Fortuna kałem sie tuczy


poniedziałek, 20 grudnia 2010

Kochankowie z klasztoru - Teatr Wielki w Łodzi, Kopciuszek - Opera Narodowa w Warszawie

Piękne muzeum

Byłem, zobaczyłem. O "Kopciuszku" w Operze Narodowej napisałem tu. O "Kochankach z klasztoru Valldemosa" napiszę niebawem. Wiało grozą...
PS. Juz napisałem. Tutaj.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

PKP, TLK, Inter Regio

PKP są urocze

Życie wymaga ode mnie podróżowania. Nie narzekam za bardzo, ale kilka refleksji, że tak powiem, posiadłem.

Wczoraj np. o godz. 21.01 wsiadłem do pociągu TLK relacji Łódź Fabryczna – Warszawa Wschodnia. Na miejsce odjazdu udało mi sie przybyć z kilkunastominutowym wyprzedzeniem, co nie tylko pozwiliło mi stać przez kwadrans w smrodzie, błocie i wodzie przed kasą (nawet udało mi się kupić bilet), ale nawet zająć jedno z nielicznych miejsc siedzących. Po kilku minutach miejsc już nie było, byli za to stłoczeni jak sardynki pasażerowie.
Ci, którzy siedzieli, solidarnie z tymi, którzy stali, moczyli buty w błocie i narzekali na zmino. Ale i tak byli w lepszej sytuacji, bo siedzieli. W Koluszkach zauważyłem tablicę informującą, że pociąg jadący w przeciwnym kierunku ma opóźnienie 50 minut. Pomyślałem, że nasz pociąg czeka to samo, ale spotkała mnie niespodzianka: opóźnienie wyniosło niewiele ponad 10 minut (nawiasem mówiac, nie zdarzyło mi się jeszcze aby pociąg, którym na tej trasie podróżowałem, nie miał choć kilku minut spóźnienia). Jak na złe warunki – było wspaniale. A ponieważ podróż jest stosunkowo krótka (niespełna 2 godziny), to i nikt specjalnie nie narzekał na nieczynną toaletę i brud.
Ten pociąg był i tak o niebo lepszy, od składów, jakie proponuje swoim klientom Inter Regio. Ta spółka ma wyłącznie wagony II klasy i są to nieco podremontowane (ale nie zawsze) tak zwane jednostki. W latach 60. jeździły pomalowane na żółto i niebiesko, teraz mają sznyt szaro-czerwony. Te pociągi to prawdzie galery, przewożące ludzi w wagonach bydlęcych, rzadko z miękkimi siedzeniami, częściej (przynajmniej ja tak trafiam) z siedzeniami twardymi jak kamień lub obitymi ceratą: odklejanie się od niej jest przeżyciem niezapomnianym. Naturalnie w tych Inter Regio, żeby nie wiem jaką trasę pokonywały, nie ma wagonu barowego (o restauracyjny już nie wypada upominać się).
Ale i TLK mają swój urok: do Łodzi np. zwykle jedzie ośmio- dziewięciowagonowy skład. I obligatoryjnie bez tzw. Warsu. Ale juz np. z Warszawy do Krakowa wagon barowy jest. I trzy wagony drugiej oraz jeden pierwszej klasy. Wsiadam zazwyczaj na dworcu Wschodnim, więc siedzę. Pasażerowie dosiadający na Centralnym toczą walkę o miejsce wedle praw dżungli. Udaje się mniej więcej połowie podróżnych. Odliczając tych, którzy okupują Wars. I tu bywa najmniej przyjemnie, kiedy zamawia się u bufetowego jakies danie i... nie ma się miejsca, by je skonsumować (oczywiście danie, nie miejsce). Ani stojąc, ani tym bardziej siedząc. Obowiązuje niepisana umowa, że gość z jedzeniem może poprosić podróżnego siedzącego przy stoliku bez jedzenia, żeby mu ustąpił miejsce na czas posiłu. Nie będę opisywać spojrzeń, jakie posyła ten odrywany na chwilę od krzesełka. Nie mówiąc już o tym, jak czuje się ten, który targany wyrzutami sumienia przycupnął, by zjeść. Wszyscy natychmiast mają wrzody na żołądku. Tylko PKP nie mają. I w tym ich urok, prawda?

poniedziałek, 29 listopada 2010

Neurolog Danuta Gołębiewska

Bez tytułu
Wśród moich znajomych Czytelników bloga poszukuję osób znających panią doktor neurolog Danutę Gołębiewską (z Łodzi). Z góry dziękuję za pomoc.

piątek, 26 listopada 2010

I Międzynarodowy Festiwal Teatralny Klasyki Światowej. Łódź, Teatr im. Jaracza

Puściłem wodze 

Kiedy rozmawiałem z Wojciechem Nowickim i Waldemarem Zawodziński, dyrektorami łódzkiego Teatru im. Jaracza o festiwalu, który prezentowałby nowe odczytania klasyki, mierzyliśmy wysoko. I z dystansem. Jednak miało być międzynarodowe jury, nagrody za reżyserię (reinterpretację), nagrody za kreacje aktorskie. Przy okazji festiwalu miała być także wręczana nagroda za polskie tłumaczenie. Waldemerowi Zawodzińskiemu, który wymyślił, by powołać taką nagrodę do życia, szczególnie na niej zależało. Ba! Któż lepiej od reżysera potrafi docenić siłę i poezję słowa.A XXI wiek (i koniec XX) wymaga nowych przekładów: język bardzo zmienił się w ostatnich 20-30 latach.
Tymczasem nie ma jury, nie ma nagród, nie ma dreszczyku emocji. Szkoda. Przegląd się zrobił.Szkoda też, że nie udało mi sie zostać przy festiwalu, ale to osobny temat. Teraz, niestety, zajęcia nie pozwalają mi nawet w nim  uczestniczyć. Oglądałem jedynie inauguracyjny spektakl: „Panny z Wilka” w reżyserii Alvisa Hermanisa z Teatru w Bolonii. Formalnie przedstawienie pełne uroku, niestety, troszkę zimne, zakochane w sobie. Postaci kobiet rozkochanych w Wiktorze nie tworzą barwnego kalejdoskopu charakterów; są jak jedna, przejęta sobą kobieta. A nie tak jest u Iwaszkiewicza i nie o to chodzi w „Pannach...” by były takie same. Jakas niedoskonałość interpretacyjna wkradła się Hermanisowi.
Po przedstawieniu zamieniłem kilka słów ze Zdzisławem Jaskułą, dyrektorem Teatru Nowego w Łodzi. Wrażenia miał podobne, ale do formy odniósł się z lekkim dystansem. - Tak się kiedys robiła dla dzieci – powiedział. Pewnie, że tak. I to właśnie u Hermanisa podobało mi się najbardziej: metafora pojemna i wysmakowana, a zarazem dziecięca wrażliwość. Uwielbiam w teatrze puszczać wodze wyobraźni.

sobota, 20 listopada 2010

Prosta historia o miłości i łódzka prowincja

Paranoja

Chciałem dziś pójść do kina na debiutancki film Arkadiusza Jakubika "Prosta historia o miłości". Wczoraj była premiera. Dużo dobrego mówi się o tym filmie. Mam coś o nim napisać.
Od wczoraj jestem w Łodzi, zatem do którego kina wybrać się? No do żadnego, bo w mieście, gdzie wszyscy kandydaci na radnych i prezydentów walczą o miasto, miasto nieoczekiwanie zamienia się w prowincję. Europejska Stolica Kultury 2016 - no śmiechu warte.
W kinie Cinema City film grają, ale nie w Łodzi. Tak samo w Multikinie (w Łodzi się nazywa Silver Screen) - grają w Polsce, w Łodzi nie.
Nie grają filmu w "Bałtyku", nie grają też w "Poloni" - kinie Stowarzyszenia Filmowców Polskich. To już paranoja. Jedyne kino w Łodzi, mające "Prostą historię..." w repertuarze to kino Charlie. Gra go całe dwa razy dziennie. W sali maleńkiej, dusznej, z maciupeńkim ekranikiem i bardzo niewygodnej. Lepsze warunki do oglądania filmów panują w mojej kuchni. I dlatego może ugotuję obiad do jedzenia, żeby czuć się w Łodzi bardziej światowo.

wtorek, 16 listopada 2010

Janyst, prokuratura, korupcja, kultura i biznes oraz maski. Oto Łódź

Gwoli prawdy i sprawiedliwości


Szanowny Panie Redaktorze,
Drogi Panie Wojtku

Tak się złożyło, że dopiero dziś dotarłem do wydania Pana periodyku „Kultura i biznes” nr 54. A w nim przeczytałem artykuł autorstwa Janusza Janysta pt. „Maski kapituły”. Jestem zdumiony, że tak skandalicznie nierzetelny dziennikarsko tekst mógł ukazać się w Pana wydawnictwie. Nie będę jednak gołosłowny, w odróżnieniu od autora artykułu, i wyłuszczę tego tekstu słabości.
Po pierwsze: szczytem nierzetelności są dywagacje na temat tego co słuszne, a co nie słuszne. W Kapitule Złotych Masek odbywa się głosowanie nad każdą zgłoszoną kandydaturą. Dyskutowanie z demokratycznym wyborem kojarzy mi się z kopaniem się z koniem. O tym kto dostanie nagrodę, decyduje gremium większością głosów. Nic nie poradzę na frustracje pana Janysta, że się do niego nie zalicza (może decydowało także to, że żaden z członków, w przeciwieństwie do pana Janysta, podczas okolicznościowych bankietów, nie upycha kanapek po kieszeniach).
Po drugie. Pan Janyst pisze: „tylko niektóre decyzje kapituły bywają przez nią samą (zapewne w poczuciu popełnionego błędu) – ach ten jedyny sprawiedliwy – naprawiane. Doskonale pamiętam jak znakomitą kreację aktora Teatru Jaracza, nagrodzono nie od razu, lecz dopiero po roku, po następnym sezonie, gdy ów aktor zdążył już za swą rolę otrzymać należne laury na konkursie w innym ośrodku”. W którym sezonie? Jakiego aktora to dotyczy? Może operujmy konkretami.
Pan Janyst ubolewa dalej, że nie zostały dostrzeżone debiuty dyplomantów Wydziału Wokalno-Aktorskiego łódzkiej Akademii Muzycznej, której jest pracownikiem. A może były inne, bardziej wartościowe debiuty? Ale skąd pan Janyst ma o tym wiedzieć, skoro w teatrach dramatycznych bywa dramatycznie rzadko?
Dalej autor pozwala sobie na twierdzenie, że „systematycznie ignorowana jest muzyka”. Otóż bzdura, jakich mało. W każdym roku Kapituła rozpatruje tę kategorię. Nagród faktycznie nie ma co rok, ale… to nie wina kapituły.
Jednak zakompleksiony Janusz Janyst brnie dalej i pisze: „we wspomnianej grupce „arbitrów” ukształtowanej, zdaje się w dużym stopniu na zasadach towarzyskich – nie ma nikogo z wykształceniem muzycznym”. Pominę kwestię względów towarzyskich – faktycznie, nie każdy może zaliczać się do towarzystwa. Ale pisać o ludziach, którzy – jako jedyni w Łodzi – podjęli się trudu i zaszczytu oceniania twórczości artystycznej w tym mieście per „arbitrzy” jest – będę elegancki – prostackie. To jednak kwestia klasy autora i nie będę się nad nią zatrzymywał. Kłamstwem natomiast jest twierdzenie, że nie ma w Kapitule nikogo z wykształceniem muzycznym. I to pierwsze zdanie, za które Wydawcę, bądź autora, Kapituła może pozwać do sądu.
Pan Janyst dryfuje dalej, wedle rozmiarów własnej wyobraźni i pisze sobie: „w corocznych ocenach punktuje się zresztą tylko niektóre elementy teatralnych realizacji”. A skąd pan to wie, skoro pana tam nie ma?
Dalej pan Janyst duma nad tym, że nie w każdym sezonie Kapituła wręcza Czarne Maski. „Przecież zawsze w teatrach zdarza się coś fatalnego” - upomina się o karanie zespołów jedyny przebrany w szaty sprawiedliwego. A skąd pan Janyst to wie? Czyżby poznał regulamin Kapituły?
Pisze sobie pan Janyst jeszcze, że na łamach „Kultury i biznesu” sugerował Czarną Maskę dla Kazimierza Kowalskiego. Panie Janyst! Pan może sugerować różne rzeczy, tymczasem decyduje gremium, w którym pana nie ma. A dlaczego tak jest, wie pan doskonale i lepiej będzie, jeśli tego nie wyjawię.
Pan Janyst brnie jednak wytrwale w pragnieniu obdarowania Czarną Maską Teatru Wielkiego. Dlaczego? Bo nie pasuje mu Kazimierz Kowalski (kiedyś dyr. TW), jako reżyser „Hrabiny” Moniuszki. I Janyst wyjaśnia sobie: „Sprawa miała się dość szybko wyjaśnić: w rachubę wchodziły względy korupcyjne, jeden z należących do łódzkiego „salonu” recenzentów brał z Teatru Wielkiego, zarządzanego wówczas przez p. Kowalskiego, pieniądze (za co musiał się pożegnać z posadką w redakcji, ale w kapitule jest nadal)”.
I ta karczma Rzym się nazywa. Skoro komuś (komu?) jest zarzucana korupcja, to rozumiem, że autor (a już na pewno wydawca) zgłosił sprawę do prokuratury. Bo korupcja to kryminał jest. I jeszcze jedno: gdzie odwaga autora? Kim jest ten skorumpowany dziennikarz, który pożegnał się z posadką? Jeśli pan Janyst nie poda nazwiska skorumpowanego członka Kapituły (lub nie odwoła tego, co napisał) – jako jej założyciel i członek – będę musiał pozwać do sądu Wydawcę „Kultury i biznesu”, a więc Pana, Panie Redaktorze, Panie Wojtku.
A tak na marginesie: przykre, że w swoim piśmie publikuje Pan tak elementarnie słabiutkie wypociny pana Janysta. Mam jednak nadzieję, że wyjaśnienie pomówień znajdzie się na łamach odpowiednio szybko, i że nie będziemy musieli spotykać się w Sądzie. Pomijam już przykrość, jaką swoimi „analizami” sprawił autor tym, za którymi, rzekomo, ujmuje się, atakując tych, którzy od blisko 20 lat starają się w Łodzi promować kulturę. Jaki w tym biznes?
Łączę pozdrowienia i życzę sukcesów.
Michał Lenarciński

PS. List adresuję do profesjonalisty, dlatego nie przytaczam stosownych paragrafów i artykułów prawa prasowego, mając pewność, że nie ma takiej potrzeby.