Fortuna kałem sie tuczy


środa, 19 września 2018

43 Festiwal Polskich Filmów Fabularnych

Półmetek


Tegoroczny festiwal przekroczył półmetek, a to znaczy, że większość filmów już za mną.Mogę zatem pokusić się o przypuszczenie, że to dobry festiwal. Już teraz widać, że więcej tu filmów dobrych (wśród nich są też bardzo dobre), niż słabych czy złych. Dziś zobejrzałem cztery tytuły. Kończąc wtorek "Klerem", środę zacząłem od "Krwi boga" w reżyserii Bartosza Konopki. Z XXI wieku przeniosłem się do wczesnego średniowiecza, na wyspę pogan podbijaną przez rycerza - biskupa, owszem chrześcijańskiego (może to nie jest doskonała terminologia, ale nie aspiruję do biegłości w tej dziedzinie). Film nie jest długi, ale trwa wieczność. W wymowie antychrześcijański, bo jednak nie antyreligijny. Prosty, a zarazem męczący w odbiorze. Rzecz dla koneserów kina, nie koniecznie tych najbardziej, że tak powiem, wytrawnych.
Później przyszedł czas na "Dziurę w głowie" i był to najtrudniejszy czas dzisiaj. Film podpisał Piotr Subbotko (reżyseria i scenariusz). Mamy tu mnogość tropów interpretacyjnych, dość jednak bałamutnie prowadzących do jednego punktu. Nie będę spojlerował, wytrwali (tacy, którzy lubią, kiedy kwadrans w kinie staje się wiecznością) przekonają się, że ten punkt to tylko fabuła... Pokładów głębi nie doszukałem się, choć czasu było dużo. Na osłodę: Bartłomiej Topa w zupełnie dobrej roli, którą precyzyjnie opracował.
Dzień osłodził mi Janusz Kondratiuk, który zrobił film o sobie, swoim bracie Andrzeju (a raczej o Andrzeju w rzeczywistości po udarze mózgu), swojej bratowej - Idze Cembrzyńskiej. Poruszający i mocny film o odchodzeniu, o umiejętności i nieumiejętności godzenia się z dramatyczną rzeczywistością. Film pełen humoru i głębokiej zadumy nad życiem, kreacją, rodzinnymi więzami. Trochę wiwisekcja. Przypuszczam (może będę nieprofesjonalny, ale to mój blog, a nie gazeta), że w sposób szczególny odbiorą go osoby, które bezpośrednio zetknęły się z odchodzeniem najbliższej osoby, dotkniętej udarem. Ja tak właśnie go odebrałem. Film mądry, zrobiony ręką mistrza. A do tego mamy w "Jak pies z kotem" piękne kreacje Aleksandry Koniecznej, Olgierda Łukaszewicza, Roberta Więckiewicza i Bożeny Stachury. Ukłony.
Na koniec "7 uczuć" Marka Koterskiego, reżysera, którego uwielbiam i znam osobiście od ponad 30 lat. Marek - Adaś Miauczyński - znów mierzy się ze swoim życiem (w moim odczuciu wszystkie filmy Koterskiego są autoportretem), tym razem na poziomie 5 klasy szkoły podstawowej. Wszystkie dzieci grane są przez ulubionych aktorów Marka, których znamy z jego wcześniejszych filmów. Adasia tym razem gra syn Marka - Michał, a zakochaną w nim dziewczynkę - żona Marka - Małgorzata Bogdańska. W obsadzie również Katarzyna Figura, Gabriela Muskała, Marcin Dorociński, Andrzej Chyra, Andrzej Mastalerz, Robert Więckiewicz, Maja Ostaszewska, Adam Woronowicz... Istna plejada gwiazd, dająca popis swoich umiejętności. Film jest dość zaskakujący, ma momenty porywające i chwile, kiedy autocytaty nie porywają. Czy będzie sukces porównywalny z "Dniem świra", "Nic śmiesznego" czy "Domem wariatów" - nie wiem. Wypowiedź jest jednak ważna, bo Koterski nie odzywa się, kiedy nie ma nic do powiedzenia.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza