Fortuna kałem sie tuczy


czwartek, 22 września 2016

Festiwal Filmowy Gdynia, odcinek 4

Po czyjej jesteś stronie?

Czwarty dzień festiwalu zacząłem projekcją „Czerwonego Pająka” Marcina Koszałki. To kolejny film kryminalny (jak na 16 konkursowych tytułów, 4 kryminały to sporo), który charakteryzują dobre zdjęcia (Koszałka) i kolejna dobra rola  Adama Woronowicza (to aktor z gatunku niezawodnych). I już.

Drugim filmem dziś była „Ostatnia rodzina” w reżyserii Jana P. Matuszyńskiego. Film ogląda się bardzo dobrze, bo to bardzo dobrze zrealizowany film: staranna reżyseria, dobre dekoracje, wspaniałe role, wręcz transfiguracje: Andrzeja Seweryna (Zdzisław Beksiński), Dawida Ogrodnika (Tomasz Beksiński) i Aleksandry Koniecznej (Zofia Beksińska).  Scenariusz Roberta Bolesty też dobry. Lubię kiedy dramat nie jest wyłącznie dramatem, podoba mi się, kiedy jest w nim odrobina humoru, groteski, szczypta sarkazmu i szaleństwa. Dopóki nie obejrzałem „Powidoków” Andrzeja Wajdy, myślałem, że to ciekawe kino obyczajowe, w którym zabrakło kontekstu społecznego, politycznego, wreszcie… pokazania artysty poprzez jego twórczość (lub odwrotnie, bo przecież tak też można). Ale… zobaczyłem „Powidoki”.

40. film Andrzeja Wajdy to dzieło wybitne. Opowiadające o losie artysty, zdeterminowanym czasem, w jakim żył, ludźmi, jakich miał obok siebie, zdeterminowanym wrażliwością, osobowością, polityką, aspektem społecznym, materialnym. To dzieło wybitne także dlatego, że pokazujące los jednostki w sposób liryczny, a zarazem w epickim ujęciu. Wreszcie, jest  to dzieło wybrzmiewające - w niewypowiedziany sposób - współcześnie. Jednym słowem, jest to cały Wajda w swej najwyższej formie, znanej z „Kanału”, „Popiołu i diamentu”,  „Wszystkiego na sprzedaż”, „Ziemi obiecanej”, „Wesela”, „Człowieka z marmuru”. Wajda, opowiadając o jednym z najwybitniejszych artystów lat 20., 30. i 40. minionego wieku, opowiedział także o Polsce wczesnych lat 50. i o Polsce współczesnej.
Tytuł „Powidoki”, zestawiony z „Teorią widzenia” Strzemińskiego (i kontekstem historycznym), działa porażająco.
W jednej ze scen oficer S.B. pyta Strzemińskiego (doskonała! rola Bogusława Lindy), po czyjej jest stronie. Strzemiński odpowiada: - Po swojej.
Nie wszystkim będzie się ten film podobał… 

środa, 21 września 2016

Festiwal Filmowy Gdynia, odcinek 3

Czasem lepiej noc przespać

„Zjednoczone stany miłości” Tomasza Wasilewskiego zostały już zrecenzowane po premierze, więc rozpisywał się nie będę. Film utrzymany w stylistyce „Płynących wieżowców” z ciekawimy rolami Magdaleny Cieleckiej, Doroty Kolak, Marty Nieradkiewicz i Julii Kijowskiej. Interesujący scenariusz, dobra reżyseria. Mam tylko jedno ale: lubię, kiedy film jest opowiadaniem, tymczasem „Zjednoczone stany miłości” to splecione ze sobą trzy nowele. Chciałbym więcej.

Dziś obejrzałem też „Zaćmę” Ryszarda Bugajskiego opowiadającą o Julii Brystygerowej – postaci autentycznej, pani pułkownik SB, którą cechowało patologiczne okrucieństwo wobec przesłuchiwanych. W filmie Bugajskiego Krwawą Lunę (bo tak ją nazywano) gra brawurowo Maria Mamona. Jest damą w kostiumiku Chanel, perfumami Chanel 5 pachnącą. Jest niewierzącą Żydówką, która szuka własnej drogi do Boga (którego nie ma). Jej koleżanka z młodości, lwowska Żydówka – teraz zakonnica, zresztą niewierząca (w tej roli Małgorzata Zajączkowska) mówi najmocniejsze zdanie w filmie: Bóg jest metaforą.
 
To zdanie i kreacja Mamony to najlepsze, co jest w tym filmie, pogrążonym w mistycyzmie i koszmarach wspomnień głównej bohaterki. Zadziwiło mnie natomiast warsztatowe podejście Bugajskiego do tematu: doświadczony i znakomity przecież reżyser, dał nam obraz epigoński, nienowoczesny,  w duchu polskiej kinematografii lat 90. osadzony. Dziwne. I jeszcze jedno: niepokojąco „Zaćma” kojarzyła mi się z „Idą”…

Od chwili ogłoszenia konkursowej „szesnastki” byłem zdumiony, że w konkursie głównym znalazła się „Planeta Singli” Mitji Okorna. Bo niby co robi w tym gronie komedia romantyczna? Sam Okorn zauważył przed projekcją, że Gdynia nie potrzebowała „Planety…”, ale Gdynia potrzebowała „Planety…”. I coś w tym jest, bo okazało się, że komedia romantyczna może być dobrym filmem. Nie liczyłbym na deszcz nagród, ale przyznać muszę, że film broni się pewną dezynwolturą w podejściu do samego gatunku. Okorn nie boi się „docisnąć”, pójść w stronę absurdu (czym pokazuje, że ma dystans do tego, co robi), a nawet farsowości. Zaufali mu aktorzy, ale nie tylko jemu, bo i zgrabnemu scenariuszowi.  Ponad dwie godziny projekcji mija błyskawicznie. I chociaż od pierwszej do ostatniej sceny wiemy co będzie się działo, to niektóre sytuacje i dialogi zaskakują. Była też kwestia, która, jak modnie dziś się mówi, zrobiła mi dzień. Jeden z bohaterów do nawiedzonej fryzjerki zwraca się tymi oto słowy: „Słyszałem, że jest pani psychologiem włosów”. Tak, w tym cytacie zamyka się psychologia tego filmu, ale czasami i śmiech niekiedy może być nauką, kiedy się z przywar, nie osób natrząsa, że tak „odbije mi się” Krasickim .


Przed chwilą wróciłem z projekcji filmu „Wszystkie nieprzespane noce”, który zrealizował Michał Marczak.  Powiem tylko, że wyszedłem z kina po 20 minutach. Jeśli ktoś chce wiedzieć, o czym bełkoczą po pijanemu podczas rozmaitych imprez dwudziestolatkowie – zapraszam. Mnie te 20 minut pokazało, że bełkoczą o niczym.  Tymczasem cieszę się na jutrzejszy pokaz „Powidoków” Andrzeja Wajdy. 

wtorek, 20 września 2016

Festiwal Filmowy Gdynia, odcinek 2

Z kamieniem na szyi

Po wczorajszych „Sługach bożych”, dzisiaj gatunek sensacyjno-kryminalny reprezentował film Macieja Pieprzycy „Jestem mordercą” (http://www.festiwalgdynia.pl/program/filmy/-1--2280-_jestem-morderca-.html), sklasyfikowany jako triller psychologiczny . To drugie w twórczości reżysera zamierzenie się z tym samym tematem (18 lat temu Pieprzyca zrealizował film dokumentalny o Zdzisławie Marchwickim pod tym samym tytułem).  Film  AD 2016 nie jest jednak rodzajem dziennikarskiego śledztwa, do którego  po latach wraca scenarzysta (także Pieprzyca). Reżyser i autor scenariusza stara się raczej odwzorować wypadki, jakie miały miejsce na początku lat 70. ub. wieku. I tak, jak w filmie dokumentalnym, tak i teraz sugeruje, że skazanie mordercy 14 kobiet (w filmie jest ich 12) było swego rodzaju farsą.  Głowę sprawcy (albo i nie sprawcy) ofiarowano ówczesnemu I sekretarzowi komitetu  wojewódzkiego PZPR – Edwardowi Gierkowi (jedną z ofiar wampira była bratanica Gierka).  Wartością dodaną do śledztwa jest ukazanie degrengolady moralnej, w jakiej pogrążona była wtedy milicja. Może to dobra lekcja historii dla widzów nie mających wiedzy o tamtych czasach? 
Wcześniej, na lekki początek dnia, wybrałem kino obyczajowo-rozrywkowe. „Kamper” (http://www.festiwalgdynia.pl/program/filmy/-1--2281-_kamper.html) Łukasza Grzegorzka to film niezobowiązujący, dość lekko i dowcipnie opowiadający historię rozpadu młodego małżeństwa (Marta Nieradkiewicz, Piotr Żurawski). Anegdota prowadzona jest klarownie, film ma wdzięk i miło będzie się go oglądało. I właściwie to już wszystko…
Betonowe buty i kamień na głowę założył mi Jan Jakub Kolski. Później tylko wrzucił w mrok filmu „Las 4. rano” (http://www.festiwalgdynia.pl/program/filmy/-1--2285-_las-4-rano.html). To niewątpliwie bardzo osobista wypowiedź reżysera, związana z traumą po stracie córki Zuzanny, której film jest dedykowany. Pokazana na ekranie przypowieść jest jedną wielką metaforą, której trzeba doświadczyć wizytując kino. Opowiadać o niej, czy ją streszczać to tylko dawać świadectwo na prawdziwość myśli Antoine’a de Saint Exupery’ego: „Odrzuć próżny dźwięk słów i patrz”.
Film Kolskiego ma nie tylko potężną siłę emocjonalną, ale także, jak zwykle u tego reżysera, wielką urodę obrazu, szlachetność kadru, precyzję, inteligencję. I bardzo dobrą rolę Krzysztofa Majchrzaka.

Festiwal Filmowy Gdynia, odcinek 1

Inauguracja 

41. Festiwal Filmowy w Gdyni wystartował. Inauguracja nie była spektakularna: Agnieszce Odorowicz (byłej szefowej PISF wręczono Złotą Akredytację z numerem 001 i pokazano film „Królewicz olch” (http://www.festiwalgdynia.pl/program/filmy/-1--2284-_krolewicz-olch.html) w reżyserii Kuby Czekaja. Lekko autystyczny, genialny nastolatek próbuje  zdefiniować świat metodą zero-jedynkową. Scenariusz (reżysera) naszpikowany jest poezją Goethego i odwołaniami do symbolik Freuda i Junga. Film ma trzy zakończenia (owszem, każde inne), dokumentujące (każde) wrażliwość scenarzysty, którą reżyser przekłada na bardzo zero-jedynkowy obraz rzeczywistości. Film, w zamyśle bardzo interesujący, materializuje się jako intelektualna mistyfikacja: mnogość tropów prowadzi do sytuacji bardzo dziwnej: z jednej strony mamy poważne wersje zdarzeń, z drugiej ich ośmieszenie. Jeśli reżyser chciał rozmawiać poważnie, to się pogubił. Jeśli miała to być parodia metafizyki, to wystarczyło  zrealizować skecz. I jeszcze od tego muzyka… Ten walc Szostakowicza… Tak bez gustu… Para poszła w gwizdek. Szkoda.
Jako pilny festiwalowicz przed inauguracyjnym pokazem obejrzałem dwa inne filmy. Na pierwszy ogień – „Sługi Boże” (http://www.festiwalgdynia.pl/program/filmy/-1-1-2290-_slugi-boze.html) w reżyserii Mariusza Gawrysia z interesującą rolą Bartłomieja Topy. Na pierwszy rzut oka dobrze zrealizowane kino gatunkowe, bo to film sensacyjno-kryminalny. Po chwili dostrzega się jednak scenariuszowe uproszczenia, by nie powiedzieć mielizny, sama zaś reżyseria (poprawna) okazuje się być tylko akademicka. Ot – film telewizyjny, rozciągnięty metrażowo do kinowego. Interesujące, w scenariuszu, zwroty akcji na ekranie, niestety, nie zostały uzasadnione. Gorzej, że w realizacji zapomniano o „pozamykaniu” rozpoczętych wątków (żal  np. Adama Woronowicza, który przez pól filmu obdarowuje go talentem tylko po to, żeby zaniknąć bezpowrotnie). No… tak się nie prowadzi wątków, tym bardziej w kryminale. Film ten pozostanie jednak w mojej pamięci na długo, albowiem po raz pierwszy w życiu zdarzyło się, że projekcja filmu trwającego zaledwie 100 minut, została zerwana 26 razy. Jak na Festiwal Polskich Filmów Fabularnych to wynik okazały. Projekcję oglądałem w Multikinie.
W tym samym miejscu, już bez takich „atrakcji” zobaczyłem „Szczęście świata” (http://www.festiwalgdynia.pl/program/filmy/-1-1-2291-_szczescie-swiata.html)  w reżyserii renomowanego twórcy -  Michała Rosy – autora takich filmów jak „Gorący czwartek”, „Farba”, „Co słonko widziało” czy wspaniałej „Rysy”. Nie wiem na jakie manowce poszedł teraz Michał Rosa, ale chciałbym, żeby szybko z nich powrócił. Choć „Szczęście świata” to film poruszający , to jednak zapętlony w manierze nieruchomych ujęć, świecie statycznyc h scen i, co zdumiewające przy znakomitym przecież warsztacie tego twórcy, jakiś taki artystowski… I znów z nie dokończonymi wątkami (czyżby to nowa szkoła filmowej narracji?).  Światłem tego filmu jest postać żydowskiej prostytutki w ujmującej kreacji Karoliny   Gruszki. Ponieważ film bardzo się dłuży, miałem okazję zastanawiać się czy Karolina Gruszka jest piękniejsza od siebie samej, czy bardziej od siebie utalentowana. Piękna, naturalna, organicznie zagrana rola.
Wieczorem, po inauguracji był bankiet. Eklektyczny, trochę zmanierowany, ale uroczy. I znajomi, znajomi, znajomi: Filip Bajon, Marzena Mróz-Bajon, Łukasz Maciejewski, Mariusz Ostrowski, Kasia Figura, Monika Strzępka, Małgośka Potocka, Kinga Preis, Hanna Bakuła…  Fajnie jest być w Gdyni. 

wtorek, 26 lipca 2016

Zakupy

Upał. Duchota. Wracam do domu z zakupami, ledwie zipię. Na ławce pod drzewem siedzi starsza pani. Schludnie ubrana, uczesana, uśmiecha się jakby do siebie, o ławkę oparta kula.
- Proszę pana –zaczepia mnie - czy mógłby pan zanieść moje zakupy pod drugą klatkę tego bloku?
- Tak – odpowiadam nieoczekiwanie dla samego siebie, nieco zaskoczony. 
– Proszę mi dać te siatki.
Nie są ciężkie, może dwa, dwa i pół kilo.
- Bo ja jestem taka słaba, że nie mam siły. A może pan  zaniesie mi je pod drzwi? Mieszkam na pierwszym piętrze pod trzynastką, proszę wziąć klucze – staruszka usiłuje zdjąć klucze z szyi, ale nie idzie jej to sprawnie.
- Nie trzeba,  poradzę sobie.
Jak trzeba być zdesperowanym, żeby obcemu człowiekowi dawać klucze od własnego mieszkania – zastanawiam się i trochę czuję przerażenie: ja też tak za ileś lat? Dzwonię domofonem do jednego mieszkania, drugiego… za czwartym razem wreszcie słyszę: „kto tam?”.
- Proszę odtworzyć, przyniosłem zakupy dla pani spod „trzynastki”.
Wchodzę na piętro układam siatki z zakupami, wracam do mojej zleceniodawczyni, a tam dyskusja z dwiema sąsiadkami. Mówię, że zakupy już pod drzwiami.
- Widzi pan – mówi  obcesowo jedna z nich, wskazując na staruszkę – kobita 94 lata, dwoje dzieci  i obcych musi się prosić o pomoc. A dzieci w Grotnikach mieszkają i zamiast wziąć matkę do siebie, to czekają aż oczy zamknie, żeby sprzedać mieszkanie…
- Skoro pani taka słaba – mówię do staruszki, bo nie chcę komentować słów sąsiadki – to może wezwać lekarza?
- Nie trzeba proszę pana, ja już taka słaba jestem ze starości. Wie pan - dodaje nieoczekiwanie - ja kiedyś byłam kimś, a teraz jestem gównem.
- Proszę nawet tak nie myśleć.
- Ale taka jest prawda.
- Muszę już iść, do widzenia.
Od tego dnia sporo już minęło, a ja wciąż słyszę to „… kiedyś byłam kimś…”

sobota, 14 maja 2016

„Turandot” po raz pierwszy w historii opery łódzkiej

Co i komu ukradł Szostak?



Chyba wszyscy kolejni dyrektorzy łódzkiego Teatru Wielkiego mieli w planie wystawienie „Turandot”. Dlaczego przez blisko 50 lat TWŁ i ponad 60 lat opery w Łodzi zamiar ten nie został zrealizowany? Czy dyrektorzy rezygnowali bo zazwyczaj brakowało obsady, czy dlatego, że kasa okazywała się zbyt pusta, jak na przedsięwzięcie powołania na scenę chińskiego cesarstwa baśniowej epoki cesarza Altouma?
Trzeba było odwagi dyrektora Pawła Gabary, by plan własny, a przy okazji kilku poprzedników, zrealizować. Łódź nareszcie ma swoją inscenizację ostatniej, niedokończonej przez Pucciniego, opery. Inscenizację zaskakującą w swej oryginalności.
„Turandot” to jedność miejsca, czasu i akcji. Na cesarskim dworze, i wokół niego, rozgrywa się akt strzelistej miłości Kalafa, która w finale pokonuje zimne wyrachowanie, choć w istocie strach księżniczki Turandot. Prostym w sumie perypetiom, choć nie brak tu okrucieństwa, przygląda się dwór cesarski i lud chiński, chętnie oceniając bohaterów. Wyrafinowanie miesza się tu z prostactwem, przepych z biedą, duma ze strachem. A Pucciniemu świetnie komponowało się swą pierwszą (i ostatnią niestety) wielką operę z bogatym tłem społecznym, co słyszymy dziś w rozbudowanej i zachwycająco poprowadzonej partii chóru.
W łódzkiej inscenizacji jest nieco inaczej: nie ma pałacu, nie ma kontrastu między pysznym dworem cesarskim a ubogim ludem Pekinu. Przedstawienie Adolfa Weltschka (inscenizacja, reżyseria, dekoracje, światła) jest w istocie spektaklem złożonym w hołdzie powojennej biedzie teatralnej. I trochę stylowi podlizującemu się wówczas nowej, socjalistycznej władzy. Z szaro-burego tłumu wyróżniają się: złotą koroną Turandot i barwnymi szlafrokami trzej ministrowie. Nie ma wspaniałego pałacu, nie ma wielkiego miasta. Nawet cesarz nie zasiada tu centralnie na monumentalnym tronie, a całkiem z boczku, na taboreciku, jakby nie chciał narzucać się swoją burżuazyjnością…
Trochę może dziwić dziś decyzja przywoływania na scenę smutnych i biednych czasów powojennych, kiedy to teatry grały ambitny repertuar, ustawiając na scenie bardziej lub mniej zniszczone w zawierusze dekoracje, zakładając uratowane kostiumy nie kryjące, że czas świetności dawno już mają za sobą. Tym bardziej dziwi w kontekście tytułu, który obrósł taką tradycją inscenizacyjną, jak „Turandot”. I to tradycją przebogatej wystawy…  Reżyserowi zresztą nie sposób odmówić konsekwencji: sposób ustawienia scen jest żywcem przeniesiony z czasów, kiedy w operze nikt z występujących nie musiał grać ani pokazywać emocji (nawet ruszać się nie musiał), bo wystarczyło że stał i śpiewał. I tak jest w łódzkiej „Turandot”: wszyscy stoją i starają się śpiewać zgodnie ze wskazaniami batuty dyrygenta, na niej koncentrując całą swą uwagę.
Muzycznie przedstawienie przygotował Antoni Wit, który zrezygnował z emocjonalnego prowadzenia opery, na korzyść wyciszania orkiestry (wszyscy doskonale przygotowani, grali technicznie i intonacyjnie nienagannie) w najtrudniejszych dla solistów momentach. Skutkiem czego efekty dramatyczne nie były osiągane jednoczesnym wzmocnieniem dynamiki orkiestry i śpiewaków (In questa reggia wraz z całą sceną z zagadkami, Nessun dorma, cały finał), a ściszeniem w orkiestronie tak dużym, aż głosy Lilli Lee (Turandot) i Charlesa Kima (Kalaf) mogły sprawiać wrażenie odpowiednich do śpiewania tych partii. Oboje koreańscy soliści starali się, co było słychać, i co można docenić.
Ze szczególną sympatią słuchałem za to chóru. Zespół ma tu spore zadanie i przygotował się do niego bardzo starannie (najpewniej pod czułą opieką nowego szefa – Dawida Jarząba). Pięknie też wszystkie głosy zaśpiewały, co mnie cieszyło i zachwyciło, ale… Żeby nie wiem jak chór się starał, choćby nawet wyszedł ze skóry, to z 60 osobowego nie stanie się 100-120 osobowym. Nawet 500 plus tu nie pomoże. A do „Turandot” przydałaby się wzmocniona obsada. Bardzo by się przydała. Słychać to gołym uchem i widać gołym okiem, gdy spojrzeć w partyturę. Swoją drogą - gęstość orkiestracji jest imponująca.

Premierowe przedstawienie przyniosło mi wszelako duże wzruszenie i dreszcz emocji. To była scena, kiedy ślepy Timur (Grzegorz Szostak) rozpaczał nad zwłokami Liu (Dorota Wójcik). To był moment, który powinien rozciągnąć się (i trwać) nad całym spektaklem: moment pięknego intonacyjnie, emocjonalnego śpiewania, zespolony z przejmującą kreacją aktorską. Są artyści, którym do stworzenia takiej kreacji wystarczy moment właśnie. I jak widać Grzegorz Szostak do nich należy. Mogę śmiało powiedzieć, że w Łodzi Szostak ukradł „Turandot” wszystkim. Widocznie tak miało być.