Fortuna kałem sie tuczy


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marek Szyjko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marek Szyjko. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 grudnia 2010

Kolejny zły pomysł Marka Szyjko w Teatrze Wielkim w Łodzi

Konina rzucał perły przed wieprze

Kilka dni temu, 18 grudnia, uczestniczyłem w premierze, co ja mówię, w światowej prapremierze opery Marty Ptaszyńskiej pt. "Kochankowie z klasztoru Valldemosa". I było to doświadczenie dojmujące.


Pomijam już błąd w tytule (nie ma klasztoru Valldemosa, jest klasztor w Valldemosie), ale nie pominę treści libretta. Głównymi bohaterami autor - Janusz Krasiński - uczynił Fryderyka Chopina i jego kochankę George Sand. A więc dwoje nie tylko znakomitych, ale znanych, popularnych i cenionych artystów pierwszej połowy XIX stulecia. Dziś pewnie widzielibyśmy ich w szeregach celebrytów, ale współcześni im podziwiali ich na salonach.

Co innego podziwiać salonowe pustosłowie, a co innego poznać charakter i temperament wielkich osobowości. No, niestety, nie to zainteresowało autora. Krasiński rozwodzi się w swym tekście nad opadami deszczu, słońcem, które świeci, kwiatami, które pachną i... nierogacizną, która płynie statkiem, podczas gdy rogacizna (koza) statkiem nie płynie, ma za to zostać unicestwiona. Że robię sobie żarty i kpię? Nic bardziej błędnego: mówię najzupełniej serio. W tej pseudooperze pojawia się tylko raz rodzaj arii w wymiarze szczątkowym, która traktuje o kozie. O kozie, którą kazano zabić po wyjeździe protagonistów z Majorki. Tekst "Nie zabijaj kozy, kozy nie" doczekał się w muzyce powtórzeń, długich fraz, a nawet w słowie "koza", na samogłosce "o" koloratury. Nieoczekiwanie doszło do autoparodii.

Rozbawienie wywołuje i libretto, i muzyka Marty Ptaszyńskiej, skąpana w umarłej 40 lat temu awangardzie lat 60. Ale taka jest Ptaszyńska i jej nieśmiertelny styl. Trzeba być kompletnie niezorientowanym we współczesnej muzyce, żeby zamawiać u tej artystki operę.

Ale czego wymagać od wołu ponad sztukę mięsa? Marek Szyjko od dwóch i pół roku kieruje Teatrem Wielkim w Łodzi i, jak dotąd, niczego nie dowiedział się o operze. Śmiać mi się chciało, kiedy – jako dyrektor zamawiający (wcześniej szczycił się tym, że zamówił ten utwór) – oklaskiwał kompozytorkę na premierze: był chyba jedynym, spośród widzów niemal całego amfiteatru.

Spektakl wyreżyserował, we własnej scenografii, Tomasz Konina. I muszę przyznać, że podziwiam go za ten czyn heroiczny, bo sam uciekałbym przed tą muzyka i librettem gdzie pieprz rosnie. Nie zaryzykuję wiele pisząc, że Konina rzucał perły (swojego talentu) przed wieprze ("talentów" kompozytorki i librecisty).

Tym wielkim nieporozumieniem, jakim są "Kochankowie z klasztoru Valldemosa", Teatr Wielki w Łodzi niechlubnie wpisał się w obchody 200-lecia urodzin Fryderyka Chopina. Niestety, Marek Szyjko zdążył już wszystkich przyzwyczaić do, delikatnie mówiąc, swej niezgrabności i nieudacznictwa. Gołosłowny nie będę, przykłady w następnym wpisie.

wtorek, 12 października 2010

Marek Szyjko dołuje Teatr Wielki w Łodzi

Teatr Wielki, czy Zamek Sinobrodego?

Niknie Teatr Wielki w Łodzi. Niknie w oczach. Marek Szyjko, zarządca teatru, aby odwrócić uwagę od klęski, wymyśla przebudowę gmachu (czytaj totalne zniszczenie wnętrz, które jego następca będzie pewnie przywracał do stanu pierwotnego) albo operowe karaoke.

Na szczęście nie byłem w teatrze na remizowej imprezie. Za to obejrzałem jej fragmenty w telewizji. O tym, że Teatr Wielki pan Szyjko zdegradował, wiadomo już od ponad roku. Ale to, co zobaczyłem w migawkach tv, przeszło najśmielsze oczekiwania.

Ja rozumiem, że można mieć ciągoty do prostactwa i rozrywki na najniższym poziomie, rozumiem, że można podziwiać ekspedientkę z mięsnego za to, że wyśpiewuje arie Turandot ale każda szmira ma swoją ojczyznę. Widowiska w rodzaju „Mam talent”, „Szansa na sukces”, przeznaczone dla amatorów, mają od lat swoje miejsce w stacjach telewizyjnych. Teatr Wielki jednak do zgoła odmiennego powołania został w trudzie i znoju przez robotników wzniesiony, a przez kunszt artystów uświetniony. Ale Marek Szyjko mierzy miarą przywiezioną wprost z prowincji (nie umniejszając Radomiowi), i z jego obliczeń wychodzi, że o teatrze trzeba mówić nawet byle jak, ale w teatrze nie trzeba pracować.
Opowieści Szyjki o imponujących premierach (i ich liczbie) mogą imponować tym, którzy Teatr Wielki znają z widzenia. Fakty są natomiast porażające. I nie trzeba wcale ich interpretować.

We wrześniu teatr dał jedną premierę (przeniesioną z ubiegłego sezonu) - „Damę pikową”. I trzy spektakle „Damy...” to cały repertuar wrześniowy teatru. Nie zagrano nic więcej.
W październiku miały być cztery tytuły operowe, ale z powodu żałoby będą tylko dwa. Prócz tego teatr zagra 5 spektakli baletowych, 3 operetkowe i jeden koncert chóru. Razem – 11 wieczorów własnej produkcji.
Na listopad pan Szyjko zaplanował rozpieścić widzów 5 spektaklami baletowymi, 2 operetkowymi i 3 operowymi (1 raz „Straszny Dwór” i 2 razy „Nabucco”). Razem 10 własnych spektakli.
Grudzień to już cudowności: 4 operetkowe spektakle, 2 baletowe, premiera „Kochanków z klasztoru Valdemosa” (ten tytuł zagrany ma być trzy razy), wieczór kolęd i wieczór sylwestrowy. Daje to razem 11 wieczorów własnych.
A ile oper jest w repertuarze Teatru Wielkiego? Otóż 11 (sic!) spektakli operowych w cztery miesiące to... sześć tytułów! A kiedyś w stałym repertuarze było 35 tytułów operowych. Ale to było źle, bo teraz wystarczy sześć oper i karaoke. Jak pisał Wojciech Młynarski:: „Ludzie to lubią, ludzie to kupią, byle na chama, byle śmiesznie, byle głupio”.
Skóra cierpnie.

wtorek, 24 sierpnia 2010

Wiśniewski, Swinarski i Teatr (nie) Wielki w Łodzi

Strzał w kolano


Zarządca Teatru Wielkiego w Łodzi, Marek Szyjko, od niemal dwóch lat obnosi się dumny jak paw, bo TW da prapremierę „Kochanków z klasztoru Valdemosa” – opery zamówionej u Marty Ptaszyńskiej z okazji 200-lecia urodzin Fryderyka Chopina.

Szyjko na wszystkich możliwych i niemożliwych nośnikach grzał się w blasku sławy Grzegorza Wiśniewskiego, którego udało mu się namówić na reżyserowanie tego dzieła.
Pierwotnie premierę zaplanowano na ubiegły sezon, ale nie udało się teatrowi jej zrealizować. Trzeba przyznać, że jednocześnie z czerwcowym, podany był termin wrześniowy (2010). Jednak i tego terminu teatrowi nie udało się dotrzymać. Premierę przełożono na październik, ostatnio – na grudzień.

Nieoczekiwanie kilka dni temu pan Szyjko podał nazwiska innych realizatorów, niż wcześniej zapowiadał. Reżyserować nie będzie już Wiśniewski, a Tomasz Konina (w TW w Łodzi widzieliśmy, jego interesujące realizacje m.in. „Adriany Lecouvreur”, „Makbeta”, „Kandyda” – niestety, ani jedna pozycja nie znajduje się w ubożuchnym repertuarze łódzkiej sceny), scenografia oczywiście także nie Wiśniewski, a Konina. No cóż…

Jest taka anegdota: znana aktorka Y spotyka na planie filmowym koleżankę X - inną wielką sławę. Wieczorem opowiada o zdarzeniu koleżankom w teatralnej garderobie: Ależ X się zestarzała! Aż miło popatrzeć!
Hm… Ależ się panu Szyjko nie udaje… Właśnie zrezygnował ze współpracy z tegorocznym (dziś ma być oficjalne ogłoszenie faktu) laureatem Nagrody Swinarskiego – najbardziej prestiżowej reżyserskiej nagrody w Polsce, przyznawanej przez krytyków miesięcznika „Teatr”.

niedziela, 22 sierpnia 2010

Teatr Wielki i Szyjko

Rewelacje pana Szyjki

Z trwogą czytam wywiad, jakiego GW udzielił Marek Szyjko, zarządca Teatru Wielkiego w Łodzi, nazywany jego dyrektorem.

Otóż okazuje się, że pan Szyjko, poza zrujnowaniem Teatru Wielkiego repertuarowym i osobowym, czego już dokonał, zamierza teraz zrujnować budynek. Wszystko jedno: piękny, czy brzydki, do rejestru zabytków wpisany, o czym stosowne tablice i akty prawne informują. Szyjko, trzymający teatr w swoich żelaznych rączkach chce pozostawić po sobie własny pomnik. Cóż ów pan ma do powiedzenia o budynku TW?

W planach jest też znacząca rekonstrukcja przestrzeni publicznych. Chcemy, by w obecnym miejscu głównej szatni powstała Scena Kameralna. Zupełnie inaczej też będziemy docierać do widowni Dużej Sceny. Po wejściu do teatru obecnymi schodami, dotrzemy na piętro do szatni, a stamtąd specjalnymi, zupełnie nowymi korytarzami do głównego foyer. Powstanie nowoczesny system zarządzania budynkiem, który znacząco usprawni jego funkcjonowanie, poprawi bezpieczeństwo i komfort przebywających w nim osób.
A może już czas, by w Urzędzie Marszałkowskim powstał nowoczesny system zarządzania panem Szyjko?

Teatr Wielki w Łodzi budowano kilkanaście lat, teraz może zostać  zniszczony w kilka miesięcy, bo jakiś nikomu bliżej nie znany pan ma potrzebę leczenia własnych kompleksów (?) Przerabianie teatru, o jakim bredzi Szyjko, jest niczym więcej, jak komunistyczną kpiną. Pamiętacie jak tzw. kwaterunek dzielił mieszkania na dwa lub trzy i wprowadzał właścicielom obcych lokatorów? Widać to Szyjki klimaty i w nich czuje się najlepiej. Nie ma to jak zreperować coś okręcając drutem i uszczelniając starym płaszczem. Jakoś te metody źle mi się kojarzą...

O innych rewelacjach pana Szyjki już wkrótce, bo jest ich - niestety - sporo.

czwartek, 8 lipca 2010

Teatr Wielki w Łodzi

           to nie Opera Łódź


Goszczącemu na tym blogu Bywalcowi Wielkiego (bardzo mi miło) jestem winien ten post. I od razu przepraszam, że piszę go z opóźnieniem. Mam nadzieję, że mi wybaczy, sporo ostatnio dzieje się, oj dzieje.


BW zapytał mnie dlaczego w Teatrze Wielkim taśma „mówi”: „Witamy w Operze Łódź”, a nie wita w Teatrze Wielkim?
Sarkastycznie można powiedzieć, że nie wita w Teatrze Wielkim, bo rozmiar już w tej chwili nie ten. Ale prawda jest inna.

Otóż Marek Szyjko, dyrektor Teatru Wielkiego, na początku łódzkiej kariery miał ochotę promować TW jako Operę Łódź właśnie. Obok starego logo teatru pojawiło się nowe: takie O z wpisanym ł. Nawet niebrzydkie, można je oglądać na stronie stronie internetowej teatru. Zmieniono też adres strony www Teatru Wielkiego i kilka innych sygnatur. Ale, nieoczekiwanie pojawiły się protesty, także w Urzędzie Marszałkowskim, któremu teatr podlega. Podobno interweniował sam marszałek Włodzimierz Fisiak, który – i słusznie – woli nazwę, jaką teatr nosi od dnia otwarcia, czyli od 19 stycznia 1967 roku.

Dyrektor Szyjko odstąpił więc od promowania nowej nazwy instytucji; poza wszystkim trochę było to śmieszne również z przyczyn formalnych: wszak w żadnym rejestrze instytucji kultury w Polsce nie figurował twór Opera Łódź. I też słusznie, bo warto szanować siłę tradycji.
Z jakich powodów głosy z taśmy wciąż witają widzów Teatru Wielkiego w nieistniejącej Operze Łódź – nie mam pojęcia. Może to niedopatrzenie, a może wiara dyrektora, że takie „przemycenie” ulubionej nazwy pozwoli mu wyjść z twarzą z niezręcznej sytuacji?

Mam nadzieję, że choć w części, wyjaśnienie to usatysfakcjonuje BW.