękne kreacje Aleksandry Koniecznej, Olgierda Łukaszewicza, Roberta Więckiewicza i Bożeny Stachury. Ukłony.
Na koniec "7 uczuć" Marka Koterskiego, reżysera, którego uwielbiam i znam osobiście od ponad 30 lat. Marek - Adaś Miauczyński - znów mierzy się ze swoim życiem (w moim odczuciu wszystkie filmy Koterskiego są autoportretem), tym razem na poziomie 5 klasy szkoły podstawowej. Wszystkie dzieci grane są przez ulubionych aktorów Marka, których znamy z jego wcześniejszych filmów. Adasia tym razem gra syn Marka - Michał, a zakochaną w nim dziewczynkę - żona Marka - Małgorzata Bogdańska. W obsadzie również Katarzyna Figura, Gabriela Muskała, Marcin Dorociński, Andrzej Chyra, Andrzej Mastalerz, Robert Więckiewicz, Maja Ostaszewska, Adam Woronowicz... Istna plejada gwiazd, dająca popis swoich umiejętności. Film jest dość zaskakujący, ma momenty porywające i chwile, kiedy autocytaty nie porywają. Czy będzie sukces porównywalny z "Dniem świra", "Nic śmiesznego" czy "Domem wariatów" - nie wiem. Wypowiedź jest jednak ważna, bo Koterski nie odzywa się, kiedy nie ma nic do powiedzenia.

wtorek, 18 września 2018

43 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych

Klarowny "Kler" 

Andrzej Jakimowski to solidny reżyser z doświadczeniem. Tym bardziej zaskakuje "Pewnego razu w listopadzie" - film, który, jak sądzę, w zamierzeniu miał być mocną wypowiedzią na temat odradzającego się w Polsce nazizmu. "Urozmaicenie" scenariusza (szytego grubą nicią) o wątki warszawskiej afery reprywatyzacyjnej oraz aluzje do zamordowania przez policjantów  Igora Stachowiaka we Wrocławiu już wytrącają równowagę, ale jeśli dodać do tego ckliwy wątek pieska, który staje się kontrapunktem całej opowieści, to szala drastycznie przechyla się na stronę banalnego kiczu.
Zamiast dramatycznego krzyku ostrzeżenia, mamy rodzajowe obrazki, a na koniec coś w rodzaju happy endu: piesek się znalazł i teraz wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. Przyznam, że jestem zbulwersowany tym, jak zmarnowano temat. Całości dopełniają złe efekty specjalne i komputerowe. Okazuje się również, że nawet Agata Kulesza nie jest w stanie stworzyć pełnokrwistej bohaterki na ekranie, gdy w scenariuszu postać jest papierowa.


Poza konkursem obejrzałem "Dywizjon 303". Kiedy Styka malował Matkę Boską ta mu się ukazała i rzekła: ty mnie Styka nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze. I realizatorzy "Dywizjonu" - idąc niejako na kompromis - dali portret polskich lotników odmalowany i na kolanach i dobrze. Nic więcej, nic mniej.
A skoro o Matce Boskiej: ta nie ukazuje się bohaterom "Kleru" Wojciecha Smarzowskiego. Bohaterowie tego filmu przed oczami mają karierę, wódkę, kochankę, nieoczekiwaną ciążę, molestowanie dzieci. 
Smarzowski, pokazując oblicze polskiego kleru, nie generalizuje: podchodzi do największego problemu kościoła katolickiego - pedofilii - poprzez pryzmat ludzkich ułomności i krzywd. Nie usprawiedliwia, ale też nie rzuca oskarżeniami na oślep. Jak przystało na artystę skupia się na człowieku i staje w obronie ofiar.
Wnikliwy widz dostrzeże aluzję, która wydaje się być najbardziej poważną diagnozą: struktura kościoła kojarzy się ze strukturą mafijną. Rządzą tu podobne mechanizmy: korupcja, szantaż, bezwzględność. Małe zło tworzy się na użytek obrony większego zła. Im wyższy poziom w hierarchii, tym ciężar gatunkowy zła większy. 
Sądzę, że ten film wywoła nowy rodzaj dyskusji o polskim kościele i kościele w ogóle. Dyskusji, która powinna trwać przez wiele kolejnych miesięcy, bo jest ona potrzebna. Dyskusji, która powinna być merytoryczna, choć zapewne nie unikająca emocji.
Nie jest to film w żadnej mierze plakatowy, choć wyraźnie jest to reakcja na społeczne zapotrzebowanie. I choć Smarzowski mówi otwartym tekstem, to robi to rozważnie, a jego argumenty są mocne. Tak mocne, jak odpowiedź kochanki księdza, kiedy ten pyta ją dlaczego nie zabezpieczyła się przed ciążą: "bo wiara mi nie pozwoliła".
Od strony formalnej film jest bez zarzutu: świetne zdjęcia, montaż, muzyka czy może sfera dźwięku, prowadzenie postaci. No i jeszcze znakomite kreacje aktorskie: Janusza Gajosa, Roberta Więckiewicza, Jacka Braciaka i Arkadiusza Jakubika. Zresztą sami Państwo ocenią: "Kler" wchodzi na ekrany kin już 28 września. 
I jeszcze jedna ważna sprawa: "Kler" to nie atak na wiarę, to obraz instytucji. Klarowny obraz.



W konkursie głównym pokazano dziś również komedię pt. "Juliusz". Nikt nie wytłumaczył dlaczego ten film znalazł się w konkursie, więc może dlatego nie zrozumiałem. Było bardziej żenująco, niż śmiesznie. 

43 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych

Bajon długo o Kaszubach 




Tegoroczny, 43 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych zainaugurowała uroczyście projekcja najnowszego filmu Filipa Bajona "Kamerdyner" - obok mnie siedział Jarosław Wałęsa, kandydat na prezydenta Gdańska - ale nie to wzbudziło w widzach emocje.
Filip Bajon powrócił do formy z czasów "Magnata", doskonale odnajdując się w epickiej opowieści o losie Kaszub, począwszy od roku 1900, na 1945 skończywszy. Dostaliśmy długi (dwie i pół godziny) film z piękną kreacją Anny Radwan i przemyślaną, konsekwentną drugoplanową rolą Marcela Sabata. Swoje "pięć minut" ma też tu świetny Łukasz Simlat. "Kamerdyner" to poruszająca opowieść o losie rodziny, wplecionej w koło trudnej historii. Opowieść o tym, że mimo wielu nauk, wciąż nie potrafimy wyciągać wniosków z doświadczeń. O tym, że przy każdym "zakręcie" historycznym dopuszczamy do utraty elit. Smutny i gorzki film z ambicjami: pouczenia ale nie moralizatorstwa. Na pewno warto iść do kina.
Nie zalecałbym tej fatygi w przypadku "Autsajdera": Adam Sikora zaliczył tu klasyczny wypadek przy pracy. Fabuła filmu, mimo opowiadania o trudnym okresie czasu wojennego, jest zbanalizowana, historia głównego bohatera (Łukasz Sikora stara się go uwiarygodnić) opowiedziana łopatologicznie i nader naiwnie. Powstał film telewizyjny, warsztatowo szkolny, formalnie archaiczny.
Interesującą pod każdym względem wydaje się być "Fuga" - film w reżyserii Agnieszki Smoczyńskiej wg. scenariusza Gabrieli Muskały, grającej główną rolę. To stricte festiwalowy film z pięknymi rolami Muskały i Łukasza Simlata (oboje na zdjęciu). Chociaż "piękne" to w tym kontekście nie jest właściwe słowo, bo obie role są zdecydowanie wstrząsające.  Opowieść o utracie tożsamości porusza i fascynuje. Jeszcze bardziej byłbym zachwycony, gdybym nie poznał pewnej, zawartej w scenariuszu, tajemnicy: widocznie największe wrażenie robią na mnie niedopowiedzenia. Sukcesu frekwencyjnego filmowi nie wróżę, ale nie na taki sukces obraz ten jest obliczony.
Wśród konkursowych, poniedziałkowych projekcji, pojawiła się też - obecna na ekranach - "Zimna wojna" Pawła Pawlikowskiego. Moim zdaniem to czarny koń tegorocznego festiwalu: polskie kino od lat nie miało tak głębokiej i wysmakowanej wypowiedzi, na dodatek ujętej w oszałamiającą formę. A do tego kreacje aktorskie Joanny Kulig, Tomasza Kota, Agaty Kuleszy i Borysa Szyca. Chyba nie jestem jedynym, który filmowi wróży deszcz nagród.
A we wtorek... zdecydowanie najgorętszy film tegorocznego festiwalu: "Kler" Wojciecha Smarzowskiego.