Fortuna kałem sie tuczy


Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kurzak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kurzak. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 21 czerwca 2010

Aleksandra Kurzak - Traviata w Operze Narodowej (recenzja)

Od kilku lat na polskiej scenie operowej w repertuarze belcanta prym wiedzie Joanna Woś. Artystka jest też dla wielu melomanów idealną odtwórczynią Violetty w „Traviacie” Verdiego. To, że Woś potrafi „zrobić” z głosem co chce, sprawia, że śpiewaczka ma na scenie, że tak powiem, wolną głowę do grania. Zatem i jej kreacje aktorskie są znakomite, pogłębione interpretacyjnie. Jako sympatyk Woś wybierałem się do Opery Narodowej na "Traviatę" Mariusza Trelińskiego z niedobrą, przyznaję, chęcią skonfrontowania Woś z Aleksandrą Kurzak. No i… konfrontowałem.


Aleksandra Kurzak dysponuje pięknym, nośnym głosem, techniką koloraturową na najwyższym poziomie, urodą, wdziękiem, aktorskim talentem. Violettę zagrała i zaśpiewała doskonale. A to przecież jej pierwsze spektakle tej opery. Jak będzie po kolejnych kilkunastu, kilkudziesięciu? Jestem przekonany, że równie imponująco, bo w chwili, gdy Kurzak „wśpiewa” partię, nie oprze się śpiewać całego przedstawienia tak, jak w sobotę zaśpiewała II akt: bawiąc się dźwiękami, głosem, cyzelując niuanse jakby „od niechcenia”.

W sobotę Aleksandrze Kurzak partnerował w roli Alfreda Francesco Demuro. O jego śpiewaniu nie sposób powiedzieć niczego złego: ładny, silny głos, wysoka kultura muzyczna, a do tego dobre aktorstwo. Oboje artyści raz po raz wzruszali publiczność, która w finale zrewanżowała im się owacją. Trzecim bohaterem sobotniego przedstawienia był Tadeusz Kozłowski, pod którego batutą orkiestra Opery Narodowej grała jak natchniona. To był piękny wieczór.

czwartek, 17 czerwca 2010

Traviata Trelińskiego, Violetta Aleksandry Kurzak

W sobotę obejrzę w Operze Narodowej „Traviatę” z Aleksandrą Kurzak w roli Violetty. Już nie mogę się doczekać. Spektakl poprowadzi Tadeusz Kozłowski – moim zdaniem najwybitniejszy współczesny dyrygent operowy.


„Traviatę” Mariusza Trelińskiego w ON widziałem tuż po premierze, oglądałem tzw. drugą obsadę. Nie pamiętam kto śpiewał Alfreda, dzięki czemu śpiewak może być mi teraz wdzięczny. Artysta męczył się z partią, brakowało mu wdzięku i nie wiem po co wykonał strettę, która nic do akcji nie wnosi, zatem śpiewa się ją tylko po to, by popisać się umiejętnościami i wysokim „c”. Ani się popisał, ani zaśpiewał górę.

Jak zawsze z klasą śpiewał Adam Kruszewski, ale tym razem zabrakło jakiejś iskry, która wyciągnęłaby postać z odrętwienia. Wydaje mi się, że w tej chwili w Polsce najwspanialszym Germontem jest Zenon Kowalski.

Violettę w tej obsadzie śpiewała Joanna Woś. Jeden z kolegów recenzentów (nie podam nazwiska) zauważył, że – cytuję z pamięci – przed tą młodziutką śpiewaczką międzynarodowa kariera. Jak się kogoś nie zna, to chociaż w wyszukiwarkę Google można wpisać i czegoś się dowiedzieć. Ta młodziutka artystka debiutowała blisko 25 lat temu w łódzkim Teatrze Wielkim jako Łucja w „Łucji z Lammermoor” Donizettiego (śpiewa zresztą tę partię, obok Violetty i Lukrecji Borgii w Operze Narodowej). A karierę, owszem, zrobiła.

Ale wracając do spektaklu. Woś Violettę w życiu zaśpiewała, chyba nie pomylę się, ze dwieście razy. Bawi się tą partią i rolą w każdej nowej inscenizacji. I u Mariusza Trelińskiego bawiła się znakomicie, kreując portret luksusowej dziwki o dość oryginalnych podnietach (Violetta występuje w kabarecie, a swój „numer” zaczyna od wyjścia z trumny) i romantycznym sercu. Ta Violetta nie jest naiwna. Ta Violetta zna życie, jego przede wszystkim gorzki smak i nic jej nie zaskakuje. No, może tylko miłość, której dawno już kazała zasnąć, a ta tymczasem niepokoi ją i próbuje wprowadzić nowy emocjonalny ład…Woś, jak na Woś przystało, dała doskonałą kreację wokalno-aktorską.

Popis kreatywności dali Mariusz Treliński i Boris Kudlicka (scenografia). Wysmakowane dekoracje Kudlicki raz po raz ożywiała maszyneria sceny, co było efektem wizualnym niezłym, ale akustycznym – okropnym. Silniki wózków scenicznych pracują tylko trochę subtelniej niż piły spalinowe. Ponadto w ostatniej scenie I aktu, gdy cała dekoracja „płynie” a po niej w miejscu drepce i potyka się Violetta wyśpiewując wielkie E’strano, nie umiałem dostatecznie skupić się na urodzie śpiewu. Trochę może to anachroniczne, ale wciąż wydaje mi się, że głos w operze jest najważniejszy…

Inscenizacja Trelińskiego stoi w niewielkiej, ale jednak, opozycji wobec libretta, bo kto dziś (akcja dzieje się współcześnie) miewa podobne dylematy moralne jak ojciec Alfreda? Ale może z drugiej strony ten właśnie kontrast pozwala wynieść dzieło poza ramy czasu?

Poza statycznym I obrazem II aktu (akcja rozgrywa się wokół basenu, nie wiedzieć czemu nie w nim, skoro już jest) spektakl ogląda się „jednym tchem”. A kiedy już opada kurtyna i artyści wychodzą do ukłonów, pozostaje bez odpowiedzi tylko jedno pytanie: dlaczego Violetta ukłonić się nie wychodzi z trumny? Byłoby to nie tylko zabawne.

Na koniec jeszcze jeden komplement dla orkiestry: „Traviatę” gra zjawiskowo.