Sprawiedliwości zadość
Od dawna miałem o tym napisać, ale wciąż wylatywało mi z głowy. Wstyd. Chodzi o fotografię, zamieszczoną jako „firmowa” tego bloga (blogu?). Zmobilizował mnie Przemek Klonowski, chociaż – bo nie wiedział – komplementował nie tę osobę, którą trzeba.
Otóż Przemo zauważył, że ten blog wyposażyłem w o wiele fajniejszą fotografię niż blog poprzedni oraz, że niby ja tutaj jakoś lepiej, w sensie, że wyglądam (wpisując się w poetykę Joli Jackowskiej).
Może to prawda, wszelako wątpię (fotografia, jak telewizja – kłamie), że na zdjęciu z tegorocznej zimy wyglądam młodziej, niż na zdjęciu z ubiegłorocznego lata. A właściwie jesieni 2007, a zatem to już trzy lata… Czas leci.
Zdjęcie zamieszczone na poprzednim blogu zrobił mi w redakcji „Dziennika Łódzkiego” Grześ Gałasiński swoim hiperprofesjonalnym fotoreporterskim aparatem wartości połowy dobrego auta. Zamieściłem je, ponieważ przez czas jakiś funkcjonowało w gazecie przy rozmaitych moich felietonach czy innych publicystycznych, że tak się wyrażę, utworach. Pomyślałem, że tak się będzie dobrze kojarzyć. I kojarzyło się. Grześ – dzięki.
Zdjęcie natomiast, którym okraszona jest strona tego bloga (blogu?) wykonała odręcznie moja przyjaciółka Karolina Sofulak, osobistym telefonem komórkowym, podczas prowadzonej przeze mnie próby w sali eksperymentalnej naszej krakowskiej PWSTeatralnej. Zwykle przy pianinie zasiadam inaczej, ale Karolajnie udało się „złapać” mnie w uwidocznionym momencie. I chociaż jakość nie jest doskonała, to wielką mam do tej foty sympatię. I wielu z Was ją podziela. Oczywiście są tacy, którzy uważają, że fota powinna być bardziej „wylaszczona”, ale ja myślę, że ta „lanserska” jest jak najbardziej OK. Jeśli ktoś z Was chciałby zabrać głos w sprawie – chętnie wysłucham. A Karolajnie za „wykon” bardzo dziękuję.
PS. Prowokuję Was do wpisywania komentarzy, bo uwielbiam je czytać :)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jackowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jackowska. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 20 lipca 2010
poniedziałek, 12 lipca 2010
Teatr Nowy im. Dejmka
Kompozycja ramowa (niestety)
Sezon w łódzkich teatrach nie należał do najlepszych. To, jak przyznaliśmy Złote Maski (no i jedną Czarną), pokazało jak rozkładają się siły łódzkiego teatru. Wszystkie najważniejsze nagrody „powędrowały” do Teatru im. Jaracza. Jedna antynagroda – Czarna Maska – wzbogaciła zbiory Teatru Nowego, puentując niejako sezon tej sceny.
Rzeczywiście można mówić o kompozycji ramowej, bo „Nowy” rozpoczął sezon od „Na dnie” Gorkiego w reżyserii Ireneusza Janiszewskiego oraz jego scenografii (wespół z autorką kostiumów Katarzyną Paciorek). Nie mogłem wyjść ze zdumienia jakim cudem Irek Janiszewski mógł tak wyreżyserować ten spektakl i tak zinterpretować tekst. Najpotworniejsze maniery teatralne XIX wieku miały, zdaje się, więcej polotu, niż to, co z trudem w kamieniu wykuli realizatorzy wraz z wtórującymi im aktorami. Jak już wcześniej napisałem, było to doświadczenie poniżające. Dla obu stron rampy.
Później nie było wiele lepiej. Od dna odbiła się jedynie realizacja „Transferu” Maksyma Kuroczkina w reżyserii Norberta Rakowskiego. O „Biedermannie i podpalaczach” Maxa Frischa nie pisałem wcześniej, więc i teraz skorzystam z okazji, i też nie napiszę, bo wierzę w chwilową niedyspozycję Krzysztofa Babickiego.
Mirka Marcheluk z jednej strony jest w luksusowej sytuacji: kontrakt pięcioletni chyba gwarantuje jej kształtowanie oblicza artystycznego sceny, ale z drugiej strony niebawem pewnie pojawi się nowy dyrektor naczelny. Ciekawe co wtedy?
Jestem pełen dobrych uczuć wobec Teatru Nowego, bo uważam, że po wszystkich przejściach, jakich doświadczył zespół, ludziom należą się choć trzy sezony pracy w absolutnym komforcie. Bez walk podjazdowych, zwolnień, stresów. Niech każdy ma okazję pokazać co ma najwartościowszego, niech ma chęć zabłysnąć. Jest jednak jeden problem, i ma go Mirka Marcheluk: staranny, nie asekurancki (raczej, rzekłbym wyzwolony, prowokujący), dobór repertuaru. Dobrze byłoby jeszcze skupić wokół teatru grono realizatorów, mających nie tylko warsztat, ale własne, wyraziste zdanie.
Na koniec życzę Teatrowi Nowemu pozłocenia maski w najbliższym sezonie. Myślę, że jest to jak najbardziej możliwe.
I jeszcze odrobina prywaty: chciałbym oglądać na obu scenach „Nowego” tych, których mi mało, a którzy znaczą dla tego teatru dużo: Mirkę Olbińską, Barbarę Dembińską, Jolkę Jackowską (nie tylko w jednym monodramie), Marka Cichuckiego, Dymka Hołówkę, i są jego nadzieją: Monikę Buchowiec, Bartka Turzyńskiego. Szkoda, że – chyba na zawsze – pożegnali się z Łodzią: Julek Chrząstowski, Błażej Peszek, Oskar Hamerski, Katarzyna Krzanowska, Anita Sokołowska…
Sezon w łódzkich teatrach nie należał do najlepszych. To, jak przyznaliśmy Złote Maski (no i jedną Czarną), pokazało jak rozkładają się siły łódzkiego teatru. Wszystkie najważniejsze nagrody „powędrowały” do Teatru im. Jaracza. Jedna antynagroda – Czarna Maska – wzbogaciła zbiory Teatru Nowego, puentując niejako sezon tej sceny.
Rzeczywiście można mówić o kompozycji ramowej, bo „Nowy” rozpoczął sezon od „Na dnie” Gorkiego w reżyserii Ireneusza Janiszewskiego oraz jego scenografii (wespół z autorką kostiumów Katarzyną Paciorek). Nie mogłem wyjść ze zdumienia jakim cudem Irek Janiszewski mógł tak wyreżyserować ten spektakl i tak zinterpretować tekst. Najpotworniejsze maniery teatralne XIX wieku miały, zdaje się, więcej polotu, niż to, co z trudem w kamieniu wykuli realizatorzy wraz z wtórującymi im aktorami. Jak już wcześniej napisałem, było to doświadczenie poniżające. Dla obu stron rampy.
Później nie było wiele lepiej. Od dna odbiła się jedynie realizacja „Transferu” Maksyma Kuroczkina w reżyserii Norberta Rakowskiego. O „Biedermannie i podpalaczach” Maxa Frischa nie pisałem wcześniej, więc i teraz skorzystam z okazji, i też nie napiszę, bo wierzę w chwilową niedyspozycję Krzysztofa Babickiego.
Mirka Marcheluk z jednej strony jest w luksusowej sytuacji: kontrakt pięcioletni chyba gwarantuje jej kształtowanie oblicza artystycznego sceny, ale z drugiej strony niebawem pewnie pojawi się nowy dyrektor naczelny. Ciekawe co wtedy?
Jestem pełen dobrych uczuć wobec Teatru Nowego, bo uważam, że po wszystkich przejściach, jakich doświadczył zespół, ludziom należą się choć trzy sezony pracy w absolutnym komforcie. Bez walk podjazdowych, zwolnień, stresów. Niech każdy ma okazję pokazać co ma najwartościowszego, niech ma chęć zabłysnąć. Jest jednak jeden problem, i ma go Mirka Marcheluk: staranny, nie asekurancki (raczej, rzekłbym wyzwolony, prowokujący), dobór repertuaru. Dobrze byłoby jeszcze skupić wokół teatru grono realizatorów, mających nie tylko warsztat, ale własne, wyraziste zdanie.
Na koniec życzę Teatrowi Nowemu pozłocenia maski w najbliższym sezonie. Myślę, że jest to jak najbardziej możliwe.
I jeszcze odrobina prywaty: chciałbym oglądać na obu scenach „Nowego” tych, których mi mało, a którzy znaczą dla tego teatru dużo: Mirkę Olbińską, Barbarę Dembińską, Jolkę Jackowską (nie tylko w jednym monodramie), Marka Cichuckiego, Dymka Hołówkę, i są jego nadzieją: Monikę Buchowiec, Bartka Turzyńskiego. Szkoda, że – chyba na zawsze – pożegnali się z Łodzią: Julek Chrząstowski, Błażej Peszek, Oskar Hamerski, Katarzyna Krzanowska, Anita Sokołowska…
Etykiety:
Buchowiec,
Cichucki,
Czarna Maska,
Dejmek,
Dembińska,
Hołówko,
Jackowska,
Marcheluk,
Norbert Rakowski,
Olbińska,
Teatr im. Jaracza,
Teatr Nowy,
Turzyński,
Złote Maski
Subskrybuj:
Posty (Atom)
