Fortuna kałem sie tuczy


piątek, 21 września 2018

43 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych

Nagrody przyznałem (hihihi) 



Jutro wieczorem jury ogłosi werdykt, a tu moje nagrody, i spekulacje na temat werdyktu. Mam sporo rozterek, jak nigdy wcześniej...

Pierwsza sprawa: pełnym dziełem filmowym jest dla mnie "Zimna wojna". Tak się z pewnością nie stanie, ale ja, poza Grand Prix przyznałbym temu filmowi również nagrody: za reżyserię, scenariusz, zdjęcia, scenografię, muzykę i za pierwszoplanowe role: kobiecą i męską.
Odrzucając jednak taką możliwość spróbuję kombinować...

Grand Prix - "Zimna wojna" uparcie jednak nie widzę konkurencji
Nagroda specjalna jury - "Kler" choć jury pewnie uzna, że "Twarz"
Reżyseria - Marek Koterski - "7 uczuć" albo Janusz Kondratiuk - "Jak pies z kotem"
Scenariusz - Marek Koterski - "7 uczuć"  albo Wojciech Smarzowski - "Kler"
Zdjęcia - Jacek Podgórski -  "Krew boga"
Debiut - Adrian Panek - "Wilkołak"
Scenografia - Zbigniew Dalecki, Paweł Jarzębski - "Kamerdyner"
Kostiumy - Małgorzata Braszka, Ewa Krauze, Małgorzata Gwiazdecka, Magdalena Bem, Izabela Stronias - "Kamerdyner"
Muzyka - uparcie nie widzę konkurencji - "Zimna wojna", bo muzyka jest tu jednym z bohaterów
A tu rozdaję hojnie, bo pięknych ról było wiele:
Pierwszoplanowa rola kobieca - jeśli uznać, że w "Zabawa zabawa" są 3 role pierwszoplanowe, to Dorota Kolak lub Gabriela Muskała w "Fudze" albo w "7 uczuciach", choć w tym filmie właściwie nie ma roli kobiecej pierwszoplanowej
Pierwszoplanowa rola męska - Olgierd Łukaszewicz - "Jak pies z kotem", (jeśli uznać, że w "Klerze" są 4 role pierwszoplanowe, to Janusz Gajos
Drugoplanowa rola kobieca - Gabriela Muskała w "7 uczuć" (jeśli uznać, że to rola drugoplanowa), Dorota Pomykała w "Autsajderze"
Drugoplanowa rola męska - Janusz Gajos w "Klerze" (jeśli uznać, że to rola drugoplanowa)/  Łukasz Simlat w "Fudze"
Gdyby była nagroda za nastrój, przyznałbym ją "Ułaskawieniu" Jana Jakuba Kolskiego

Na zdjęciu: Gabriela Muskała i Łukasz Simlat w filmie "Fuga"

czwartek, 20 września 2018

43 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych

"Eter", czyli dwa w jednym




Kinga Dębska, autorka filmu "Moje córki krowy", sięgnęła po temat alkoholizmu. Trzy bohaterki w różnym wieku to trzy osobne opowiadania połączone montażem w całość. Film jest raczej telewizyjny, tematu nie zgłębia, trochę moralizuje. Na uwagę zasługuje świetna rola Doroty Kolak. I już.
"Eter" to tytuł filmu Krzysztofa Zanussiego. Główny bohater jest lekarzem niebezpiecznie eksperymentującym z eterem. Niebezpiecznie dla siebie (ale ryzyko to jego napędowa siła) i innych. Trochę thriller w kostiumach sprzed I wojny światowej. Bohater, grany przez Jacka Poniedziałka, ma jeszcze jedno marzenie: nauka zmieni świat, potęga rozumu (w jego przypadku również umiejętność manipulacji) sprawi, że będzie umiał panować nad innymi. Film ma dwa finały, po których przychodzi... drugi film (z kolejnym finałem), w którym to suplemencie okazuje się, że pierwsza część była niby faustowska (pojawia się też i Małgorzata), a druga to dowód wprost na istnienie diabła. Artysta wie więcej...
Przedostatni dzień festiwalu przyniósł mi jeszcze "Wilkołaka" w reżyserii Adriana Panka. Jest to horror, ale dość specyficzny: jego bohaterami są dzieci oswobodzone po wyzwoleniu z obozu Gross-Rosen. Umieszczone w opuszczonym pałacu, dzieci bez dzieciństwa, próbują uczyć się życia w nowej rzeczywistości, co trudne również dlatego, że brakuje żywności i wody. Tymczasem jedną traumę zastępuje druga: pałac otaczają zdziczałe, wygłodniałe esesmańskie owczarki. Przyznam, że podczas projekcji miałem poczucie dyskomfortu: zastanawiałem się bowiem czy wykorzystanie tragedii dzieci jako tła do horroru, nie jest nadużyciem. Owszem, można zastanawiać się i znaleźć wartość dodaną (bo film płaski nie jest), jednak mimo wszystko mam wątpliwości. W ramach "rekompensaty" za trzy zakończenia "Eteru", "Wilkołak" zakończenia nie ma.

środa, 19 września 2018

43 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych

Półmetek


Tegoroczny festiwal przekroczył półmetek, a to znaczy, że większość filmów już za mną.Mogę zatem pokusić się o przypuszczenie, że to dobry festiwal. Już teraz widać, że więcej tu filmów dobrych (wśród nich są też bardzo dobre), niż słabych czy złych. Dziś zobejrzałem cztery tytuły. Kończąc wtorek "Klerem", środę zacząłem od "Krwi boga" w reżyserii Bartosza Konopki. Z XXI wieku przeniosłem się do wczesnego średniowiecza, na wyspę pogan podbijaną przez rycerza - biskupa, owszem chrześcijańskiego (może to nie jest doskonała terminologia, ale nie aspiruję do biegłości w tej dziedzinie). Film nie jest długi, ale trwa wieczność. W wymowie antychrześcijański, bo jednak nie antyreligijny. Prosty, a zarazem męczący w odbiorze. Rzecz dla koneserów kina, nie koniecznie tych najbardziej, że tak powiem, wytrawnych.
Później przyszedł czas na "Dziurę w głowie" i był to najtrudniejszy czas dzisiaj. Film podpisał Piotr Subbotko (reżyseria i scenariusz). Mamy tu mnogość tropów interpretacyjnych, dość jednak bałamutnie prowadzących do jednego punktu. Nie będę spojlerował, wytrwali (tacy, którzy lubią, kiedy kwadrans w kinie staje się wiecznością) przekonają się, że ten punkt to tylko fabuła... Pokładów głębi nie doszukałem się, choć czasu było dużo. Na osłodę: Bartłomiej Topa w zupełnie dobrej roli, którą precyzyjnie opracował.
Dzień osłodził mi Janusz Kondratiuk, który zrobił film o sobie, swoim bracie Andrzeju (a raczej o Andrzeju w rzeczywistości po udarze mózgu), swojej bratowej - Idze Cembrzyńskiej. Poruszający i mocny film o odchodzeniu, o umiejętności i nieumiejętności godzenia się z dramatyczną rzeczywistością. Film pełen humoru i głębokiej zadumy nad życiem, kreacją, rodzinnymi więzami. Trochę wiwisekcja. Przypuszczam (może będę nieprofesjonalny, ale to mój blog, a nie gazeta), że w sposób szczególny odbiorą go osoby, które bezpośrednio zetknęły się z odchodzeniem najbliższej osoby, dotkniętej udarem. Ja tak właśnie go odebrałem. Film mądry, zrobiony ręką mistrza. A do tego mamy w "Jak pies z kotem" piękne kreacje Aleksandry Koniecznej, Olgierda Łukaszewicza, Roberta Więckiewicza i Bożeny Stachury. Ukłony.
Na koniec "7 uczuć" Marka Koterskiego, reżysera, którego uwielbiam i znam osobiście od ponad 30 lat. Marek - Adaś Miauczyński - znów mierzy się ze swoim życiem (w moim odczuciu wszystkie filmy Koterskiego są autoportretem), tym razem na poziomie 5 klasy szkoły podstawowej. Wszystkie dzieci grane są przez ulubionych aktorów Marka, których znamy z jego wcześniejszych filmów. Adasia tym razem gra syn Marka - Michał, a zakochaną w nim dziewczynkę - żona Marka - Małgorzata Bogdańska. W obsadzie również Katarzyna Figura, Gabriela Muskała, Marcin Dorociński, Andrzej Chyra, Andrzej Mastalerz, Robert Więckiewicz, Maja Ostaszewska, Adam Woronowicz... Istna plejada gwiazd, dająca popis swoich umiejętności. Film jest dość zaskakujący, ma momenty porywające i chwile, kiedy autocytaty nie porywają. Czy będzie sukces porównywalny z "Dniem świra", "Nic śmiesznego" czy "Domem wariatów" - nie wiem. Wypowiedź jest jednak ważna, bo Koterski nie odzywa się, kiedy nie ma nic do powiedzenia.

wtorek, 18 września 2018

43 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych

Klarowny "Kler" 

Andrzej Jakimowski to solidny reżyser z doświadczeniem. Tym bardziej zaskakuje "Pewnego razu w listopadzie" - film, który, jak sądzę, w zamierzeniu miał być mocną wypowiedzią na temat odradzającego się w Polsce nazizmu. "Urozmaicenie" scenariusza (szytego grubą nicią) o wątki warszawskiej afery reprywatyzacyjnej oraz aluzje do zamordowania przez policjantów  Igora Stachowiaka we Wrocławiu już wytrącają równowagę, ale jeśli dodać do tego ckliwy wątek pieska, który staje się kontrapunktem całej opowieści, to szala drastycznie przechyla się na stronę banalnego kiczu.
Zamiast dramatycznego krzyku ostrzeżenia, mamy rodzajowe obrazki, a na koniec coś w rodzaju happy endu: piesek się znalazł i teraz wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. Przyznam, że jestem zbulwersowany tym, jak zmarnowano temat. Całości dopełniają złe efekty specjalne i komputerowe. Okazuje się również, że nawet Agata Kulesza nie jest w stanie stworzyć pełnokrwistej bohaterki na ekranie, gdy w scenariuszu postać jest papierowa.


Poza konkursem obejrzałem "Dywizjon 303". Kiedy Styka malował Matkę Boską ta mu się ukazała i rzekła: ty mnie Styka nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze. I realizatorzy "Dywizjonu" - idąc niejako na kompromis - dali portret polskich lotników odmalowany i na kolanach i dobrze. Nic więcej, nic mniej.
A skoro o Matce Boskiej: ta nie ukazuje się bohaterom "Kleru" Wojciecha Smarzowskiego. Bohaterowie tego filmu przed oczami mają karierę, wódkę, kochankę, nieoczekiwaną ciążę, molestowanie dzieci. 
Smarzowski, pokazując oblicze polskiego kleru, nie generalizuje: podchodzi do największego problemu kościoła katolickiego - pedofilii - poprzez pryzmat ludzkich ułomności i krzywd. Nie usprawiedliwia, ale też nie rzuca oskarżeniami na oślep. Jak przystało na artystę skupia się na człowieku i staje w obronie ofiar.
Wnikliwy widz dostrzeże aluzję, która wydaje się być najbardziej poważną diagnozą: struktura kościoła kojarzy się ze strukturą mafijną. Rządzą tu podobne mechanizmy: korupcja, szantaż, bezwzględność. Małe zło tworzy się na użytek obrony większego zła. Im wyższy poziom w hierarchii, tym ciężar gatunkowy zła większy. 
Sądzę, że ten film wywoła nowy rodzaj dyskusji o polskim kościele i kościele w ogóle. Dyskusji, która powinna trwać przez wiele kolejnych miesięcy, bo jest ona potrzebna. Dyskusji, która powinna być merytoryczna, choć zapewne nie unikająca emocji.
Nie jest to film w żadnej mierze plakatowy, choć wyraźnie jest to reakcja na społeczne zapotrzebowanie. I choć Smarzowski mówi otwartym tekstem, to robi to rozważnie, a jego argumenty są mocne. Tak mocne, jak odpowiedź kochanki księdza, kiedy ten pyta ją dlaczego nie zabezpieczyła się przed ciążą: "bo wiara mi nie pozwoliła".
Od strony formalnej film jest bez zarzutu: świetne zdjęcia, montaż, muzyka czy może sfera dźwięku, prowadzenie postaci. No i jeszcze znakomite kreacje aktorskie: Janusza Gajosa, Roberta Więckiewicza, Jacka Braciaka i Arkadiusza Jakubika. Zresztą sami Państwo ocenią: "Kler" wchodzi na ekrany kin już 28 września. 
I jeszcze jedna ważna sprawa: "Kler" to nie atak na wiarę, to obraz instytucji. Klarowny obraz.



W konkursie głównym pokazano dziś również komedię pt. "Juliusz". Nikt nie wytłumaczył dlaczego ten film znalazł się w konkursie, więc może dlatego nie zrozumiałem. Było bardziej żenująco, niż śmiesznie. 

43 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych

Bajon długo o Kaszubach 




Tegoroczny, 43 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych zainaugurowała uroczyście projekcja najnowszego filmu Filipa Bajona "Kamerdyner" - obok mnie siedział Jarosław Wałęsa, kandydat na prezydenta Gdańska - ale nie to wzbudziło w widzach emocje.
Filip Bajon powrócił do formy z czasów "Magnata", doskonale odnajdując się w epickiej opowieści o losie Kaszub, począwszy od roku 1900, na 1945 skończywszy. Dostaliśmy długi (dwie i pół godziny) film z piękną kreacją Anny Radwan i przemyślaną, konsekwentną drugoplanową rolą Marcela Sabata. Swoje "pięć minut" ma też tu świetny Łukasz Simlat. "Kamerdyner" to poruszająca opowieść o losie rodziny, wplecionej w koło trudnej historii. Opowieść o tym, że mimo wielu nauk, wciąż nie potrafimy wyciągać wniosków z doświadczeń. O tym, że przy każdym "zakręcie" historycznym dopuszczamy do utraty elit. Smutny i gorzki film z ambicjami: pouczenia ale nie moralizatorstwa. Na pewno warto iść do kina.
Nie zalecałbym tej fatygi w przypadku "Autsajdera": Adam Sikora zaliczył tu klasyczny wypadek przy pracy. Fabuła filmu, mimo opowiadania o trudnym okresie czasu wojennego, jest zbanalizowana, historia głównego bohatera (Łukasz Sikora stara się go uwiarygodnić) opowiedziana łopatologicznie i nader naiwnie. Powstał film telewizyjny, warsztatowo szkolny, formalnie archaiczny.
Interesującą pod każdym względem wydaje się być "Fuga" - film w reżyserii Agnieszki Smoczyńskiej wg. scenariusza Gabrieli Muskały, grającej główną rolę. To stricte festiwalowy film z pięknymi rolami Muskały i Łukasza Simlata (oboje na zdjęciu). Chociaż "piękne" to w tym kontekście nie jest właściwe słowo, bo obie role są zdecydowanie wstrząsające.  Opowieść o utracie tożsamości porusza i fascynuje. Jeszcze bardziej byłbym zachwycony, gdybym nie poznał pewnej, zawartej w scenariuszu, tajemnicy: widocznie największe wrażenie robią na mnie niedopowiedzenia. Sukcesu frekwencyjnego filmowi nie wróżę, ale nie na taki sukces obraz ten jest obliczony.
Wśród konkursowych, poniedziałkowych projekcji, pojawiła się też - obecna na ekranach - "Zimna wojna" Pawła Pawlikowskiego. Moim zdaniem to czarny koń tegorocznego festiwalu: polskie kino od lat nie miało tak głębokiej i wysmakowanej wypowiedzi, na dodatek ujętej w oszałamiającą formę. A do tego kreacje aktorskie Joanny Kulig, Tomasza Kota, Agaty Kuleszy i Borysa Szyca. Chyba nie jestem jedynym, który filmowi wróży deszcz nagród.
A we wtorek... zdecydowanie najgorętszy film tegorocznego festiwalu: "Kler" Wojciecha Smarzowskiego.

poniedziałek, 2 lipca 2018

Polka zwyciężczynią Europejskiego Konkursu Reżyserii Operowej

Karolina Sofulak najlepsza w Europie

Karolina Sofulak, polska reżyser operowa, zdobyła pierwszą nagrodę Europejskiego Konkursu Reżyserii Operowej w Zurichu. Pierwsze miejsce 10 edycji European Opernregie Preise ex aequo z Polką uzyskał brytyjski reżyser Gerard Jones. W tym roku uczestnicy konkursu przygotowywali koncepcję inscenizacyjną "Manon Lescaut" Giacoma Pucciniego.
Nagrodą dla Sofulak, poza honorarium, jest realizacja premiery "Manon...", podczas inauguracji przyszłorocznego Holland Park Festival w Londynie. Karolina Sofulak jest pierwszą w historii Polką - laureatką tego prestiżowego konkursu.
Sofulak jest absolwentką Studiów Filologiczno-Kulturoznawczych Europy Zachodniej Uniwersytetu Warszawskiego oraz międzyuczelnianego kierunku Reżyserii opery i innych form teatru muzycznego  PWST im. Ludwika Solskiego i Akademii Muzycznej w Krakowie. Dyplom reżyserski uzyskała w roku 2011, realizując "Traviatę" Giuseppe Verdiego na scenie Opery Bałtyckiej w Gdańsku.
W Polsce pracowała dotychczas przede wszystkim w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej jako asystent reżysera przy spektaklach Mariusza Trelińskiego, Davida Aldena oraz Keitha Warnera. Jako drugi reżyser oraz reżyser wznowień współpracowała z takimi teatrami jak: Opera North, Badisches Staatstheater Karlsruhe, Grange Park Opera, Chemnitz Opera, Teatro Regio di Torino, Opéra National de Bordeaux, Opéra de Dijon, Oper Wuppertal oraz English National Opera. Autorskie przedstawienia reżyserowała m.in. dla: Brighton Early Music Festival, Monteverdi Festival in Venice, London Festival of Baroque Music a także dla London Stroud Green Festival. Z dużym zainteresowaniem spotkała się również jej realizacja "Rycerskości wieśniaczej" Pietra Mascagniego, zrealizowana rok temu w Opera North.
Na przykładzie Karoliny Sofulak potwierdza się opinia mówiąca, że łatwiej jest być docenionym poza naszymi granicami. Trzymamy kciuki, również za - oby liczne - polskie realizacje.

niedziela, 27 maja 2018

Filharmonia Łódzka: Woś i Kwiecień. Maestria i elegancja

Donizetti zmartwychwstał

Filharmonia Łódzka przygotowała koncert na miarę Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Na estradzie wystąpił Mariusz Kwiecień - wybitny solista MET i Joanna Woś, która nigdy nie wystąpiła w MET, co tę najsłynniejszą scenę operową świata cokolwiek kompromituje.
Woś w Łodzi jest artystką kochaną, prawdziwą celebrytką, której pojawianie się w jakimkolwiek kontekście wywołuje trzęsienie ziemi. Nie inczaej było podczas niedzielnego koncertu.
Wybitna interpretacja "Regnava nel silenzio" nie tylko wzbudziła ogromny aplauz w sali filharmonii, ale też spowodowała, że w odległym Bergamo Donizetti z zachwytu wstał z grobu, obwieszczając, że Woś "Łucję z Lammermoor" powinna śpiewać do końca świata i jeden dzień dłużej.
A tak zupełnie serio: może to doświadczenie z niedawno przygotowaną przez Artystkę partią Blanche w "Tramwaju zwanym pożądaniem" sprawiło, że niedzielna interpretacja była poruszająca tragizmem i oszałamiająca techniką. A tą Woś posługuje się niczym prestidigitator: w jednej frazie mieści rozpacz, nadzieję, niepewność i zakochanie bohaterki oraz forte, piano, i całą tessyturę od najwyższych, przez średnicę, po najniższe dźwięki. To absolutna maestria.
Duet Enrica i Łucji był dopełnieniem emocji i artyzmu, jaki może nieść ze sobą belcanto.
A Mariusz Kwiecień... No cóż... Głos stworzony do muzyki Donizettiego, Belliniego czy Rossiniego... Uwodzicielski w barwie (tak jasnej, że błyszczącej blaskiem), pełen wdzięku i czaru w arii Figara z "Cyrulika sewilskiego" i pewności w każdym technicznym niuansie podczas całego wieczoru. Oboje Artyści umieją wszystko - mówiąc kolokwialnie - robią z głosem co tylko chcą. Zachwycali nie tylko swobodą techniczną, ale też wrażliwością interpretacyjną i doskonałą współpracą, która - czego nie ukrywali - sprawiała im radość.

Dawno nie uczestniczyłem w tak pięknym, radosnym koncercie, który jednak naznaczony był dużą wadą: zakończył się.
Orkiestrą FŁ dyrygowała Agnieszka Nagórka.

sobota, 12 maja 2018

Teatr Wielki w Łodzi, Tramwaj zwany pożądaniem

Kozłowski, czy Orkiestra? 
Fot.:TWŁ

Tadeusz Kozłowski, ilekroć ma choć odrobinę wpływu na repertuar Teatru Wielkiego w Łodzi, poszukuje i znajduje. Tak było z "Adrianą Lecouvrer", "Kandydem", "Echnatonem", "Dialogami karmelitanek". Nie inaczej jest z "Tramwajem, zwanym pożądaniem" Adre Previna. Polska prapremiera tej opery odbyła się 12 maja w Teatrze Wielkim w Łodzi, po 20 latach od światowej prapremiery w San Francisco Opera.
Trudno mi powiedzieć, czy bohaterem wieczoru był Kozłowski, czy Orkiestra TW. Bo choćby nie wiem jak dobra była orkiestra, to nie zagrałaby tak wspaniale muzyki, bez fantastycznej interpretacji zaproponowanej przez Kozłowskiego. Z drugiej strony, wielce wymagająca interpretacja Kozłowskiego nie miałaby szans bez dyscypliny i wrażliwości orkiestry. Byli Państwo wspaniali! A Mirosławowi Dudkowi - artyście grającemu w prapremierowym wieczorze na trąbce - kłaniam się najniżej, jak potrafię.
Najbardziej życzliwe słowa należą się też kwartetowi odtwórców głównych partii: Joannie Woś (Blanche), Szymonowi Komasie (Stanley), Aleksandrze Wiwale (Stella) i Tomaszowi Piluchowskiemu (Mitch). Aktorsko i wokalnie, w realistycznej wizji reżyserującego spektakl Mistrza Maciej Prusa, spisali się Państwo doskonale.
Reżyseria zaiste jest mistrzowska: otrzymaliśmy nowoczesny spektakl, operujący skrótami, oszczędny w ekspresji na korzyść emocji, jakie niesie muzyka. Momentami nawet, wydało mi się, aż zbyt oszczędny - choćby w scenie gwałtu (prawdziwego lub wyimaginowanego), w której muzyka osiąga dramatyczną (i dramaturgiczną) kulminację, a scena... pozostaje pusta.
Naoglądawszy się nowoczesnych inscenizacji (głównie na scenach oper berlińskich), w interpretacji Macieja Prusa zastanowiło mnie to konsekwentne podążanie za realizmem Williamsa (autora dramatu, na podstawie którego powstało libretto). Mimo pięknej, ramowej kompozycji inscenizacyjnej, zabrakło mi metafory. Ale i tak jestem przekonany, że "Tramwaj..." to pozycja obowiązkowa: sam z pewnością wybiorę się jeszcze raz. Gratulacje.

niedziela, 15 kwietnia 2018

Don Giovanni/Deutsche Oper Berlin

Piekła nie ma 


Pisząc o "Lady Macbeth mceńskiego powiatu" zżymałem się na opinię, jakoby w niemieckiej operze dominowali reżyserzy. No to mam za swoje: w "Don Giovannim" Roland Szwab nic sobie nie robi z Mozarta. Ot, dał mu kompozytor pretekst do inscenizowania w cały świat (i to całkiem sprawnego inscenizowania) a, że umarły kompozytor, to i zważać na jego nutki nie ma powodu, bo i tak reklamacji nie wniesie.
No to ja w imieniu Mozarta. Gdyby pan Szwab reżyserował "Don Giovanniego" w teatrze dramatycznym, to wyjąwszy totalnie infantylny finał, mógłbym być bardzo zadowolony. Bo jest tu - trochę uproszczona - myśl przewodnia: tytułowy bohater to uwodziciel, cynik i łobuz bez skrupułów i refleksji, który nawet z piekła i po śmierci zażartuje. Jest też sporo wyobraźni i biegłość w ustawianiu sytuacji oraz prowadzeniu postaci.
Kłopot jednak w tym, że kierunek w operze wyznacza partytura, a ta zupełnie pana Szwaba nie interesuje. Do tego stopnia, że nie każdy musi wszystko zaśpiewać, co napisane. A jak już śpiewa, to nie muszą być to koniecznie nuty z partytury. Ba, ktoś może śpiewać nawet wtedy, gdy w partyturze, zamiast nut, ma pauzę. I to w kilku taktach. To, że kierownik muzyczny udzielił akceptacji, daje mi wiarę w to, że piekła nie ma.
Poza inscenizacyjno-reżyserskimi nieporozumieniami (o dziwo wyszły spod wprawnej warsztatowo ręki) były na szczęście odkrycia zjawiskowe. Należy do nich młoda, ledwie 29-letnia Federica Lombardi, po mistrzowsku śpiewająca Donnę Annę (choć już po pierwszych frazach usłyszałem w niej Donnę Elwirę). Wszystko, co wokalnie zrobiła na scenie było znakomite. No i jeszcze mam "kawałek" satysfakcji: przed chwilą dowiedziałem się, że Donnę Elwirę ma już przygotowaną i tą właśnie partią w styczniu przyszłego roku zadebiutuje w Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Fety i fajerwerki.
Po nowojorskim debiucie jest natomiast Davide Luciano (Don Giovanni), który w tej inscenizacji śpiewa także Leporella (oczywiście nie jednocześnie, choć odwaga Szwaba mogłaby iść nawet tak daleko). To wybitnie utalentowany śpiewak wokalnie i aktorsko, tym bardziej mi żal, że okazji do posłuchania go w "Don Giovannim" było niewiele. Najwięcej bowiem czasu zajmowało śpiewakowi fikanie kozłów, robienie pompek, "medytacja" na jednej nodze, bieganie i wstawianie dźwięków spoza partytury.
Podobnie było w przypadku migotliwego Leporella w wykonaniu Roberta Gleadowa. Brawa za umiejętności, które wzbudzają nadzieję na piękne kreacje w bardziej rozsądnych realizacjach. Z grona wykonawców przykuła też moją uwagę Siobhan Stagg - sprawna aktorsko i dobra wokalnie Zerlina. Pozostali byli, jak to w niemieckiej operze stołecznej - solidni i niezawodni.

Wybierających się na ten spektakl, a przyzwyczajownych do mozartowskiego stylu pragnę uprzedzić: w DOB nie grają "lekkiego" Mozarta. Pod masywną batutą Friedemanna Layera Mozart jest tu bardziej... beethovenowski.
A skoro piekła nie ma, to i Rolanda Szwaba tam nie poślę.

Lady Macbeth von Mzensk/Deutsche Oper Berlin

Leżąc plackiem przed orkiestrą



Ole Anders Tandberg tak bardzo chciał wyreżyserować "Nos" Szostakowicza (który obejrzał pewnie w Komische Oper Berlin w znakomitej reżyserii i inscenizacji Barrie Kosky'ego), że nawet nie zauważył, że powierzono mu realizację "Lady Mackbeth mceńskiego powiatu". Efektem jest spektakl pełen niestosowności i - co zdumiewające u Norwega - bawarskiego humoru (widzowie śmieją się podczas scen mordów i gwałtów) połączonego z burleskowym "baletem" milicjantów w majtkach, prasujących spodnie z wtyczkami od żelazkowych kabli umieszczonych w ineksprymablach właśnie. No beczka śmiechu, dodatkowo przepełniona... rybami. Bo sztuczne ryby są tu wszechobecne w każdej niemal scenie: a to jako narzędzie mordu, a to gwałtu i samogwałtu. O innych breweriach Tandberga nie wspomnę, bo klawiatura mi mówi, że to już przez nią nie przejdzie.
Ale... No właśnie: każde euro wydane na bilet jest warte sto razy więcej. A to za sprawą wykonawców, a przede wszystkim Orkiestry DOB, która grała pod batutą Donalda Runniclesa. A grała tak, że powiedzieć, że nigdy wcześniej nie słyszałem tak doskonale grającej orkiestry, to nie powiedzieć nic. Zasługą Runniclesa jest interpretacja dzieła Szostakowicza, ale choćby nie wiem co chciał orkiestrze przekazać, a ta nie byłaby tak wybitna, niewiele by z tego wyszło. Tak, dziś nie klęczę, a leżę plackiem przed Orkiestrą DOB.
Do muzycznej uczty przyczynił się także fantastycznie śpiewający chór i oczywiście soliści, na czele z porywającą wokalnie Evelyn Herlitzius w partii Katariny Izmaiłowej. Z charyzmą towarzyszyli jej Wolfgang Bankl jako teść i Sergey Polyakov (kochanek Sergiej), który z uwagi na barwę i moc głosu w przyszłości skończy jak Domingo: wspaniałymi partiami barytonowymi, choć z pewnością długo jeszcze pozwoli się publiczności cieszyć swoim bohaterskim tenorem w najbardziej wymagającym repertuarze.
Chociaż oglądało się z zawstydzeniem (na dodatek żadnej nauki, chyba tylko jak nie robić), to wieczór był wspaniały. Muzyka pokonała inscenizatora. I to w niemieckim teatrze, gdzie ponoć rządzą reżyserzy... Tischnerowska prawda. 

czwartek, 15 marca 2018

Piękny wieczór #Filharmonia Łódź #Tadeusz Kozłowski #Bernadetta Grabias


Moc muzyki poza nutami


Są momenty, kiedy idę do filharmonii i zastaję tam muzykę wyrzuconą w kosmos. W Filharmonii Łódzkiej często mam okazję posłuchać muzyki, która płynie wprost z partytury, pięknie poprowadzonej przez dyrygenta, znakomicie wykonanej przez orkiestrę.
No właśnie... wykonanej. Pod batutą. Jest świetnie, bo to dobra orkiestra jest.
Mam wrażenie, że w moim mieście już nikt nie pisze o muzyce, żadne medium nie zamieszcza recenzji, bo też nie bardzo chce. A może nie ma skąd brać. Sam też rzadko piszę o koncertach, bo też - trawestując Krystiana Lupę z "Procesu" - kto dziś pisze recenzje z koncertów? A kto je czyta?
Czasami jednak - znów cytując, tym razem piosenkę Jerzego Stuhra - czasami człowiek musi, inaczej się udusi.
Poszedłem na koncert do Filharmonii Łódzkiej w miniony piątek, bo chciałem poznać co o Brahmsie i Mahlerze myśli Tadeusz Kozłowski. Dyrygent wybitny, acz znany głównie z operowych i baletowych realizacji. Od razu powiem, że nie kierowała mną ciekawość jak zagra to Orkiestra FŁ, bo wiedziałem, że bezbłędnie. Chodziło mi o coś więcej: o to, co z nut zapisanych na pięciolinii wyczytają muzycy i dyrygent? Nie miałem wątpliwości, że nie będzie to "zagranie" partytury. Byłem pewien, że to będzie muzykowanie, że usłyszę coś, co jest nie tylko w nutach, ale i między nutami. Interesowało mnie co to będzie?
A był to świat. Świat natchnienia, a zarazem świat opisany, jakby programowy, w jakimś sensie literacki. Ale też bardzo emocjonalny, a przy tym nie naiwnie sentymentalny. Świat widziany przez Kozłowskiego jest światem mądrości starca i wrażliwości dziecka. Tak przeczytać partyturę V Symfonii Mahlera może tylko ktoś, kto czuje więcej, niż można sobie wyobrazić. A zarazem ktoś, kto potrafi swoje wnętrze rozczytać tak świadomie, że nie jest kłopotem przekazania go setce muzykom.
Mahler zagrany był w natchnieniu i z precyzją. Nie brakło niczego, co zostało zapisane w partyturze, a jednocześnie owa wrażliwość i talent dyrygenta tak oddziaływały na Orkiestrę, że muzycy nie grali tylko nut, ale intelektualną i emocjonalną ich zawartość.
Nie jestem admiratorem Mahlera. Jego twórczość zdaje się często symbolizować trudność z uzyskaniem zakończenia: kompozytor niezmiennie potrafi dopowiedzieć coś jeszcze. I to, bywa, że mnie irytuje. Kozłowski tymczasem z tej maniery potrafił uczynić walor: każde powtórzenie, czy powrót tematu w przetworzeniu, pokazywał jak nową wycieczkę w nieznane. W krainę wyobraźni, w której coś, co już znamy, jawi się jako kolejny znak zapytania. Dzięki temu nawet - mówiąc potocznie - zgrane Adagietto, miało więcej tajemnicy, niż w wyeksploatowanej "Śmierci w Wenecji" Viscontiego.
Jako, że życie mnie nie rozpieszcza ostatnio, w gust mój "wycelował" marsz z pierwszej części: 2/4 jest chyba moim rytmem, a żałoba odczuwaniem. I ta część zabrzmiała fenomenalnie: odczytałem ją jako sens przemijania, bezwzględny przecież, a zarazem - paradoksalnie - dający nadzieję. Umierałem i odradzałem się wraz z muzyką.
Właściwie cała V Symfonia była odczytana przez Kozłowskiego przez taki właśnie pryzmat. Powiem cynicznie może: nuty nutami, ale treści napisanej przez kompozytora jest więcej. I to pokazał Kozłowski.
Z satysfakcją przyznam, że nie udałoby się to dyrygentowi, gdyby nie zaufanie i techniczna biegłość orkiestry oraz wrażliwość każdego z tworzących ją muzyków. To, jak pięknie "poszli" za kapelmistrzem, jak wsłuchali się w jego intencje, było więcej niż imponujące. Grupa waltorni, kwartet smyczkowy, flety, harfa... Byliście Państwo wspaniali.
Dopełnieniem muzycznej uczty było Alto Raphsody Brahmsa. Precyzyjne muzycznie, uduchowione za sprawą Chóru Męskiego FŁ i wrażliwości oraz techniki wokalnej niezawodnej Bernardetty Grabias, której barwa głosu brzmi w moich uszach do teraz.
Pięknie i nisko się Państwu kłaniam. A Dyrekcji FŁ życzę, aby takie koncerty trwały nieprzerwanie. Pod Kozłowskim wszystko się udaje (vide Verdiowskie Requiem), a z towarzyszeniem Grabias mieliśmy perłę w koronie.

poniedziałek, 12 lutego 2018

Człowiek, który pomylił żonę z kapeluszem

Konieczny koniecznie 

Byłem, zobaczyłem.
W ramach Opera Rara w Krakowie obejrzałem "Człowieka, który pomylił żonę z kapeluszem" Michaela Nymana, w reżyserii Kristofa Spiewoka. A grała Sinfonietta Cracovia pod batutą Jurka Dybała. Co to był za wieczór...
Najpierw PKP Łódź-Kraków, z naturalnym opóźnieniem. Później zachwycenie ICE - krakowskim centrum kultury: obiekt wart zazdrości. Później już tylko Nyman.
W znakomitej, doskonale rymującej się z minimalistyczną muzyką Nymana inscenizacji Spiewoka, zatopiłem się na godzinę w... urodzie głosu Tomasza Koniecznego. Partnerujący mu znakomicie Marisol Montalvo (żona) i Stanley Jackson (psychiatra) dopełnili urody i mocy przedstawienia.
To jednak Konieczny był jego absolutnym bohaterem: pełen wdzięku aktorsko, wybitny wokalnie, skradł przedstawienie. Głosem Konieczny potrafi namalować wszystkie barwy, techniką obezwładnia, a prowadzeniem frazy zachwyca (i jeszcze ta moc w forte, i delikatność pian). Polski bas-baryton (doskonały w każdej tessyturze) onieśmiela wręcz swoją naturalnością i świadomością: partii, stylu, estetyki. I kulturą. Sceniczną i wokalną. To wielka postać w historii polskiej opery i wielki Artysta. Chapeau bas!

sobota, 23 września 2017

42 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych #wGdyni

                       Najlepsi




"Pomiędzy słowami" to film z łódzkim akcentem. EC-1 współuczestniczyło w produkcji, w jednej z ról wystąpiła Justyna Wasilewska (wyżej najgorętsza postać festiwalu - Jakub Gierszał), a film wyprodukował Opus Film Piotra Dzięcioła.

Dziś wieczorem jury ogłosi werdykt, a tu moje nagrody, a nie spekulacje na temat werdyktu:

Grand Prix - "Pokot"
Nagroda specjalna jury - "Vincent"
reżyseria - Paweł Maślona ("Atak paniki")
scenariusz- Olga Tokarczyk, Agnieszka Holland ("Pokot")
zdjęcia - Lennert Hillege ("Pomiędzy słowami")
debiut - Piotr Domalewski ("Cicha noc")
scenografia - Radosław Zielonka ("Cicha noc")
kostiumy - Ewa Gronowska ("Sztuka kochania")
muzyka - Antoni Komasa Łazarkiewicz ("Pokot")
A tu rozdaję hojnie, bo pięknych ról było wiele:
pierwszoplanowa rola kobieca - Agnieszka Mandat ("Pokot"); Magdalena Boczarska ("Sztuka kochania")
pierwszoplanowa rola męska - Dawid Ogrodnik ("Cicha noc"); Jakub Gierszał ("Najlepszy")
drugoplanowa rola kobieca - Dorota Segda ("Atak paniki"); Magdalena Cielecka ("Najlepszy")
drugoplanowa rola męska - Arkadiusz Jakubik ("Cicha noc" i "Najlepszy"); Artur Żmijewski ("Atak paniki")

piątek, 22 września 2017

42 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych #wGdyni

Mistrz Ogrodnik




"Cicha noc"  (na zdjęciu) - debiut Piotra Domalewskiego to kino w klimacie znanym z filmów Smarzowskiego, tyle, że trochę mniej tu okrucieństwa. Mocna i celna wypowiedź o "polactwie", o naszej niemożności wyrwania się z własnych granic, o strachu przed nieznanym, o zakłamaniu, hipokryzji. W wigilijny wieczór rodzina przygotowuje się do kolacji, a spod stołu, zamiast sianka, wystają kompleksy, przemoc, alkoholizm... Poruszająca wypowiedź o naszym tu i teraz. Nie wychodzimy na tym portrecie dobrze.
Przespałem "Pokot", kiedy wszedł na ekrany, więc obejrzałem dopiero w Gdyni. Film parabola. Tu także mamy obraz naszego małomiasteczkowego społeczeństwa, głupotę okrucieństwa i niekonsekwencje katolicyzmu. To również film o polityce, tej ludzi dotyczącej, prawie i bezprawiu. Realizm podszyty bajką, nie moralizujący, a umoralniający. Ważny i mądry film, kino w swej szlachetnej odsłonie.
Na koniec został "Pomiędzy słowami" Urszuli Antoniak. Film z artystycznym zacięciem i świetnymi zdjęciami Lennerta Hillege opowiada o wyobcowaniu. Polak z niemieckim paszportem pracuje w doskonale prosperującej kancelarii prawniczej w Berlinie. Niby wszystko jest wspaniale, ale w każdej chwili trzeba liczyć się z tym, że ktoś powie: nie jesteś Niemcem. My też tak mówimy o tych, którzy mają polskie paszporty, a urodzili się gdzie indziej. Smutne.
Ostatni dzień festiwalowych prezentacji przyniósł kolejne dwie, dobre, role Jakuba Gierszała - objawienia tegorocznej Gdyni (drugoplanowa rola w "Pokocie" i główna w "Pomiędzy słowami"). Przyniósł też znakomitą kreację Agnieszki Mandat w "Pokocie" i świetną Wiktora Zborowskiego w tym samym tytule. Na koniec perła w koronie aktorskich dokonań, a właściwie dwie perły: Dawid Ogrodnik w głównej roli i Arkadiusz Jakubik w drugoplanowej, w "Cichej nocy". Jury będzie miało w tym roku kłopot z wyborem, bo pięknie zagranych ról jest wiele. Pięknych filmów już jakby mniej.

czwartek, 21 września 2017

42 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych #wGdyni


"Najlepszy" najlepszy 



Nie było łatwo przedostatniego dnia. Było trudno. Na pierwszy rzut poszedł "Volta" Juliusza Machulskiego. No jakoś nie winduje poziomu swoich filmów w górę autor "Vabanków" i "Seksmisji". Pszenno-buraczane, albo lepiej - siermiężne dowcipy, akcja rozwija się podobnie jak w "Vinci". Film jakoś bez znaczenia. Szkoda.
Druga w kolejce oglądania była "Reakcja łańcuchowa" - debiut Jakuba Pączka. Dobry film o pokoleniu współczesnych trzydziestolatków z bardzo dobrą rolą Bartosza Gelnera. Ogląda się dobrze, a o okropnych wydarzeniach i nie najfajniejszych postawach opowiada. Trzymam kciuki za tego reżysera, bo nie tylko opowiada o swoim pokoleniu, ale czyni to szczerze, z klasą i ma facet refleksję.
Na "trzecie danie" był film Roberta Glińskiego pt. "Czuwaj". Reklamowany jako thriller. Chłopaki w harcerskich mundurkach i spady z poprawczaka spotykają się na obozie. Sytuacja sztuczna, ale do przyjęcia. Całość jednak do przyjęcia nie jest. Oj, wspaniali reżyserzy: Machulski i Gliński nie popisali się.
Na koniec dnia "podano" film pod zniechęcającym tytułem "Najlepszy", w reżyserii Łukasza Palkowskiego, na dodatek reklamowany jako film o sportowcu. Mega słabo. Tymczasem "Najlepszy" okazał się... najlepszy. To chyba mój 30. pobyt na festiwalu i nigdy jeszcze w Gdyni nie wydarzyło się to, co dziś: owacja na stojąco trwająca kilkanaście minut i później rozmowa w bohaterem filmu. Rozmowa 1000 widzów z jednym Jerzym Górskim. Odlot. Odlot i szacun!
Po pierwsze znakomity scenariusz Macieja Karpińskiego, po drugie znakomita reżyseria Łukasza Palkowskiego ("Bogami" już udowodnił, że w materii filmowej porusza się jak ryba w wodzie). Obraz niesie postać głównego bohatera znakomicie zagrana przez Jakuba Gierszała, fabuła jest porażająca, a detale Palkowskiego i Karpińskiego wspaniałe. Poza mega tematem - postacią, dodać trzeba świetne: scenografię, kostiumy, montaż, dźwięk. I poruszającą Magdę Cielecką w roli matki bohatera, koncertową grę Arkadiusza Jakubika (trener), wspaniałe epizody, a nade wszystko niezobowiązującą formę użytą do szlachetnego przesłania. Drodzy Państwo: chapeau bas! Jeśli nie wygracie tego festiwalu, to... będzie mi bardzo przykro.

środa, 20 września 2017

42 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych

Kobieta z broszką



"Amok" Kasi Adamik już od dawna w kinach, ale zobaczyłem film dopiero podczas festiwalu. Dobry scenariusz, fajni aktorzy, świetny początek. A następnie, choć intryga nie traci na atrakcyjności, to film traci tempo.  Nieoczekiwanie z ciekawego formalnie kina, robi się układanka "po bożemu". Dziwne, bo Kasia Adamik ma talentu za dwoje: po mamie i tacie. Jestem przekonany, że od następnego filmu będzie już tylko lepiej, lepiej i najlepiej.
Z filmu Bodo Koxa "Człowiek z magicznym pudełkiem" wyszedłem po pół godzinie. Miał być szulkinowski świat przykrojony na rok 2030, a wyszły żarty o kobiecie z broszką zamiast twarzy. Od wytrwałych wiem, że niczego nie straciłem.
Najbardziej oczekiwanym przeze mnie filmem festiwalu był film Joanny Kos-Krauze "Ptaki śpiewają w Kigali". I jest to chyba moje największe rozczarowanie. Wspaniały temat opowiedziany został w jakiś manieryczny sposób, trudny do zniesienia (że niby niedopowiedzenia, bo słów brak). Ale właśnie gdy słów brak sięga się po film i opowiada obrazem. Tu obraz pozostaje ilustracją. Szkoda, bo potencjał był ogromny.

Choć jestem klasycznym widzem, który zamiast do laryngologa poszedł do kina, wytrzymałem dziś (albo raczej wytrzymali ze mną widzowie), cztery projekcje. The last but not least - debiut Macieja Sobieszczańskiego pod tytułem, będącym mocno osadzoną w historii polskiej literatury konotacją  - "Zgoda" (na zdjęciu).
Kilka lat temu Wojciech Smarzowski "Różą" opowiedział o powojennej sytuacji na Mazurach, teraz moment zakończenia II wojny światowej na Śląsku pokazał Sobieszczański. Owszem, film ma pewne niedostatki, ale wobec wszystkiego, co zobaczyłem do tej pory podczas 42 FPFF, puszczam je mimo. Dobry debiut, bardzo dobry scenariusz, reżyser pokazał dobry warsztat. Tylko żeby szybko "nabił" sobie rękę, zrobił dobre dwa, trzy filmy i będziemy mieli solidnego i wrażliwego artystę. Trzymam kciuki za Sobieszczańskiego, choć (tu żartuję) łatwo nie jest, bo twórca to ponad dwumetrowego wzrostu. Widzę, że i tak samo wielkiego talentu.

wtorek, 19 września 2017

42 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych


Segda potrafi wszystko





Denijal Hasanović napisał scenariusz i wyreżyserował film "Catalina". Bohaterką jest Kolumbijka studiująca we Francji, której za dwa tygodnie wygasa francuska wiza. Dlatego jedzie do Sarajewa, żeby zdobyć interesujące materiały, które pozwolą jej przedłużyć pobyt.
Nie uwierzyłem filmowi. Sekwencja wprowadzająca półtoragodzinnego filmu trwa ponad 20 minut, co zakłóca równowagę narracji. Temat również nie wydał mi się bliski (wciąż jestem na festiwalu polskich filmów fabularnych). Gdyby reżyser pokazał "Catalinę" jako 20-minutową etiudę zaliczeniową, pewnie bym go docenił. Tymczasem muszę poczekać na jego bardziej dojrzałe i biegłe posługiwanie się językiem filmu.
Szczęśliwie na szali "zawisła" komedia Pawła Maślona pt. "Atak paniki". Wiele wątków (zgrabnie zaplecionych, choć fajniej byłoby gdyby zaplecione były doskonale), szaleństwo w pojechaniu po bandzie (co akurat lubię). Film może kojarzyć się z "Futrem" (mnie tak skojarzył się właśnie), choć puentę ma bardziej uniwersalną, niż rodzajową. Hitem w kinach nie będzie, ale wesoły wieczór (z nutą goryczy) przed telewizorem zapewnia.
Jest zgrabnie (mogłoby być jeszcze zgrabniej), a to daje nadzieję, że Maślona wie w jakim kierunku iść i doskonalić się. Na pewno reżyser umie obsadzać, co jest pierwszym krokiem do sukcesu: Artur Żmijewski kolejny raz udowodnił, że może wszystko, Małgorzata Hajewska - Krzysztofik i Dorota Segda zaś, utwierdziły mnie w przekonaniu, że słusznie kocham się w nich bezgranicznie.
Niezłe dialogi, dobre i wesołe zapętlenie intrygi, gorycz w rozwiązaniu całości. Polecam. Jednak bardziej, moim zdaniem, film to telewizyjny, niż kinowy. A teraz kawałek prywaty: rektor prof. Segda otrzymuje dziś ode mnie osobistego Lwa za reakcję po womitach Artura Ż. Zresztą cały film Maślony jest aktorsko bezbłędny.
Prywatnie (też) najmocniejszym punktem festiwalowego wtorku była wystawa (w Muzeum Miasta Gdyni) plakatów filmowych Andrzeja Pągowskiego, zrealizowana przez Muzeum Kinematografii w Łodzi. Mówimy często do rymu: Łódź - Warszawa - wspólna sprawa. Łódź - Gdynia także. I jak najbardziej wspólna. I jak najbardziej na przyszłość

42 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych #w Gdyni

Pokuta za Smoleńsk

Pierwszy dzień Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych pozwolił mi obejrzeć trzy tytuły. Chronologicznie zatem i krótko, bo późno :)
"Wieża. Jasny dzień" to debiut Jagody Szelc, absolwentki łódzkiej szkoły filmowej. Rozbudowana etiuda z finałem w stylu "idą zombie i nas zjedzą" (mentalnie). Reżyserka zdobyła w szkole warsztat, ale film nie wciąga. Scenki rodzajowe nagle przechodzą w bliżej nie określone uniwersum. Nie wydaje mi się to film dla szerokiej widowni, festiwalowy chyba też nie jest.
Drugim filmem był "Wyklęty" z obsadą kielecką, w reżyserii Konrada Łęckiego, również debiutanta. Kiedyś nazywano podobne filmy produkcyjniakami: wszystko jest tu albo czarne, albo białe. Cierpi estetyka, erudycja, język filmu. Strasznie niedobry film, analizowanie go byłoby kopaniem leżącego, a tego nie uczynię. Miłym akcentem projekcji było przywitanie się z, siedzącym obok, Tomaszem Raczkiem. Wydaje mi się, że ten film obejrzałem jako pokutę za nie obejrzenie "Smoleńska".
Trzecim filmem dziś był "Twój Vincent" w reżyserii Doroty Kobieli i Hugha Welchmana. Niewyobrażalnych rozmiarów dzieło animowane (klatki malowane przez ponad 100 malarzy), inspirowane twórczością Van Gogha. Scenariusz filmu detektywistycznego, sam film w narracji dość prostej, konwersacyjny. Sądzę, że obraz zasłużył na nagrodę specjalną jury - Srebrne Lwy. Do kin tłumów nie ściągnie, a szkoda. Wielkie dzieło powstałe w hołdzie wielkiego artysty. Film powstawał tyle lat, ile lat malował Vincent. To też jest symboliczne.
Twórcom kłaniam się do samej ziemi.
Pierwszy festiwalowy dzień zakończył, tradycyjnie, bankiet otwarcia, wydany przez prezydenta Gdyni. To, wzorem lat poprzednich, impreza bardzo bogata i gustowna. Na "oko" uczestniczyło około tysiąca osób. Wyszukane dania i drinki miały charakter neverending story. Gdynia rulez.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Koniec sezonu w Operze Śląskiej






Gwiazdy świecą w Bytomiu




Opera Śląska na zakończenie sezonu wznowiła "Aidę" w reżyserii Laco Adamika. Ale nie było to, że tak powiem, zwykłe wznowienie: do muzycznej reformy dzieła dyrektor Łukasz Goik zaprosił Tadeusza Kozłowskiego – najwybitniejszego polskiego, jednego z najwybitniejszych współczesnych dyrygentów operowych. Wybór ten sprawił, że dostaliśmy dzieło muzycznie nowoczesne, mówiąc kolokwialnie – odkurzone, pełne energii, blasku i tego, co Kozłowski bardzo lubi – zróżnicowanej dynamiki.
Ale, co bardzo istotne, nie ulegające jakimś modom przedziwnym, a dojrzałe, głęboko przemyślane, mądre i emocjonalne. Nie wiem który już raz Kozłowski potwierdził swoją klasę oraz to, że z każdego zespołu orkiestry potrafi wydobyć to, co w nim najlepsze, a wcześniej jakby uśpione. Tu słowa uznania dla muzyków, którzy zaufali autorytetowi i z oddaniem zrealizowali jego wizję.
Nie inaczej było z solistami, którzy zaproszeni do tej realizacji zostali z różnych stron świata. Chwilami słychać było (zwłaszcza w duetach czy tercetach), że każdy z solistów jest silną indywidualnością, chętnie forsującą swoją wizję postaci. Trzymając spektakl w ryzach własnej wizji, Kozłowski pozwolił jednak artystom na pokazanie własnego rysu. Pewnie nie było to łatwe, ale widzowie otrzymali efekt najwyższej próby.
Wokalnym kunsztem skradł przedstawienie Andrzej Dobber (Amonasro). Artysta wiele lat temu ugruntował swoją pozycję na najważniejszych scenach europejskich i amerykańskich. W Bytomiu pokazał jak imponująco nosi koronę wybitnego barytona, a zarazem artysty umiejącego grać w zespole. To wybitna osobowość i wspaniały głos.
Godnymi partnerkami Mistrza były: Małgorzata Walewska (Amneris) i Tamara Haskin (Aida). Meksykański tenor Luis Chapa, dysponujący ogromnym głosem, przypominał mi stylem śpiewania Władymira Szczerbakowa, którzy przed chyba 20 laty śpiewał Radamesa w łódzkim Teatrze Wielkim. I tak jak wówczas, gdy słuchałem Szczerbakowa, tak i podczas niedzielnego przedstawienia, miałem wrażenie, że momentami głos wymyka się artyście spod kontroli. Przypuszczam, że śpiewak uwolnił wolumen przeznaczony dla widowni na dwa tysiące miejsc, tymczasem widownia Opery Śląskiej jest naprawdę niewielka...
W pozostałych partiach wystąpili artyści związani z bytomską sceną, śmiało stając obok światowych gwiazd. Warto dodać, że istnieje w Operze Śląskiej obsada rodzima (niestety nie słyszałem i nie widziałem) – m.in. Anna Wiśniewska Schoppa i Sylwester Kostecki. To dobrze, bo lubię, kiedy teatr wystawia dzieła niekoniecznie posiłkując się gośćmi. Oczywiście nie mam nic przeciwko zapraszaniu artystów (wręcz przeciwnie), ale siłę teatru buduje własny zespół.
I w tym miejscu gratulacje dla chóru. Tym większe, że chór nie jest duży, za to pięknie, odważnie śpiewający. Tak trzymać!

W warstwie inscenizacyjnej Laco Adamik, na maleńkiej scenie Opery Bytomskiej, w czyniącej cuda scenografii Barbary Kędzierskiej, zrobił co mógł, by stworzyć widowisko.

Fot, materiały OŚl 

piątek, 5 maja 2017

Lwów 4

Ukłony były przepiękne

Przedostatni dzień we Lwowie. Jestem tu od tygodnia, a mam wrażenie, że od miesiąca. I świadomość, że nie wszystko zobaczyłem, nie wszystkiego zaznałem. A jednocześnie, że wszystkiego było za dużo.
Jeśli będziecie chcieli, opiszę knajpiane wrażenia, bo mam. Ale i te inne też: komunikacyjne, prozaiczne, architektoniczne, polityczne. Ale teraz odrobina o kulturze.
W operze czas troszkę zatrzymał się na estetyce Salomei Kruszelnickiej. Zupełnie niepotrzebnie.

Dlatego o "Jeziorze łabędzim" zdań naprawdę kilka.
Do choreografii Petipy dobrali się trzej inni choreografie, o czym zaświadcza afisz. Nazwisk nie wymienię, bo szkoda pamięci. I teraz nie wiem: czy lwowskie "Jezioro..." choreografię zawdzięcza bezmyślności dyrekcji, czy bezsilności zespołu baletowego.
Petipa ułożył dzieło klasycznie, ci pozostali wnieśli do spektaklu trud upraszczania: scen zbiorowych w białych aktach, kolorowe zamieniając na pantomimiczne niemal. Sądząc po dyspozycji zespołu – tancerze dali by radę zatańczyć oryginał. Soliści chyba jednak nie. Skutek jest taki, że muzyka nie przeszkadza choreografii. Jest łatwo, lekko i nieprzyjemnie. Fouettes za mało w drugim pas de deux, jete po kole przy ziemi, piruety nie dokręcone (trochę śmiesznie wyszło, bo Zygfryd za każdym razem lądował – prawie - w czwartej pozycji, ale za to twarzą do kulisy).
Tancerek też zbrakło, bo jednak w 18 tańczyć "Jezioro..." to o 6 za mało...
Z momentów miłych: dobrze zatańczone pas de quatre i początek pas de deux z III aktu. No i ukłony: wszyscy kłaniali się pięknie, za każdym razem, do ostatniego rzędu w trzecim balkonie.
Orkiestra zagrała nuty umieszczone na pulpicie (nie wszystkie, nie za każdym razem czysto), za to głośno. Dyrygent miał temperament, więc podgrywając tancerzom tempa, nie szczędził strażackiej zaciętości.

Publiczność zachowywała się dość swobodnie, jak ponad 100 lat temu podczas arii sorbetowych. Wieczór jednak nie stracony, bo doświadczenie zdobyte. Najdziwniejsze w tym wszystkim, że gdyby z zespołem solidnie popracować, to efekt byłby znakomity. Bo warunki są. I nie wierzę, żeby ci ludzie nie chcieli, nie mieli ambicji. Może wszystko rozbija się o finanse? Niestety, tego się nie dowiem.