Dyplomowana koleżanka
W sobotę, w Operze Bałtyckiej Karolina Sofulak - moja koleżanka z roku - zadebiutowała. W inscenizacji Marka Weissa wyreżyserowała "Traviatę" - swój spektakl dyplomowy. Zrobiła to jako pierwsza z naszej siódemki.
W Gdańsku, za sprawą tej premiery, poczułem się jak w... Łodzi. Na scenie w partii tytułowej - Joanna Woś, jako Germont - Zbignierw Macias, doktor - Andrzej Malinowski. Na scenie także Joanna Cortes (wiele lat w Łodzi, teraz w Warszawie), a za dyrygenckim pulpitem Jose Maria Florencio, którego poznałem w Łodzi jako rozpoczynającego karierę, by później podziwiać jego kunszt w Warszawie, Poznaniu, wreszcie teraz w Gdańsku, gdzie wspólnie z Markiem Weissem dyrektoruje Operą Bałtycką. Poczułem się jak w domu, naprawdę. Jaka szkoda, że tych wspaniałych artystów albo nie widzimy w Łodzi wcale, albo zbyt rzadko... Może z nową dyrekcją Teatru Wielkiego to się zmieni?
Spektakl oglądałem w towarzystwie pani reżyser i dwóch kolegów z roku: Jacka Mikołajczyka, który podarował mi prezent - swoją książkę o historii musicalu w Polsce "Musical nad Wisłą" i Łukasza Gajdzisa - podarował mi sympatyczną wymianę zdań. Z Krakowa na premierę przyjechał tylko prof. Józef Opalski zwany Żukiem. Z Łodzi Jacek Kubis.
A jakie było przedstawienie? Odwiedzcie Operę Bałtycką i pozwólcie porwać się wyobraźni twórców.
W tę samą sobotę w Teatrze Wielkim w Łodzi odbyła się premiera "Dydony i Eneasza" oraz "Zamku Sinobrodego". Kiedy będę miał okazję obejrzeć - jeszcze nie wiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karolina Sofulak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karolina Sofulak. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 7 marca 2011
wtorek, 1 marca 2011
Szyjko znika z Łodzi, Sofulak rulez, ale w Gdańsku
Karolina rulez
Karolina Sofulak, moja przyjaciółka, z jednego i tego samego roku studiów, jednocześnie debiutuje jako reżyser w operze i robi dyplom. „Traviatą” Verdiego w Operze Bałtyckiej. Reżyseruje w inscenizacji prof. Marka Weissa Grzesińskiego.
W obsadzie m.in.: Joanna Woś, Joanna Cortes, Zbigniew Macias, Andrzej Malinowski. A za dyrygenckim pulpitem Jose Maria Florencio. Wszyscy, jeśli nie teraz, to kiedyś w Łodzi. W „moim” Teatrze Wielkim, w którym nastał czas wietrzenia po dyrekcji niejakiego Szyjko. Kto wysprząta tę stajnię Augiasza? Oby dokładnie. Nie mogę się doczekać.
Karolina Sofulak, moja przyjaciółka, z jednego i tego samego roku studiów, jednocześnie debiutuje jako reżyser w operze i robi dyplom. „Traviatą” Verdiego w Operze Bałtyckiej. Reżyseruje w inscenizacji prof. Marka Weissa Grzesińskiego.
W obsadzie m.in.: Joanna Woś, Joanna Cortes, Zbigniew Macias, Andrzej Malinowski. A za dyrygenckim pulpitem Jose Maria Florencio. Wszyscy, jeśli nie teraz, to kiedyś w Łodzi. W „moim” Teatrze Wielkim, w którym nastał czas wietrzenia po dyrekcji niejakiego Szyjko. Kto wysprząta tę stajnię Augiasza? Oby dokładnie. Nie mogę się doczekać.
Etykiety:
Karolina Sofulak,
Łódź,
Opera Bałtyka,
Teatr Wielki,
Weiss Grzesiński,
Woś
czwartek, 26 sierpnia 2010
Sex, prochy i… dieta
Pożegnanie sezonu
Każda impreza zapowiada niezwykłości. Tym razem będzie faktycznie fascynująco. Mój przyjaciel Jacek M postanowił oczyścić organizm i nie będzie pił herbaty, nie poczuje też smaku kawy, nie mówiąc o rock and rollu, prochach itp. Chyba nie ślubował „od seksu”?) Oczywiście, jak mawia mój inny kolega – doskonale można bawić się bez alkoholu, tylko po co się tak męczyć.
Specjalnie dla Jacka przytargałem na wieś gar do gotowania na parze (gift Jacka K), zobaczymy, co z tego wyniknie.
Szczęśliwie Karolina nie ograniczy się, a i Pola (poza niejedzeniem mięsa) z pewnością nie będzie grzeszyła wstrzemięźliwością. Jacek K, jak sądzę, będzie jak zwykle duszą towarzystwa, ale zapowiada się i druga dusza, przyjaciel JK, zwany przez Karolinę Tonym Blairem. Weekend na wsi zapowiada się więc doskonale: pożegnamy lato. Niestety. Zastanawiam się, nad teleportacją w kierunku Wysp Kanaryjskich: tam lato twa cały rok. A mnie ostatnio permanentnie go brakuje (lata, nie roku). Chociaż ostatnio zaczynam tęsknić za sezonem. Nie jestem tylko pewien, czy za sezonem w Łodzi… Na pocieszenie i otarcie łez będzie, że tak powiem, tradycyjny kawior z kartoflami. I coś czystego w naczyniach kształem łudząco przypominającym kieliszki.
Każda impreza zapowiada niezwykłości. Tym razem będzie faktycznie fascynująco. Mój przyjaciel Jacek M postanowił oczyścić organizm i nie będzie pił herbaty, nie poczuje też smaku kawy, nie mówiąc o rock and rollu, prochach itp. Chyba nie ślubował „od seksu”?) Oczywiście, jak mawia mój inny kolega – doskonale można bawić się bez alkoholu, tylko po co się tak męczyć.
Specjalnie dla Jacka przytargałem na wieś gar do gotowania na parze (gift Jacka K), zobaczymy, co z tego wyniknie.
Szczęśliwie Karolina nie ograniczy się, a i Pola (poza niejedzeniem mięsa) z pewnością nie będzie grzeszyła wstrzemięźliwością. Jacek K, jak sądzę, będzie jak zwykle duszą towarzystwa, ale zapowiada się i druga dusza, przyjaciel JK, zwany przez Karolinę Tonym Blairem. Weekend na wsi zapowiada się więc doskonale: pożegnamy lato. Niestety. Zastanawiam się, nad teleportacją w kierunku Wysp Kanaryjskich: tam lato twa cały rok. A mnie ostatnio permanentnie go brakuje (lata, nie roku). Chociaż ostatnio zaczynam tęsknić za sezonem. Nie jestem tylko pewien, czy za sezonem w Łodzi… Na pocieszenie i otarcie łez będzie, że tak powiem, tradycyjny kawior z kartoflami. I coś czystego w naczyniach kształem łudząco przypominającym kieliszki.
Etykiety:
Jacek Kubis,
Jacek Mikołajczyk,
Karolina Sofulak,
Pola Sobaś,
Tony Blair
niedziela, 1 sierpnia 2010
PKP, Woś i Mozart
Życie jest piękne
Wczoraj wpadła na wieś Joasia Woś. Trochę poirytowana, bo prowadzi remont mieszkania, a sąsiad zajmujący strych nad jej lokum robi kupę w strop. Jakkolwiek jest to nieprawdopodobne, to tak samo szokujące. Sąsiadowi zlikwidowali zajęte przez niego nielegalnie pomieszczenie, w którym urządził toaletę. Hydraulika nie była tam idealna i przeciekało przez podłogę na sufit Woś. Sąsiad przytomnie zorganizował sobie więc toaletę bezpośrednio nad salonem Joanny. A ponieważ nie miał możliwości za pomocą rur podłączyć się do tak zwanego pionu, rurę wprowadził bezpośrednio w strop. No i kiedy, że tak powiem, defekował, to całość w ów strop spływała. A strop, jak strop, wodoszczelny nie jest, więc wszystko wpłynęło sufitem na podłogę koleżanki. Administracja jakoś nie pali się do poprawy sytuacji, a Woś dostaje apopleksji, czemu nie dziwię się właściwie.
Wieczorem odwiozłem Karolinę na dworzec kolejowy. Ostatni pociąg z Piotrkowa do Skierniewic o godz. 19.42. Punktualnie o tej godzinie głos z megafonu poinformował, że „pociąg przybędzie z opóźnieniem 60 minut. Opóźnienie może ulec zmianie”.
Przez myśl przebiegło kilka przekleństw. Co robić? Może kawa, coś zimnego? Na dworcu, prócz kasjerki, smrodu i brudu nic. W okolicy czynny jeden bar. Karolina chce colę. I jest.
-A ja poproszę małą kawę – uśmiecham się do zmęczonej pani.
- Ale ja już zamykam, więc kawy nie zrobię – odpowiada pani wyraźnie dbająca o klienta.
- Szkoda.
- Ale mogę panu zrobić kawę na wynos, w styropianowym kubku.
- To poproszę.
Usiąść nie ma gdzie, wracamy na peron. Kawa ohydna. Karolina wyjmuje laptop i… zaczynamy oglądać "I Don Giovanni"Saury. Fragmenty rewelacyjne. Opowiadam Karolinie o „Carmen”. Wchodzimy na youtube i oglądamy fragment z Antonio Gadesem i Cristiną Hoyos. Później filmik z tańczącą flamenco Hoyos na jakimś gigantycznym stadionie. I znów „I Don Giovanni”. Oglądamy też fragmenty kuriozalnej inscenizacji „Don Giovanniego” autorstwa Calixto Bieito. Ludzie jakoś dziwnie nam się przyglądają, zupełnie nie rozumiem dlaczego.
Jest 20.45. Głos z megafonu:
- Pociąg z Katowic do Warszawy przez Koluszki, Skierniewice zwiększył opóźnienie do 140 minut.
- I co teraz?
Karolina telefonuje do rodziców, którzy czekają już w Skierniewicach, by jechać do Sochaczewa. Wrócą do domu sami, my wracamy na wieś. Jeszcze tylko przebukujemy bilet na jutro. Idziemy do kasy.
- Proszę mi przebukować bilet na jutro.
- Nie mogę. Musi pani iść do dyżurnego ruchu, żeby zrobił adnotację na bilecie, że pociąg się spóźnił.
- A pani nie może? Przecież wie pani, że ten pociąg ma 140 minut opóźnienia.
- Wiem, ale nie mogę.
- Gdzie ten dyżurny?
- Wejście od drugiej strony budynku.
Idziemy kilka metrów, wchodzimy do obskurnego pomieszczenia. Dyżurna ruchu rozmawia przez telefon. Po dwóch minutach odkłada słuchawkę, zerka w naszą stronę i… wychodzi. Wodzimy za nią wzrokiem z lekka oszołomieni. Poszła do kasjerki, bo oba pomieszczenia są połączone. Wraca. Mówimy o co chodzi, pani bierze bilet i przystawia na nim kilka pieczątek, podpisuje się. Otwiera zeszyt i wypełnia jakieś rubryki. Podpisuje się.
- Teraz może pani iść do kasy odebrać pieniądze – mówi podając opieczętowany bilet.
- Ale ja chcę tylko zmienić datę na bilecie.
- Nie zmienia się daty. Pani odda ten bilet w kasie, a kasjerka odda pani pieniądze. I jak pani chce, to może sobie pani kupić bilet na jutro.
Wracamy do kasy. Kasjerka przystawia kolejne dwie pieczątki, podpisuje się, Karolina też musi się podpisać
- To chce pani bilet, czy zwrot pieniędzy?
- Bilet – mówi zdesperowana Karolina. Podziwiam jej odwagę ;)
Wracamy na wieś. Rano znów do Piotrkowa. Tym razem pociąg nie spóźnił się. Życie jest piękne.
Wczoraj wpadła na wieś Joasia Woś. Trochę poirytowana, bo prowadzi remont mieszkania, a sąsiad zajmujący strych nad jej lokum robi kupę w strop. Jakkolwiek jest to nieprawdopodobne, to tak samo szokujące. Sąsiadowi zlikwidowali zajęte przez niego nielegalnie pomieszczenie, w którym urządził toaletę. Hydraulika nie była tam idealna i przeciekało przez podłogę na sufit Woś. Sąsiad przytomnie zorganizował sobie więc toaletę bezpośrednio nad salonem Joanny. A ponieważ nie miał możliwości za pomocą rur podłączyć się do tak zwanego pionu, rurę wprowadził bezpośrednio w strop. No i kiedy, że tak powiem, defekował, to całość w ów strop spływała. A strop, jak strop, wodoszczelny nie jest, więc wszystko wpłynęło sufitem na podłogę koleżanki. Administracja jakoś nie pali się do poprawy sytuacji, a Woś dostaje apopleksji, czemu nie dziwię się właściwie.
Wieczorem odwiozłem Karolinę na dworzec kolejowy. Ostatni pociąg z Piotrkowa do Skierniewic o godz. 19.42. Punktualnie o tej godzinie głos z megafonu poinformował, że „pociąg przybędzie z opóźnieniem 60 minut. Opóźnienie może ulec zmianie”.
Przez myśl przebiegło kilka przekleństw. Co robić? Może kawa, coś zimnego? Na dworcu, prócz kasjerki, smrodu i brudu nic. W okolicy czynny jeden bar. Karolina chce colę. I jest.
-A ja poproszę małą kawę – uśmiecham się do zmęczonej pani.
- Ale ja już zamykam, więc kawy nie zrobię – odpowiada pani wyraźnie dbająca o klienta.
- Szkoda.
- Ale mogę panu zrobić kawę na wynos, w styropianowym kubku.
- To poproszę.
Usiąść nie ma gdzie, wracamy na peron. Kawa ohydna. Karolina wyjmuje laptop i… zaczynamy oglądać "I Don Giovanni"Saury. Fragmenty rewelacyjne. Opowiadam Karolinie o „Carmen”. Wchodzimy na youtube i oglądamy fragment z Antonio Gadesem i Cristiną Hoyos. Później filmik z tańczącą flamenco Hoyos na jakimś gigantycznym stadionie. I znów „I Don Giovanni”. Oglądamy też fragmenty kuriozalnej inscenizacji „Don Giovanniego” autorstwa Calixto Bieito. Ludzie jakoś dziwnie nam się przyglądają, zupełnie nie rozumiem dlaczego.
Jest 20.45. Głos z megafonu:
- Pociąg z Katowic do Warszawy przez Koluszki, Skierniewice zwiększył opóźnienie do 140 minut.
- I co teraz?
Karolina telefonuje do rodziców, którzy czekają już w Skierniewicach, by jechać do Sochaczewa. Wrócą do domu sami, my wracamy na wieś. Jeszcze tylko przebukujemy bilet na jutro. Idziemy do kasy.
- Proszę mi przebukować bilet na jutro.
- Nie mogę. Musi pani iść do dyżurnego ruchu, żeby zrobił adnotację na bilecie, że pociąg się spóźnił.
- A pani nie może? Przecież wie pani, że ten pociąg ma 140 minut opóźnienia.
- Wiem, ale nie mogę.
- Gdzie ten dyżurny?
- Wejście od drugiej strony budynku.
Idziemy kilka metrów, wchodzimy do obskurnego pomieszczenia. Dyżurna ruchu rozmawia przez telefon. Po dwóch minutach odkłada słuchawkę, zerka w naszą stronę i… wychodzi. Wodzimy za nią wzrokiem z lekka oszołomieni. Poszła do kasjerki, bo oba pomieszczenia są połączone. Wraca. Mówimy o co chodzi, pani bierze bilet i przystawia na nim kilka pieczątek, podpisuje się. Otwiera zeszyt i wypełnia jakieś rubryki. Podpisuje się.
- Teraz może pani iść do kasy odebrać pieniądze – mówi podając opieczętowany bilet.
- Ale ja chcę tylko zmienić datę na bilecie.
- Nie zmienia się daty. Pani odda ten bilet w kasie, a kasjerka odda pani pieniądze. I jak pani chce, to może sobie pani kupić bilet na jutro.
Wracamy do kasy. Kasjerka przystawia kolejne dwie pieczątki, podpisuje się, Karolina też musi się podpisać
- To chce pani bilet, czy zwrot pieniędzy?
- Bilet – mówi zdesperowana Karolina. Podziwiam jej odwagę ;)
Wracamy na wieś. Rano znów do Piotrkowa. Tym razem pociąg nie spóźnił się. Życie jest piękne.
piątek, 30 lipca 2010
Teresin - Nowy Jork – Berlin – Mediolan
Rozjazdy
Pada deszcz, trawa mokra, kosić nie można. A już za wysoka. Generalnie jednak ogród ma się dobrze. Wieczorem, wraz z przyjazdem przyjaciół, zacznie się weekend. Skład nieco mniejszy, bo poza Karoliną S, Marcinem i Markiem, pojawi się Joanna W. Niestety, nie będzie Poli S, Jacka M i Jacka K. K bawi w Bydgoszczy, A JM i PS nie zdążyli się spakować: w poniedziałek lecą (przez Reykjavik?) do NYC. Zazdroszczę im, bo zakochany jestem w klimacie Nowego Jorku, chociaż może nie całego NYC, a Manhattanu. No, ale oni właśnie tam będą rezydować przez dwa tygodnie. Kupili jakąś kosmiczną liczbę biletów na spektakle musicalowe i dramatyczne. I tu małe schadenfreude: nie pójdą do Metropolitan Opera House - przerwa wakacyjna.
A mówiąc serio, to szkoda, że jakoś tak się ostatnio składa, że w trakcie sezonu nie udaje się (z rozmaitych zresztą przyczyn) polecieć do NYC choćby na kilka dni, żeby z ostatniego balkonu popatrzeć na tamtejsze realizacje. Pociechą pozostaje Berlin. Daliśmy sobie zadanie, aby każdy ułożył własny repertuar kilkudniowego pobytu w B, uwzględniający wizyty w trzech operach, teatrach dramatycznych (chociaż w jednym), filharmonii i w galeriach. Ciekawe jaki ostatecznie zawrzemy kompromis i kiedy pojedziemy. Na pewno będzie to wrzesień/październik. Mediolan i Rzym trzeba zostawić na wiosnę. I dobrze.
Pada deszcz, trawa mokra, kosić nie można. A już za wysoka. Generalnie jednak ogród ma się dobrze. Wieczorem, wraz z przyjazdem przyjaciół, zacznie się weekend. Skład nieco mniejszy, bo poza Karoliną S, Marcinem i Markiem, pojawi się Joanna W. Niestety, nie będzie Poli S, Jacka M i Jacka K. K bawi w Bydgoszczy, A JM i PS nie zdążyli się spakować: w poniedziałek lecą (przez Reykjavik?) do NYC. Zazdroszczę im, bo zakochany jestem w klimacie Nowego Jorku, chociaż może nie całego NYC, a Manhattanu. No, ale oni właśnie tam będą rezydować przez dwa tygodnie. Kupili jakąś kosmiczną liczbę biletów na spektakle musicalowe i dramatyczne. I tu małe schadenfreude: nie pójdą do Metropolitan Opera House - przerwa wakacyjna.
A mówiąc serio, to szkoda, że jakoś tak się ostatnio składa, że w trakcie sezonu nie udaje się (z rozmaitych zresztą przyczyn) polecieć do NYC choćby na kilka dni, żeby z ostatniego balkonu popatrzeć na tamtejsze realizacje. Pociechą pozostaje Berlin. Daliśmy sobie zadanie, aby każdy ułożył własny repertuar kilkudniowego pobytu w B, uwzględniający wizyty w trzech operach, teatrach dramatycznych (chociaż w jednym), filharmonii i w galeriach. Ciekawe jaki ostatecznie zawrzemy kompromis i kiedy pojedziemy. Na pewno będzie to wrzesień/październik. Mediolan i Rzym trzeba zostawić na wiosnę. I dobrze.
Etykiety:
Jacek Kubis,
Jacek Mikołajczyk,
Karolina Sofulak,
Pola Sobaś,
Woś
wtorek, 20 lipca 2010
Copyright: Karolajna
Sprawiedliwości zadość
Od dawna miałem o tym napisać, ale wciąż wylatywało mi z głowy. Wstyd. Chodzi o fotografię, zamieszczoną jako „firmowa” tego bloga (blogu?). Zmobilizował mnie Przemek Klonowski, chociaż – bo nie wiedział – komplementował nie tę osobę, którą trzeba.
Otóż Przemo zauważył, że ten blog wyposażyłem w o wiele fajniejszą fotografię niż blog poprzedni oraz, że niby ja tutaj jakoś lepiej, w sensie, że wyglądam (wpisując się w poetykę Joli Jackowskiej).
Może to prawda, wszelako wątpię (fotografia, jak telewizja – kłamie), że na zdjęciu z tegorocznej zimy wyglądam młodziej, niż na zdjęciu z ubiegłorocznego lata. A właściwie jesieni 2007, a zatem to już trzy lata… Czas leci.
Zdjęcie zamieszczone na poprzednim blogu zrobił mi w redakcji „Dziennika Łódzkiego” Grześ Gałasiński swoim hiperprofesjonalnym fotoreporterskim aparatem wartości połowy dobrego auta. Zamieściłem je, ponieważ przez czas jakiś funkcjonowało w gazecie przy rozmaitych moich felietonach czy innych publicystycznych, że tak się wyrażę, utworach. Pomyślałem, że tak się będzie dobrze kojarzyć. I kojarzyło się. Grześ – dzięki.
Zdjęcie natomiast, którym okraszona jest strona tego bloga (blogu?) wykonała odręcznie moja przyjaciółka Karolina Sofulak, osobistym telefonem komórkowym, podczas prowadzonej przeze mnie próby w sali eksperymentalnej naszej krakowskiej PWSTeatralnej. Zwykle przy pianinie zasiadam inaczej, ale Karolajnie udało się „złapać” mnie w uwidocznionym momencie. I chociaż jakość nie jest doskonała, to wielką mam do tej foty sympatię. I wielu z Was ją podziela. Oczywiście są tacy, którzy uważają, że fota powinna być bardziej „wylaszczona”, ale ja myślę, że ta „lanserska” jest jak najbardziej OK. Jeśli ktoś z Was chciałby zabrać głos w sprawie – chętnie wysłucham. A Karolajnie za „wykon” bardzo dziękuję.
PS. Prowokuję Was do wpisywania komentarzy, bo uwielbiam je czytać :)
Od dawna miałem o tym napisać, ale wciąż wylatywało mi z głowy. Wstyd. Chodzi o fotografię, zamieszczoną jako „firmowa” tego bloga (blogu?). Zmobilizował mnie Przemek Klonowski, chociaż – bo nie wiedział – komplementował nie tę osobę, którą trzeba.
Otóż Przemo zauważył, że ten blog wyposażyłem w o wiele fajniejszą fotografię niż blog poprzedni oraz, że niby ja tutaj jakoś lepiej, w sensie, że wyglądam (wpisując się w poetykę Joli Jackowskiej).
Może to prawda, wszelako wątpię (fotografia, jak telewizja – kłamie), że na zdjęciu z tegorocznej zimy wyglądam młodziej, niż na zdjęciu z ubiegłorocznego lata. A właściwie jesieni 2007, a zatem to już trzy lata… Czas leci.
Zdjęcie zamieszczone na poprzednim blogu zrobił mi w redakcji „Dziennika Łódzkiego” Grześ Gałasiński swoim hiperprofesjonalnym fotoreporterskim aparatem wartości połowy dobrego auta. Zamieściłem je, ponieważ przez czas jakiś funkcjonowało w gazecie przy rozmaitych moich felietonach czy innych publicystycznych, że tak się wyrażę, utworach. Pomyślałem, że tak się będzie dobrze kojarzyć. I kojarzyło się. Grześ – dzięki.
Zdjęcie natomiast, którym okraszona jest strona tego bloga (blogu?) wykonała odręcznie moja przyjaciółka Karolina Sofulak, osobistym telefonem komórkowym, podczas prowadzonej przeze mnie próby w sali eksperymentalnej naszej krakowskiej PWSTeatralnej. Zwykle przy pianinie zasiadam inaczej, ale Karolajnie udało się „złapać” mnie w uwidocznionym momencie. I chociaż jakość nie jest doskonała, to wielką mam do tej foty sympatię. I wielu z Was ją podziela. Oczywiście są tacy, którzy uważają, że fota powinna być bardziej „wylaszczona”, ale ja myślę, że ta „lanserska” jest jak najbardziej OK. Jeśli ktoś z Was chciałby zabrać głos w sprawie – chętnie wysłucham. A Karolajnie za „wykon” bardzo dziękuję.
PS. Prowokuję Was do wpisywania komentarzy, bo uwielbiam je czytać :)
Etykiety:
Grześ Gałasiński,
Jackowska,
Karolina Sofulak,
Przemek Klonowski,
PWST
poniedziałek, 19 lipca 2010
Policyjnie poszukiwany nadal…
Po raju i Okęciu
Miało być tak pięknie, a wyszło, jak zwykle. Późnym niedzielnym popołudniem, kiedy to jeszcze pławiłem się w rozkoszach gościnności Karoliny i jej rodziców, dowiedziałem się, że moi koledzy, których miałem odebrać z Okęcia o dziewiątej wieczorem przylecą o godz. piątej rano.
Zatem zamiast z raju na lotnisko, pojechaliśmy do Karoliny, do Warszawy. Podróż makabryczna, bo w Błoniu utkwiliśmy w korku, który ciągnął się aż do Warszawy. Szczęśliwie, i ku mojemu wielkiemu zdumieniu, moja przyjaciółka wiedziała jak pojechać inną, nie zatłoczoną drogą. Pojechaliśmy. Czy odległość 50 km pokonana w półtorej godziny to sukces polskich dróg?
U Karoliny szybkie spanie. Ale nie jest łatwo zasnąć przed północą, gdy wstało się przed południem… Doprawdy, nie ma nic przyjemniejszego, jak pobudka o czwartej rano, kiedy zasnęło się około drugiej. Szczęśliwie samolot z Jackiem K i jego kumplem nie spóźnił się. Panowie zachwycali się dzisiejszą pochmurną i deszczową pogodą oraz temperaturą. Ja też.
A po powrocie do domu… W puszce na listy wezwanie na komisariat policji (no bo przecież ja poszukiwany jestem). Mam się stawić… 8 lipca. Tego roku. Ponieważ mi się to nie uda jednak, ciągu dalszego sagi policyjnej spodziewać się możemy.
I jeszcze jedno, ważne. Dziękuję Elżbiecie i Krzysztofowi – rodzicom Karoliny, i Karolinie oczywiście, za obłędne przyjęcie i bezmiar poświęcenia tudzież cierpliwości. Dziękuję też Jackowi K, za postawę, że tak powiem, lotniskową. I nie tylko.
Miało być tak pięknie, a wyszło, jak zwykle. Późnym niedzielnym popołudniem, kiedy to jeszcze pławiłem się w rozkoszach gościnności Karoliny i jej rodziców, dowiedziałem się, że moi koledzy, których miałem odebrać z Okęcia o dziewiątej wieczorem przylecą o godz. piątej rano.
Zatem zamiast z raju na lotnisko, pojechaliśmy do Karoliny, do Warszawy. Podróż makabryczna, bo w Błoniu utkwiliśmy w korku, który ciągnął się aż do Warszawy. Szczęśliwie, i ku mojemu wielkiemu zdumieniu, moja przyjaciółka wiedziała jak pojechać inną, nie zatłoczoną drogą. Pojechaliśmy. Czy odległość 50 km pokonana w półtorej godziny to sukces polskich dróg?
U Karoliny szybkie spanie. Ale nie jest łatwo zasnąć przed północą, gdy wstało się przed południem… Doprawdy, nie ma nic przyjemniejszego, jak pobudka o czwartej rano, kiedy zasnęło się około drugiej. Szczęśliwie samolot z Jackiem K i jego kumplem nie spóźnił się. Panowie zachwycali się dzisiejszą pochmurną i deszczową pogodą oraz temperaturą. Ja też.
A po powrocie do domu… W puszce na listy wezwanie na komisariat policji (no bo przecież ja poszukiwany jestem). Mam się stawić… 8 lipca. Tego roku. Ponieważ mi się to nie uda jednak, ciągu dalszego sagi policyjnej spodziewać się możemy.
I jeszcze jedno, ważne. Dziękuję Elżbiecie i Krzysztofowi – rodzicom Karoliny, i Karolinie oczywiście, za obłędne przyjęcie i bezmiar poświęcenia tudzież cierpliwości. Dziękuję też Jackowi K, za postawę, że tak powiem, lotniskową. I nie tylko.
sobota, 17 lipca 2010
Weekend w raju
Gdzie jest Pola?
To pytanie rozbrzmiewało w środku nocy po wielokroć.
- Pola! Pola! Darli się wszyscy: Elżbieta, Krzysztof – rodzice Karoliny, sama Karolina Jacek M, ja, a nawet zbudzona naszymi krzykami babcia.
Poli jednak nigdzie nie było. Siedzieliśmy w ogrodzie przy pieczonych mięsach, bakłażanach, łososiach, sałatkach. Nie będę zakłamany, piliśmy piwo, wino, a nawet wódkę. Bawiliśmy się doskonale, Karolina opowiadała jak było „u nas” w Anglii i swoje operowe przygody z Glyndebourne i Londynu, Jacek opowiadał o swoich wizytach teatralnych na West End i imaginował na temat sierpniowych podbojów Broadway’u (bo za chwilę lecą do NYC), ba, nawet komunikował się z nami Jacek K, donosząc w bezpośredniej transmisji wydarzenia z Tunezji. Ja nie opowiadałem o niczym, bo jakoś ostatnio niewiele mam do powiedzenia. Prowincjonalny jakiś się robię. Tymczasem Pola dokonała aktu teleportacji?
- Pola! Pola! Krzyczeliśmy chodząc po lesie, krzakach i zaułkach. Przeczesaliśmy teren, Karolina, Krzysztof i Jacek wyposażeni w latarkę, Elżbieta i ja przyświecaliśmy sobie telefonem komórkowych i prowadziliśmy ożywioną dyskusję. Aż tu nagle… Pola. W kąciku. W siadzie prostym o mur wsparta. I zupełnie zaspana.
- Jest Pola, znaleźliśmy ją – powiadomiliśmy resztę uradowani.
- A o co chodzi? Dlaczego tu jesteście – zapytała Pola zdziwiona jak najbardziej serio, acz z błąkającym się po licu uśmiechem.
Nie wiedzieć czemu Jacek się nie uśmiechał. Ale też Poli nie zabił, o co przez chwilę go podejrzewałem. Po pacyfikacji Poli kontynuowaliśmy panelowe dyskusje wielotorowe, a nawet wysyłaliśmy z Karoliną smsy do Tunezji. Rano było bardzo wesoło, kiedy próbowaliśmy je odczytać.
Po południu przyjeżdża Przemek. Ciekawe, co będziemy robili wieczorem?
To pytanie rozbrzmiewało w środku nocy po wielokroć.
- Pola! Pola! Darli się wszyscy: Elżbieta, Krzysztof – rodzice Karoliny, sama Karolina Jacek M, ja, a nawet zbudzona naszymi krzykami babcia.
Poli jednak nigdzie nie było. Siedzieliśmy w ogrodzie przy pieczonych mięsach, bakłażanach, łososiach, sałatkach. Nie będę zakłamany, piliśmy piwo, wino, a nawet wódkę. Bawiliśmy się doskonale, Karolina opowiadała jak było „u nas” w Anglii i swoje operowe przygody z Glyndebourne i Londynu, Jacek opowiadał o swoich wizytach teatralnych na West End i imaginował na temat sierpniowych podbojów Broadway’u (bo za chwilę lecą do NYC), ba, nawet komunikował się z nami Jacek K, donosząc w bezpośredniej transmisji wydarzenia z Tunezji. Ja nie opowiadałem o niczym, bo jakoś ostatnio niewiele mam do powiedzenia. Prowincjonalny jakiś się robię. Tymczasem Pola dokonała aktu teleportacji?
- Pola! Pola! Krzyczeliśmy chodząc po lesie, krzakach i zaułkach. Przeczesaliśmy teren, Karolina, Krzysztof i Jacek wyposażeni w latarkę, Elżbieta i ja przyświecaliśmy sobie telefonem komórkowych i prowadziliśmy ożywioną dyskusję. Aż tu nagle… Pola. W kąciku. W siadzie prostym o mur wsparta. I zupełnie zaspana.
- Jest Pola, znaleźliśmy ją – powiadomiliśmy resztę uradowani.
- A o co chodzi? Dlaczego tu jesteście – zapytała Pola zdziwiona jak najbardziej serio, acz z błąkającym się po licu uśmiechem.
Nie wiedzieć czemu Jacek się nie uśmiechał. Ale też Poli nie zabił, o co przez chwilę go podejrzewałem. Po pacyfikacji Poli kontynuowaliśmy panelowe dyskusje wielotorowe, a nawet wysyłaliśmy z Karoliną smsy do Tunezji. Rano było bardzo wesoło, kiedy próbowaliśmy je odczytać.
Po południu przyjeżdża Przemek. Ciekawe, co będziemy robili wieczorem?
środa, 14 lipca 2010
Gorąco
Szkolny weekend
Jeśli podczas weekendu u Karoliny S stawią się: Jacek M, Przemo K, ja ( a stawię się), to będziemy mieli ponad połowę roku. Chyba trzeba będzie zrobić jakieś zajęcia... Co powie na to Pola S?
Jacek M utrzymuje, że wzrośnie konsumpcja. Nie wiem co utrzymuje Przemo K, mam nadzieję, że dobrą formę. Karolina S z pewnością utrzyma nas wszystkich, a już na pewno zawiedzie do najlepszej pizzerii w powiecie sochaczewskiem, w Teresinie.
Doczekać się nie mogę, a tu jeszcze czeka mnie teatralny ciąg dalszy. Może jeszcze dziś, ale może dopiero jutro. Gorąco jakoś...
Jeśli podczas weekendu u Karoliny S stawią się: Jacek M, Przemo K, ja ( a stawię się), to będziemy mieli ponad połowę roku. Chyba trzeba będzie zrobić jakieś zajęcia... Co powie na to Pola S?
Jacek M utrzymuje, że wzrośnie konsumpcja. Nie wiem co utrzymuje Przemo K, mam nadzieję, że dobrą formę. Karolina S z pewnością utrzyma nas wszystkich, a już na pewno zawiedzie do najlepszej pizzerii w powiecie sochaczewskiem, w Teresinie.
Doczekać się nie mogę, a tu jeszcze czeka mnie teatralny ciąg dalszy. Może jeszcze dziś, ale może dopiero jutro. Gorąco jakoś...
Etykiety:
Jacek Mikołajczyk,
Karolina Sofulak,
Pola Sobaś,
Przemek Klonowski
poniedziałek, 12 lipca 2010
Teresin – Londyn – Glyndebourne – Żelazowa Wola – Warszawa – Łódź
Trasa realna i mentalna
Zapowiada się dość oryginalny weekend. W piątek ze wsi na wieś, do Karoliny Sofulak (Żelazowa…), a tam Pola Sobaś, Jacek Mikołajczyk i opowieści przyjaciółki, która była łaskawa zabawić w Glyndebourne na kilku spektaklach operowych (oglądała m.in. Dobbera w „Makbecie”) i w Covent Garden (Netrebko w „Manon” i Gheorghiu w „Traviacie”), więc opowieści będą bardzo brytyjskie. Poczujemy się, jak mówi Karolina – u nas w Londynie.
Później ze wszystkimi do Warszawy, a stamtąd na Okęcie, odebrać Jacka Kubisa i jego kolegę po powrocie znad tunezyjskich drinków, z parasolkami oczywiście. I do Łodzi. Kiedy się wyśpię? Na pewno nie jutro, bo jutro muszę napisać ciąg dalszy opinii teatralnych. I napiszę. I zamieszczę. A dziś już tylko pozostaje odparować po upale. Myślę, że w Tunezji mieli chłodniej.
Zapowiada się dość oryginalny weekend. W piątek ze wsi na wieś, do Karoliny Sofulak (Żelazowa…), a tam Pola Sobaś, Jacek Mikołajczyk i opowieści przyjaciółki, która była łaskawa zabawić w Glyndebourne na kilku spektaklach operowych (oglądała m.in. Dobbera w „Makbecie”) i w Covent Garden (Netrebko w „Manon” i Gheorghiu w „Traviacie”), więc opowieści będą bardzo brytyjskie. Poczujemy się, jak mówi Karolina – u nas w Londynie.
Później ze wszystkimi do Warszawy, a stamtąd na Okęcie, odebrać Jacka Kubisa i jego kolegę po powrocie znad tunezyjskich drinków, z parasolkami oczywiście. I do Łodzi. Kiedy się wyśpię? Na pewno nie jutro, bo jutro muszę napisać ciąg dalszy opinii teatralnych. I napiszę. I zamieszczę. A dziś już tylko pozostaje odparować po upale. Myślę, że w Tunezji mieli chłodniej.
Etykiety:
Dobber,
Gheorghiu,
Jacek Kubis,
Jacek Mikołajczyk,
Karolina Sofulak,
Natrebko,
Pola Sobaś
Subskrybuj:
Posty (Atom)
