Fortuna kałem sie tuczy


czwartek, 18 lutego 2016

100 lat Filharmonii Łódzkiej im. Artura Rubinsteina

Mistrzowski koncert

Rok temu, na inaugurację obchodów 100-lecia był flash mob i pierwszy koncert na nowych organach. Wczoraj Filharmonia Łódzka im. Artura Rubinsteina zaprosiła na „finisaż” roku jubileuszowego.
Tomasz Bęben, dyrektor FŁ postanowił dorównać niegasnącej sławie koncertu z okazji 60-lecia filharmonii (w 1975 roku wystąpił z orkiestrą sam Rubinstein) i na łódzką estradę zaprosił zwycięzcę ubiegłorocznego Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Chopina – Seong-Jin Cho. Czy to się udało? Z odpowiedzią trzeba poczekać czterdzieści lat. Na pewno już dziś można powiedzieć, że wczorajszy koncert był wielkim wydarzeniem artystycznym.
Seong-Jin Cho zagrał Koncert e-moll Chopina – nie wiem czy z większą wirtuozerią, czy delikatnością. Nie wiem też dlaczego solista wybrał z pozostawionych mu do dyspozycji fortepianów instrument charakteryzujący się mniejszą nośnością dźwięku. Niemniej moja niewiedza w niczym nie umniejszyła radości w obcowaniu z muzyką przez wielkie M. Ogromny był w tym udział naszej znakomitej orkiestry, prowadzonej natchnioną i pewną ręką Jose Marii Florencia, która mistrzowskim wykonaniem poematu symfonicznego „Tako rzecze Zaratustra” Richarda Straussa, potwierdziła swoją klasę.
Program wieczoru uzupełniła Fanfara Mikołaja Góreckiego i Canzona di Barocco Henryka Czyża, wieloletniego szefa artystycznego FŁ i Mistrza-nauczyciela Jose Marii Florencia. W tym miejscu małe sprostowanie (bo niektóre media się mylą): Florencio nie jest brazylijskim dyrygentem, ale polskim. Owszem, urodził się w Brazylii, stale utrzymuje związki ze swoją pierwszą ojczyzną, ale już wiele lat temu otrzymał polskie obywatelstwo. 
Koncert poprzedziła uroczystość udekorowania odznaczeniami i medalami wielu muzyków Orkiestry. Wszystkim serdecznie gratuluję. Przy tej, pełnej wzruszeń, okazji przypomniałem sobie, że do naszej Filharmonii na koncerty przychodzę (z większą lub mniejszą systematycznością) od ponad 40 lat (!), z których 20 łączyło się z pisaniem o życiu tej instytucji i recenzowaniu muzycznych wieczorów. Łza się w oku kręci…

czwartek, 12 listopada 2015

Wygodna przesiadka

W poniedziałek, kilka minut po 16 jechałem z Retkini na Widzew. Za czasów ancien reżimu wsiadałem w autobus 98 i po 20 minutach byłem na miejscu. Ale dziś, po remoncie trasy WZ jest inaczej. Jak mówią posłowie partii PiS - przyszła nowa, dobra zmiana.
Z Maratońskiej pojechałem więc autobusem 86 do przystanku przy Dworcu Kaliskim, żeby się przesiąść (przyjemnie i łatwo jak twierdzi dyrektor ZDiT pan Nita) na tramwaj linii 10. 
Autobus najpierw jechał Maratońską, a później stał na jezdni (Bandurskiego) w kolejce, żeby móc wjechać na przystanek. Gdy już wjechał, wysiadłem, ale do tramwaju 10 stojącego przed autobusem już nie wsiadłem. "Dziesiątka" zjechała bowiem z przystanku (tzn. pierwszy wagon zjechał, ale drugi nie, mimo to motorniczy nie wpuszczał pasażerów).
Następnie czekałem na kolejną "10", którą już widziałem, bo stała w kolejce, żeby wjechać na przystanek. Trochę to trwało, ale wreszcie "10" wjechała (tak myślałem) na przystanek, ale to wjechał pierwszy wagon, a drugi nie. No i motorniczy nie wpuszczał, czekając aż stojące przed nią dwa autobusy (i ta "10" co to już wcześniej przez przystanek przejechała) ustąpią jej miejsca.
W tym czasie kilka razy światła zmieniły się z czerwonych na zielone i odwrotnie, co niespecjalnie wypływało na ruch na przystanku.
Nareszcie "moja" dziesiątka wjechała w całości na przystanek i wsiadłem. Ruszyła na chwilę i pierwszy wagon zjechał z przystanku. Za "moim" tramwajem ustawiał się kolejny autobus i wysiedli pasażerowie, którzy chcieli jak ja, wygodnie i szybko przesiąść się z autobusu w tramwaj. No, ale "moja" dziesiątka już pierwszym wagonem zjechała z przystanku, więc i tym razem pan motorniczy do drugiego wagonu nie wpuszczał. Może i słusznie, bo za autobusem stała trzecia już "10" i czekała, by wjechać na przystanek.
Po chwili moja "10" ruszyła i całkowicie zjechała z przystanku, zatrzymując się za autobusem 86 (z którego wysiadłem, żeby się wygodnie przesiąść). Wspólnie czekaliśmy na zmianę świateł. Wreszcie udało się, zjechaliśmy autobus skręcił w lewo, gdzie natychmiast zatrzymał się na przystanku, ja swoją "10" pomknąłem w stronę Widzewa.
Moją wygodną i sprawną przesiadkę, która trwała 15 minut (słownie piętnaście minut), dedykuję panu Nicie.Zamiast 22 minut jechałem 36. Było bosko. Takie rzeczy tylko w Łodzi.

niedziela, 2 lutego 2014

Leon Niemczyk

Poszukuję Moniki Misiejuk.

niedziela, 23 czerwca 2013

Madama Butterfly, Teatr Wielki w Łodzi

Sukces Madamy

Wczorajsza premiera "Madamy Butterfly" w łódzkim Teatrze Wielkim okazała się ogromnym sukcesem realizatorów (Tadeusz Kozłowski - kierownictwo muzyczne, Janina Niesobska - reżyseria, Waldemar Zawodziński - scenografia, reż, światła, Maria Balcerek - kostiumy) i wszystkich wykonawców z Anną Wiśniewską-Schoppa w partii tytułowej na czele. Dziś wieczorem premiera z udziałem innej obsady i uroczystość wręczenia Złotych Masek. Postaram się po przedstawieniu napisać dwa zdania o spektaklu i werdykcie recenzentów. No i dodać kilka pięknych zdęć Maćka Piąsty.

niedziela, 17 marca 2013

"Baba Chanel" Teatr im. Jaracza, Lódź

Sześć aktorskich armat i moździerz...

I choć wojny nie było, to pokaz siły był. Siły aktorskiej.
Duża Scena Teatru im. Jaracza zaprosila dziś na premierę "Baby Chanel" Mikołaja Kolady, w reżyserii autora. Komediowe ujęcie lęku przed przemijaniem jest dowcipne i smutne zarazem. Kolada bawi się formą i konwencją, by ukryć łzy. Opowieść fabularna raczej wątła: pięć starych kobiet (w świetnych kostiumach a'la "Bieriozki") świętuje 10-lecie zespołu pieśni "Olśnienie". Przed chwilą zakończył się ich występ, wszystkie trzy rzędy w domu kultury wypełnione przez jakieś stowarzyszenie głuchoniemych przyjęło koncert entuzjastycznie. Był sukces! Kierownik zespołu chce jednek zrobić "rebranding" i jako solistkę zaangażować jakąś młodą, co to dopiero na emeryturę przeszła... A na to panie zgodzić się nie chcą. Dlaczego zatem ostatecznie kapitulują? Nie napiszę, bo może odbiorę przyjemność skonsumowania bardzo poruszającej puenty.
Niczego nie odbiorę z pewnością komunikując, że Dorota Kiełkowicz (zalkoholizowana "kierowniczka" trupy), Milena Lisiecka ("wielka tragiczka" zakochana w Achmatowej i Cwietajewej), Barbara Marszałek (niebiańska skleroza, która jednak pamięta, że "osoba godna, pije do dna"), Bogusława Pawelec ("odklejona" i nawiedzona, przy tym poruszająco do bólu duszy opowiadająca o pogrzebie kota), Zofia Uzelac (zupełnie  ogłupiała, od czasu do czasu rzucająca "mięsem") i Ewa Audykowska-Wiśniewska (ta najmłodsza, solistka fantastycznie prostacka) oraz Mariusz Ostrowski (szef muzyczny, niespełniony artysta, w którym wszystkie damy podkochują się) podarowują widzom koncert aktorskiej gry. Nastroje zmieniają się jak w kalejdoskopie. Nie wiem czy jest drugi taki zespół aktorski który, będąc doskonale zestrojonym, potrafi brzmieć tak kolorowo, ze wspólnego mianownika wydobyć idywidualność. Obejrzyjcie "Babę Chanel", koniecznie.Przewiduję, że będzie to kasowe przedstawienie "Jaracza". W najlepszym słowa znaczeniu.

wtorek, 12 lutego 2013

Drogówka: Wojtek Smarzowski


Smarzowski story

1999 – „Małżowina” – film telewizyjny, pamiętam, że bardzo kręciłem nosem. Tym większe wrażenie zrobiła na mnie „Kuracja”

2002 – „Kuracja” – w Katowicach, podczas teatralnego Festiwalu Sztuki Reżyserskiej „Interpretacje” – wygrał spektakl Teatru TV, nakręcony jak film. Wówczas przeprowadziłem z Wojtkiem wywiad. Pamiętam, jak poproszony o refleksje po ogłoszeniu wyników powiedział, że nie umie zrozumieć, dlaczego film został nagrodzony na festiwalu teatralnym. Pośmialiśmy się, ale Smarzowski po raz pierwszy został doceniony za reżyserię. No i pamiętam świetną rolę Bartka Topy, który okazał jednym z ulubionych aktorów reżysera. I to także podoba mi się w Smarzowskim: ma ulubionych aktorów i jest im wierny. A oni jemu.

2004 – „Wesele” – wybitny film, fantastyczny scenariusz, znakomita reżyseria. Wielki przegrany FPFF w Gdyni. Jury przyznalo nagrodę specjalną, która jest takim cichym Grand Prix, ale jednak cichym… A należało się Grand Prix. Szczęśliwie „Wesele” zostało docenione i uznane  (m.in. Orły za najlepszy film i najlepszą reżyserię). Temu filmowi ja stawiam „6”.

 Pięć lat czekania – czyli kompletny brak wyczucia producentów.

2009 – „Dom zły” – znów masa nagród. Bardzo mocny film, z dwiema scenami, który bym wywalił… Postawiłem „4 plus”

2011 – „Róża” – absolutna rewelacja, szczęśliwie doceniona. U mnie „6”.

2012/13 – „Drogówka”, czyli dobry scenariusz, sprawna reżyseria… Generalnie jednak czuję się zawiedziony. Dwa finały, jakaś amerykańskość w prowadzeniu opowiadania i bohatera, czarne niemowlę, odgryziony kutas, nadmiar II planu opowiadania zdjęciami „z telefonu”. Jest tak okropnie, że aż okropność zamienia się momentami w groteskę. Jakby Smarzowski nie potrafił  na etapie pisania i montowania rezygnować. „3 plus”, albo „4 minus”…

Czekam na nowy - na „Anioła”, czyli jak Pilcha odrzeć z kabotynizmu… I na następne filmy, bo Smarzowski doskonałym reżyserem jest. I jego aktorska ekipa także.